Instytut powstał we Francji w XVII wieku i jest gałęzią kontemplacyjną, klauzurową, o charakterze wynagradzającym. Założycielka Matka Mechtylda od Najświętszego Sakramentu (Katarzyna de Bar), przejęta zniewagami, jakich dopuszczano się wobec Najświętszego Sakramentu, poczuła pragnienie utworzenia klasztoru mniszek, oddanych nieustającej adoracji i wynagradzaniu.
W duchu ekspiacji
Pomóż w rozwoju naszego portalu
– Katarzyna de Bar bardzo przeżywała profanacje Najświętszego Sakramentu, które były dokonywane m.in. przez protestantów w czasie wojny 30-letniej, kiedy to wyrzucano i deptano puszki z komunikantami. Matka bardzo też przeżywała uniżenie Pana Jezusa; to że stał się chlebem i stał się zupełnie bezbronny. Kiedyś na modlitwie miała wizję, podczas której anioł ukazał jej monstrancję. Wtedy zrozumiała, że to przynaglenie do powstania Instytutu, którego siostry będą przebywały przed Najświętszym Sakramentem dzień i noc, żeby wynagradzać i prosić o nawrócenie grzeszników. Dlatego mamy adorację w charakterze ekspiacyjnym. Inaczej niż w innych klasztorach, w których adoracja ma charakter dziękczynny – opowiada s. Miriam z wrocławskiego klasztoru benedyktynek sakramentek.
Reklama
– Matka Założycielka oprócz nieustającej adoracji ustanowiła jeszcze tzw. reparację, czyli naprawę. Codziennie, od porannej mszy św. do godz. 14, jedna siostra przebywa przed Najświętszym Sakramentem w duchu ekspiacji. Siostra czyta wówczas akt wynagradzający, ułożony przez Matkę Założycielkę i adoruje Pana Jezusa – mówi s. Miriam.
Pierwszy klasztor Instytutu powstał z pomocą królowej Anny Austriaczki w 1653 r. w Paryżu.
W skład Polskiej Kongregacji Monastycznej Mniszek Benedyktynek od Nieustającej Adoracji Najświętszego Sakramentu wchodzą klasztory w Warszawie, Wrocławiu i Siedlcach. Droga do ich powstania była długa i trudna. Są to klasztory o klauzurze papieskiej, w których mniszki żyją według Reguły św. Benedykta i składają ślub nieustającej adoracji.
Lwów i Pławniowice
Ojciec Katarzyny de Bar był zamożnym mieszczaninem a matka pochodziła z rodu szlacheckiego. Katarzyna miała wielu przyjaciół z wyższych sfer. Darzyła szacunkiem też naszą królową Marysieńką Sobieską. Gdy Matka zakładała klasztoru instytutu, królowa Marysieńka złożyła przyrzeczenie, że sprowadzi do Polski sakramentki, jeśli król Jan III Sobieski odniesie zwycięstwo pod Wiedniem. Tak też się stało 12 września 1683 r. Po tym zwycięstwie sprowadzono do Polski pierwsze sakramentki. Początkowo zamieszkały w wydzielonej części pałacu Sobieskiego, w roku 1688 ufundowany został klasztor – mówi s. Miriam o historii warszawskiego klasztoru.
Reklama
Historia klasztoru wrocławskiego rozpoczęła się we Lwowie. Tam w 1709 r. przybyła grupa mniszek z warszawskiej wspólnoty, uciekając przed zarazą. Część z nich wkrótce powróciła do Warszawy, ale kilka sióstr pozostało we Lwowie, dając początek nowej fundacji. W 1719 r. otrzymały bullę erygującą lwowski konwent. W 1946 r. dostały nakaz wyjazdu i musiały opuścić miasto.
– Zostały spędzone do jednego pomieszczenia, a w klasztorze zamieszkało wojsko. Wyjechały ze Lwowa w 1946 r. ostatnim transportem i tak naprawdę nie wiedziały, dokąd jadą. Ich kapelan wyjechał wcześniej, żeby poszukać dla nich jakiegoś miejsca. Znalazł je w miejscowości Pławniowice k. Gliwic. Znajdował się tam zniszczony pałac, zajęty już przez PGR. Kapelan porozmawiał jednak z dyrektorem PGR-u, który zgodził się, by siostry się tam zatrzymały – opowiada s. Miriam.
Siostry pracowały w PGRze przy zbiorach, musiały też same zapewnić sobie utrzymanie, opał, hodowlę zwierząt i przystosować pomieszczenia do zamieszkania. Pałacowa kaplica, służyła jako kościółek parafialny dla wioski. Przychodzili tam ludzie na Mszę świętą i modlitwę, siostry zaś zajmowały chórek, gdzie miały adorację Najświętszego Sakramentu i wspólnie odmawiały brewiarz. Wyznaczono im część pałacu do zamieszkania. Jak wspominały, wszystko w nim było poniszczone. Szabrownicy powyrywali klamki, krany z umywalek, pomieszczenia były zalane wodą. Mniszki chroniły się przed zimnem, zakładając tzw. watówki i powoli się zagospodarowywały nie przerywając adoracji.
Bardo Śląskie
Reklama
W Pławniowicach siostry znalazły się pod duchową opieką benedyktyna, który był ich wizytatorem. Do klasztoru zgłaszały się nowe kandydatki. Ojciec benedyktyn cały czas próbował znaleźć dla sióstr inne miejsce. Okazało się, że przed wojną w Bardzie Śląskim Siostry Jadwiżanki prowadziły sierociniec dla dzieci. Ale one też musiały opuścić to miejsce. W 1962 r. część sióstr z Pławniowic przyjechała do Barda Śląskiego.
– Zorganizowały sobie tutaj życie zakonne za klauzurą, z kaplicą i adoracją. Już wtedy miałyśmy federację, która ma m.in. takie założenie, żeby wspomagać się wzajemnie – materialnie i osobowo. I do Barda przyjechało parę sióstr z Warszawy. Haftowały ornaty, sztandary, kapy, na co miały dużo zamówień. Pracowały w ogrodzie, hodowały chryzantemy. I z tego się utrzymywały. Bardo było też rozwinięte pielgrzymkowo. Jeden z budynków siostry przeznaczyły dla pielgrzymów. Ale budynki na początku nie były ich własnością – opowiada s. Miriam
Siostry w Bardzie nękane były przez ówczesne władze komunistyczne, łącznie z groźbami wysiedleń. Przetrwały jednak ten trudny czas. Gdy przyszła polityczna odwilż, przestały być nękane a budynki nadano im na własność. Cały czas szukały jednak innego miejsca na klasztor.
Trudna ścieżka do Pawłowic
Kuria wrocławska zaproponowała im pokarmelitański klasztor w Pawłowicach. W tym miejscu zamieszkiwali już ludzie wysiedleni z dwóch wiosek na Wschodzie. Również klasztor był zajęty przez rodzinę pierwszego proboszcza Pawłowic. Siostry sprzedały obiekt w Bardzie Ślaskim i odkupiły klasztor w Pawłowicach.
Reklama
– Klasztor należał do karmelitanek z Kolonii. Krewny jednej z tych sióstr był właścicielem tej posiadłości i przeznaczył im część tego majątku – ponad hektar ziemi i staw z rybami. W czasie wojny siostry musiały jednak wyjechać. Nasze trzy pierwsze siostry przybyły do Pawłowic 7 grudnia 1972 r. Zastały tutaj ruiny. Klasztor był mocno zniszczony, nie było stropów, w ścianach widać było pociski. Trwał remont. Była malutka salka katechetyczna dla dzieci, która w razie potrzeby służyła jako kaplica Na terenie klasztoru mieszkał ksiądz, który ten remont rozpoczął. Po roku przyjechały siostry z Pławniowic. Sprzedały budynki, które tam otrzymały na własność i przeznaczyły fundusze na klasztor wrocławski. Pamiętam, jak bardzo się cieszyłam, gdy Matka powiedziała, że to będzie na fundament kaplicy. Wybudowałyśmy tę nową kaplicę, a w 2000 r. było jej poświęcenie – opowiada mniszka i dodaje: – To taka trudna ścieżka do Wrocławia ze Lwowa, przez Pławniowice i Bardo Śląskie. Trzeba jeszcze nadmienić, że w klasztorze warszawskim podczas powstania zginęły 33 siostry, ponieważ otworzyły klauzurę dla ludzi. Klasztor został wówczas zbombardowany. Ale gdy po wojnie zaczęto go odbudowywać, zaczęły się też zgłaszać nowe liczne powołania. Gdy było już ponad 50 sióstr, 9 z nich przeszło do Siedlec, gdzie utworzyły nową wspólnotę. Biskup siedlecki bardzo bowiem pragnął, by w jego diecezji były siostry klauzurowe. Tak powstał trzeci klasztor Benedyktynek Sakramentek w Polsce.
Codzienność
We wspólnocie na Pawłowicach jest 7 sióstr. Uderza ich młodzieńczy temperament i otwartość. – Miałyśmy jedną taką siostrę, s. Bernardę, która przeżyła 103 lata i 9 miesięcy. Była leżąca, ale niezwykle cierpliwa. Ponieważ miała słaby układ kostny, dotykały ją częste złamania. Natomiast do końca miała bardzo trzeźwy umysł i bardzo dobrą pamięć. Kiedyś doznała złamania ręki, która trochę krzywo się zrosła. Na pytanie jednego z ojców benedyktynów, jak siostra żyje, ponad 90-letnia wówczas s. Bernarda pokazała rękę, odpowiadając: Proszę Ojca, wszystko by dobrze było, tylko ta ręka tak brzydko się zrosła. A co to będzie na starość! – uśmiecha się s. Miriam.
Reklama
Życie za klauzurą rozpoczyna się dosyć wcześnie, bo o 5.45. Po jutrzni w dni zwykłe jest odprawiana msza święta o godzinie 7.00, w niedziele i święta o godzinie 7.30, a po Eucharystii wystawienie Najświętszego Sakramentu do 17.30. Po śniadaniu każda z sióstr idzie do swoich obowiązków. – Mamy duży ogród, z częścią parkową i uprawną z krzewami i drzewami owocowymi. Latem jest tam dużo pracy. Są też zwykłe obowiązki domowe. Nasza codzienna modlitwa oprócz Eucharystii i adoracji obejmuje Jutrznię, Godzinę Południową, Nieszpory, Godzinę Czytań i Kompletę. Obowiązuje nas Lectio Divina, rozważanie. Tej modlitwy jest u nas dużo. W czasie posiłków (oprócz śniadań), mamy tzw. czytanie duchowe. W czasie obiadu czyta się fragment Reguły albo Pisma Świętego a później jakąś lekturę, homilię lub konferencję. W czasie kolacji czytamy Martyrologium Rzymskie, wspomnienie świętych na następny dzień. Nie ma wtedy rozmowy rekreacyjnej. Po obiedzie do godziny 14 jest czas rekreacyjny. Rekreacja wspólna jest od 18.30 do 19, czasem zostaje przedłużona, np. z okazji imienin którejś siostry, czy podjęcia ważnego tematu w rozmowie. W ciągu dnia obowiązuje nas milczenie, załatwiamy tylko rzeczy konieczne przyciszonym głosem. Wszystko ze względu na Najświętszy Sakrament. Codziennie od godz. 14 do 15 i od komplety do następnego dnia jest tzw. milczenie kanoniczne. Są jednak sytuacje, o których pisze św. Benedykt, kiedy można je przerwać – dla chorego i dla gościa – opowiada s. Miriam.
Ponieważ mniszek jest mało, nie mogą podjąć pracy zarobkowej. Wcześniej zajmowały się haftowaniem. – Obecnie jako źródło utrzymania pozostał nam ogród i renty sióstr. Wstąpiła do nas uzdolniona artystycznie s. Agnieszka, która robi piękne rękodzieło. Jest to introligatorskie dzieło artystyczne. Zaczynała od kartek, zaproszeń, teraz robi notesy, albumy, kalendarze. Wykonuje to z papieru dobrej klasy, szyje szwem koptyjskim – i nie tylko. Jej prace można zobaczyć na fb i Instagramie, po wpisaniu: Carta Decora – zachęca s. Miriam.
Dla ciebie są inne dobra
Siostra Miriam pochodzi z rodziny wielodzietnej. Swoje powołanie odkryła w wieku 16 lat. Ale już w 6 klasie Szkoły Podstawowej przyszła pierwsza myśl o życiu zakonnym, a stało się to za przyczyną kuzynki Heli. – Hela wstąpiła do sióstr bernardynek w USA, ale czasem odwiedzała rodzinę. Gdy patrzyłam na nią, byłam zadziwiona, jak bardzo jest radosna. Ja byłam z natury smutna. I wtedy przyszła mi taka myśl: Czy ja też bym nie mogła zostać zakonnicą? Gdy skończyłam 8 klasę, zaczęło mnie pociągać życie modlitewne, ukryte. Nie umiałam znaleźć języka z rówieśnikami, drażniły mnie niemądre żarty, wolałam rozmowy ze starszymi – opowiada s. Miriam.
Reklama
Gdy skończyła 8 klasę została przyjęta do szkoły handlowej. Bardzo jej się podobała praca w handlu. – Jednak ciocia odradziła tacie, bojąc się, że narobię długów. Próbowałam więc dostać się do szkoły przetwórstwa owocowo-warzywnego, które jednak zupełnie mi nie pasowało. Było tam pięć osób na jedno miejsce i ostatecznie nie zostałam przyjęta, co mnie ucieszyło. Zostałam w domu, pomagając rodzicom. Wówczas moja starsza siostra uczyła się w liceum ekonomicznym w Olsztynie. Zaczęło mi się robić trochę smutno. Ale wtedy tak jakby mi ktoś powiedział: „Nie martw się, dla ciebie są przygotowane inne dobra”. I niebo wstąpiło mi do duszy – uśmiecha się s. Miriam.
Niebo w duszy
Podkreśla, że Pan Jezus w różny sposób powołuje. Czasem to głos sumienia, czasem rada spowiednika. – U nas w mieszkaniu wisiały obrazy Serca Matki Bożej i Serca Pana Jezusa. Patrząc na te obrazy, w pewnym momencie odczułam bardzo mocno wzrok Pana Jezusa. Tak jakby żywy Pan Jezus chodził za mną. Zaczęłam się modlić o dobry wybór stanu i o powołanie. I wtedy obudziło się we mnie pragnienie życia ukrytego. Przez tydzień śniło mi się codziennie, że jestem w kaplicy i klęczę przed Najświętszym Sakramentem. Ale nikomu o tym nie mówiłam. Byłam jednak taka szczęśliwa, jakby inne życie we mnie wstąpiło – opowiada siostra.
Przed świętami Bożego Narodzenia w rodzinnej parafii odbyły się misje, które prowadzili misjonarze redemptoryści z Barda Śląskiego. Zachęcali m.in. do zapisania się do złotej księgi, w której wpisywało się swoje wyrzeczenie i intencję, w jakiej się to robi. To wtedy 16-letnia Marysia ułożyła sobie intencję: O pomoc Bożą w dostaniu się do klasztoru. Porozmawiała również z misjonarzem o swoim pragnieniu. Ten polecił jej, by się modliła i zostawił swój adres. Napisała do niego list i dostała odpowiedź. – Gdy przeczytałam ten list, niebo wstąpiło mi do duszy, bo ojciec napisał: „Przekazałem Twój list do przedobrych sióstr sakramentek” – uśmiecha się s. Miriam.
Reklama
Przyszła odpowiedź od Matki Przeoryszy, która zaproponowała spotkanie w Warszawie. – Trzeba było powiedzieć rodzicom. List podsunęłam mamusi, ona powiedziała tacie. Tatuś tylko zapytał: czy ty tam wytrzymasz? Odpowiedziałam, że jak Pan Bóg da łaskę, to wytrzymam – opowiada siostra i dodaje: – Powołanie to dar, człowiek sam z siebie i godziny nie wytrzyma.
7 marca 1970 r. przyjechała do Barda Śląskiego. Tam jednak mistrzyni zwróciła uwagę, że jest jeszcze młoda, więc powinna skończyć jakąś szkołę. – Ja myślałam, że na drugi dzień habit dostanę, a tymczasem mistrzyni zaproponowała mi skończenie szkoły – śmieje się s. Miriam i dodaje: – I zaproponowała mi ukończenie szkoły kucharskiej. Gdy mi o tej kuchni powiedziała, trochę spuściłam nos na kwintę, ponieważ lubiłam wszystkie prace domowe, z wyjątkiem prac w kuchni. Wynikało to z tego, że byłam zniechęcona po kilku próbach smażenia placków ziemniaczanych, które mi się przypalały. Wolałam pracować w polu, ogrodzie, czy gospodarstwie.
Wróciła do domu, gdzie rodzice zdecydowali, by była to 3-letnia szkoła gastronomiczna w Kłodzku. Zamieszkała na stancji u cioci jednej z sióstr.
Posłuszeństwo działa cuda
Reklama
– W sobotę po zajęciach przyjeżdżałam do sióstr do Barda, tam uczestniczyłam w adoracji i wdrażałam się w różne prace. A w niedzielę jechałam do szkoły. I bardzo polubiłam tę szkołę i ten zawód, ponieważ był tam taki przedmiot jak technologia żywienia i zasady żywienia, czyli dobieranie potraw, zwracanie uwagi na składniki, witaminy, mikroelementy. Nie tylko jedzenie dla jedzenia. Na imieniny Matki Jadwigi udało mi się zrobić tort, co bardzo ucieszyło siostry. Posłuszeństwo działa cuda – podkreśla s. Miriam i dodaje: – Gdy po raz pierwszy weszłam do rozmównicy w Bardzie, od razu poczułam, że to jest moje miejsce i mój dom. Pan Bóg mnie tam na skrzydłach niósł.
Po ukończeniu szkoły Maria wstąpiła do klasztoru. Było to 8 grudnia 1974 r. Siostry akurat przeprowadzały się z Barda, klauzura była więc rozwiązana i nie było regularnego życia zakonnego. Matka Przeorysza uzyskała dekret, by pierwsze lata formacyjne mogła odbyć w innym klasztorze. – Pojechałam do Siedlec. W Bardzie były same starsze siostry, w Siedlcach zaś sama młodzież. Byłam tam 3,5 roku – opowiada siostra i podkreśla, że wszystkie ważne momenty jej życia zakonnego odbywały się 8 grudnia – wstąpienie do klasztoru, rozpoczęcie nowicjatu, śluby czasowe i śluby wieczyste. Wszystko z Matką Bożą
– Gdy kiedyś zastanawiałam się nad powołaniem, przypomniałam sobie, że w mojej rodzinnej parafii był mocno rozwinięty kult Najświętszego Sakramentu. Po nieszporach, nabożeństwach, czy procesji było wystawienie Najświętszego Sakramentu i odbywało się to z wielkim namaszczeniem. Od najmłodszych lat wyrastałam w takiej atmosferze. Mój dziadek z babcią dużo chorowali, przyjęli też do domu bezdomną p. Emilię, która była chora. I wtedy tatuś przywoził do nich księdza z Najświętszym Sakramentem. Ksiądz kładł na stole na białym obrusie korporał i puszkę z Panem Jezusem a ja jeszcze jako dziecko zawsze przyglądałam się tej białej Hostii. A później sobie pomyślałam: No tak, Panie Jezu, przyjeżdżałeś, wypatrzyłeś sobie Marysię i ją zabrałeś – śmieje się s. Miriam i dodaje: – Teraz mieszkam z Panem Jezusem pod jednym dachem. To jest miejsce w którym jestem bardzo szczęśliwa, na żadne inne bym go nie zamieniła.
