Gdy dziś myślę o ludziach, którzy wchodzą do bazyliki św. Franciszka w Asyżu, by zobaczyć doczesne szczątki jednego z najbardziej znanych na świecie świętych, zastanawiam się, co ich tam tak naprawdę prowadzi. Jedni pewnie ściskają różaniec i półgłosem kłócą się z Bogiem, inni przybywają z sercem tak poranionym, że trudno im uwierzyć w jakiekolwiek przesłanie Biedaczyny z Asyżu. Są też zapewne i tacy, którzy chcą po prostu zaspokoić ciekawość - widzieli już ciało o. Pio, więc teraz może „kolej na Franciszka”. A jednak, ostatecznie wszyscy spotykają się w tym samym punkcie: przed ciałem człowieka, który 800 lat temu zaryzykował wiarę, że Ewangelią da się żyć naprawdę, a nie tylko „mniej więcej”.
Archiwum o. Giulio Cesareo
Szczątki Biedaczyny z Asyżu
Nie da się przejść obok tego obojętnie. Ciało w krypcie nie jest „religijną atrakcją”, ale milczącym dowodem, że ktoś już wszedł w tę samą kruchość co my: chorował, bał się, mylił, bywał wyśmiany i niezrozumiany. A jednak właśnie on wybrał drogę radykalną - oddał wszystko, co miał, i bardziej zaufał Bogu niż swoim planom, kalkulacjom i zabezpieczeniom.
Kiedy patrzę na tę scenę oczami wyobraźni, widzę w niej coś w rodzaju lustra: odbija się w nim nie tylko życie Franciszka, ale i moje. I wtedy muszę sobie zadać niewygodne pytanie: na ile pozwalam, by Ewangelia naprawdę „weszła w moje ciało” i styl życia, a na ile wciąż wolę trzymać ją w bezpiecznej sferze pięknych idei?
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Reklama
Wspólnota braci z Sacro Convento w Asyżu po raz pierwszy otwiera przed światem możliwość publicznego oddawania czci doczesnym szczątkom św. Franciszka - wystawienie potrwa do 22 marca. To nie jest tylko informacja z plakatu, ale realna szansa, by zatrzymać się na modlitwie przy jego relikwiach i na nowo usłyszeć przesłanie przyjaźni, bezinteresowności i nadziei, które w nim wciąż pulsuje. To, że relikwie zostały udostępnione na dłużej - z przestrzenią na ciszę, zadumę, bardzo osobistą rozmowę z Bogiem - brzmi dla mnie jak zaproszenie, którego nie da się zbyć wzruszeniem ramion. Zaproszenie - niekoniecznie zresztą do samego Asyżu, bo przecież papież ogłosił Rok św. Franciszka i zdecydował, że za nawiedzenie świątyni związanej z Biedaczyną w jakimkolwiek miejscu na świecie, można uzyskać odpust zupełny. To jak cichy dopisek do tego wydarzenia: nie chodzi tylko o wyjątkowy „event” we włoskim mieście, ale o drogę otwartą dla każdego z nas - tam, gdzie akurat jesteśmy, jeśli tylko zechcemy zrobić choć kilka kroków w stronę Boga śladami św. Franciszka.
Dziś jego imię jest „oswojone”. Franciszek - to sympatyczny święty od zwierząt, od ekologii, od „miłego Kościoła”. Można go powiesić na plakacie w pokoju dziecka, można się do niego odwoływać w najbardziej ostrych sporach ekologicznych, można go cytować. A jednak, kiedy schodzimy do krypty w Asyżu, wszystkie te wygodne etykiety nagle bledną. Zostaje pytanie: czy naprawdę chcę go naśladować, czy tylko mieć pod ręką jako duchowe alibi?
Próbuję go sobie wyobrazić dzisiaj. Św. Franciszek scrollujący newsy, widzący kolejne informacje o wojnie, kryzysie, nienawistnych komentarzach, o kolejnych podziałach także w Kościele. Myślę, że byłby wstrząśnięty, ale nie zaskoczony. Jego średniowieczny świat też znał przemoc, biedę, niesprawiedliwość i duchowe wypalenie. To wszystko już było. Tyle że on nie zatrzymał się na oburzeniu ani na narzekaniu. Zaczął od siebie: rozebrał się z własnego komfortu, z własnych zabezpieczeń, z własnej potrzeby kontroli. Potraktował Ewangelię na serio. Czy to nie jest dokładnie to, czego nam brakuje? Franciszek staje przed nami nie jako sympatyczny bohater legend, ale jako niewygodne pytanie: ile w moim chrześcijaństwie jest zaufania, a ile zarządzania? Ile z Ewangelii, a ile z marketingu mojego własnego wizerunku - także tego „pobożnego”?
Reklama
Wystawienie jego ciała właśnie teraz, gdy tyle mówi się o polaryzacji, o wojnach, o kryzysie Kościoła, ma dla mnie wymiar bardzo osobisty. Przypomina, że świętość nie jest „projektem dla wybranych”, lecz konsekwencją jednego, bardzo konkretnego „tak”, wypowiedzianego Panu Bogu w środku naszych lęków i niepewności. Franciszek przecież nie urodził się święty. Uczył się Boga powoli, przez błędy, przez upokorzenia, przez niezrozumienie rodziny i przyjaciół. Jego droga nie była gładka i przewidywalna, tylko poszarpana – jak nasze życiorysy. Jest w nim też coś bardzo czułego, co szczególnie dotyka współczesne serca: jego zdolność do przyjaźni. Z Bogiem, z ludźmi, z całym stworzeniem.
W świecie, w którym coraz częściej czujemy się samotni nawet pośród tłumu i ciągłej łączności online, on pokazuje, że prawdziwa bliskość rodzi się z prostoty. Nie trzeba mieć doskonałych relacji, trzeba mieć odwagę odsłonić się przed drugim człowiekiem - bez masek, bez gry. Franciszek nie bał się słabości, bo wiedział, że Bóg nie przychodzi do naszych ideałów, ale do naszych ran. Może dlatego tak wiele osób - z różnych krajów, z różnym bagażem doświadczeń- zapisuje się, by stanąć przy jego szczątkach.
Kiedy więc pytam samą siebie: co znaczy dla mnie św. Franciszek dzisiaj, nie potrafię odpowiedzieć „ładnym” zdaniem. Bardziej widzę obrazy: człowieka, który zdejmuje z siebie zbroję, żeby przestać walczyć z całym światem; młodego świętego, który klęka przed trędowatym, chociaż cały się wzdryga; mężczyznę, który boi się śmierci, ale nazywa ją „siostrą”. I słyszę jakby ciche pytanie: czy ty też w ten sam sposób zaufasz Bogu?
Wystawione ciało Franciszka przypomina, że mimo wszelkich pozorów jesteśmy śmiertelni. Ale też, że w tej śmiertelności można przejść przez świat tak, by zostawić po sobie ślad. On go pozostawił. Nie w postaci idealnego życiorysu, tylko w postaci życia, które całe stało się odpowiedzią na miłość. Może właśnie o to chodzi, gdy pochylamy się nad postacią Świętego Franciszka - by choć na chwilę dopuścić do siebie myśl, że świętość nie jest poza naszym zasięgiem. Że jest zaproszeniem - także dla mnie, dzisiaj - do naśladowania Biedaczyny z Asyżu.
