Reklama

Wiadomości

O strażaku z WTC

Jean Palombo przyleciała na Światowe Dni Młodzieży do Toronto, choć od dawna nie była już ani nastolatką, ani studentką. W zasadzie jedyną nicią, która łączyła ją z młodzieżą, był fakt, że była po prostu matką nastolatków – w tym 17-letniego Anthony’ego. Dwa lata wcześniej, latem 2000 r., Anthony wraz ze swoim ojcem Frankiem brali udział w spotkaniu z Janem Pawłem II na Tor Vergata w Rzymie. Gdy Papież ogłosił na zakończenie jubileuszowego spotkania z młodzieżą, że kolejne Światowe Dni Młodzieży odbędą się w Kanadzie, Frank i Anthony od razu zaplanowali rodzinny wyjazd. Mieszkali w Nowym Jorku, więc do Toronto mieli stosunkowo blisko. Chcieli zabrać ze sobą Jean i dwóch młodszych braci Anthony’ego. Tymczasem rok później wydarzyło się coś, co zmieniło nie tylko bieg historii ich rodziny, ale zapisało się czarną kartą w historii całej zachodniej cywilizacji

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera

Rankiem 11 września 2001 r. Jean obudziła się bardzo zdenerwowana. Sądziła, że jest w ciąży. Choć Palombowie byli otwarci na kolejne dzieci, Jean uznała, że byłoby to za szybko. Ich najmłodsza, dziesiąta pociecha nie miała jeszcze roku. Powiedziała Frankowi, że chyba zwariuje. On z uśmiechem odpowiedział, że ma się nie przejmować i że może się martwić wyłącznie o to, że znów się będą kłócić o imię dziecka. Bo zawsze się kłócili. Roześmiała się wtedy, Frank zawsze umiał ją rozbawić. Zwołał dzieci, by odwieźć je do szkoły, a gdy zamykał drzwi, powiedział do żony: „Zawsze będę ci pomagał”. Krótko potem na Brooklynie, na którym mieszkali, rozległ się ogromny huk. Pierwszy samolot wbił się w jedną z wież World Trade Center.

Tata nie wróci na noc

Reklama

O godz. 8.45 porwany przez członków terrorystycznej organizacji Al-Kaida samolot pasażerski Boeing 767 uderzył w pierwszy z wysokościowców kompleksu WTC. O 9.03 drugi uprowadzony samolot rozbił się o drugą wieżę. Paliwo płonące w temperaturze 1000oC rozmiękczyło stalową konstrukcję. Wieżowiec uderzony jako drugi zawalił się jako pierwszy już po 47 min. Krótko po nim zawaliła się pierwsza z wież. Jean jako żona strażaka wiedziała, że gdy jej mąż walczy z pożarem, ona nie może oglądać telewizyjnych wiadomości. I choć tamtego dnia cały świat jak w hipnozie oglądał w telewizji płonące wieże, ona swojego telewizora nawet nie włączyła. Wieczorem jednak zrozumiała, że stało się coś złego. Frank nie odzywał się, nikt nie miał pojęcia, gdzie jest on i jego grupa. O północy dowiedziała się, że ekipa jej męża zaginęła. Powiedziała dzieciom, że tata nie wróci na noc.

Pomóż w rozwoju naszego portalu

Wspieram

Reklama

Poznała Franka, gdy miała 9 lat. Jej starszy brat Ray przyprowadził go do domu. Czternastoletni wówczas gość zderzył się z nią gdzieś w korytarzu i tak wyglądał ich pierwszy kontakt. Gdy skończyła 18 lat, Frank zaprosił ją na randkę. W 1982 r., wkrótce po jej 21. urodzinach, wzięli ślub. Ich życie nie zawsze przypominało jednak idyllę. Jean jako młoda mężatka postanowiła odciąć się od Kościoła. Nie chciała mieć dzieci, bo uważała, że nie powinno się sprowadzać na świat niewinnych istnień, wiedząc, jak pełne cierpienia jest życie. Ich małżeństwo powoli obumierało. Któregoś dnia, nie wiedzieć czemu, Frank poprosił, by poszła z nim posłuchać jakichś katechez w jednej z nowojorskich parafii. Zgodziła się, jednak od razu zastrzegła, że to jej ostatni kontakt z Kościołem katolickim. W czasie katechezy zobaczyła małżeństwo wędrownych katechistów, które oczekiwało dziecka. Ogromnie poruszył ją fakt, że ci ludzie porzucili dom, kariery, które robili w Europie, tylko po to, by poświęcić się ewangelizacji. Niespodziewanie dotarło do niej, że Bóg kocha ją do tego stopnia, że wzbudził w dwojgu Włochów, o istnieniu których nie miała pojęcia, pragnienie zostawienia wygodnego życia po to, by jej życie mogło się odmienić. Gdy to sobie uświadomiła, zrozumiała, że sama nie żywiła takiej miłości nawet do własnego męża. Katecheza, która miała być jej ostatnim kontaktem z Kościołem, stała się nagle drzwiami do ich nowego życia.

To oni dodają odwagi nam

Reklama

W drugim dniu października 2001 r. z tym samym małżeństwem włoskich ewangelizatorów pojechała na Manhattan. Tylko dzięki ich obecności i wsparciu, stojąc nad zgliszczami bliźniaczych wież, mogła powiedzieć swoim dzieciom, że ich ojciec nie żyje. Oczywiście, że płakali. Nie ma nic złego w opłakiwaniu kogoś bliskiego. Jako młoda mężatka nie chciała być matką, a stojąc przy potężnych wyrwach w ziemi, na której stało niedawno World Trade Center, dziękowała Bogu za swoje potomstwo bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Na pogrzebie Franka zjawił się ówczesny burmistrz Nowego Jorku – Rudolph Giuliani. Jean z dziećmi, mimo bólu, jakiego doświadczała, wywarła na nim olbrzymie wrażenie. „To rodzina bardzo duża, bardzo ładna, włosko-amerykańska, z wieloma dziećmi, bardzo mocna wiarą – mówił burmistrz obecnym na pogrzebach strażaków reporterom. – Patrząc na tę rodzinę, na to, jak ona reaguje, jak jej członkowie wspierają się nawzajem, można się wzmocnić. Są bardzo zgnębieni, lecz mają też gigantyczną wiarę w Boga, który ich podtrzymuje”. A gdy któryś z dziennikarzy poprosił Giulianiego, by w kilku słowach dodał odwagi rodzinie, o której mówił, stwierdził: „Mają w sobie tę odwagę, nie potrzebują jej z zewnątrz. Wystarczy zobaczyć, jak sobie pomagają i jak wszyscy są przekonani, że nawet ta tragedia, która stała się ich udziałem, była z woli Boga i była częścią Jego planu. To oni dodają odwagi nam”.

To zaszczyt móc kochać nieprzyjaciół

Amerykański atak na Afganistan, który nastąpił wkrótce po zamachach na WTC i który władze USA nazywały „wojną z terroryzmem”, dla Jean nie był wcale przejawem wymierzania dziejowej sprawiedliwości. Nie chciała mieć nic wspólnego z takim myśleniem. Gdyby w Nowym Jorku zapłonęły meczety, a wewnątrz modliliby się talibowie, Frank i jego załoga bez zastanowienia weszliby do środka, ryzykując dla nich życie. Oni nie zajmowali się polityką, po prostu ratowali ludzi. Frank mawiał, że to zaszczyt móc kochać nieprzyjaciół. Jean była przekonana, że choć atak na WTC był monstrualnym złem, Bóg kocha także zamachowców i terrorystów. Gdy o nich myśli, modli się: „Panie, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią”. Frank był wspaniały i odważny – zapewnia Jean. – Jak wszyscy strażacy był bardzo rozważny i ostrożny, nie udawał twardziela. Prawdziwy profesjonalista. Gdy zginął, miał 46 lat. Ostatnie słowa, jakie skierował do żony, brzmiały: „Zawsze będę ci pomagał”. Nie skłamał. Jean odczuwała każdego dnia, jak mąż pomagał jej i dzieciom z nieba. Po Eucharystii z Janem Pawłem II na Downsview w Toronto pierworodny Jean i Franka – Anthony postanowił wstąpić do seminarium, zostać księdzem i nieść Ewangelię wszędzie tam, gdzie Kościół go pośle.

Epilog

Historię Franka, powołania Anthony’ego i swoją Jean Palombo opisała mi w kilku mailach. Mijały lata i nasz kontakt gasł. Nie wiedziałam, co u niej słychać. Późnym latem 2013 r. zatelefonował do mnie mój przyjaciel z Tarnobrzega i podekscytowany poinformował, że spotkał się z dawną koleżanką, która mieszka od lat w USA, i wszystko wskazuje na to, że owa znajoma przyjaźniła się z Jean, o której kiedyś pisałam. Chwilę później usłyszałam jej głos w słuchawce i dowiedziałam się, że Anthony Palombo jest już po święceniach kapłańskich, Jean po śmierci męża urodziła córkę. Po długiej walce z chorobą odeszła do nieba i do swojego Franka. Byłam przy jej śmierci i na jej pogrzebie – mówiła. – Jean umierała bardzo spokojna, powtarzała, że nie martwi się o dzieci, bo zostawia je w najlepszych rękach, w rękach Boga.

2016-02-03 08:47

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Zostałem uratowany!

Nowogard, Klub AA „Hania”: spotkanie z animatorami Apostolatu Trzeźwości z Rokitna

W niedzielę 10 listopada gościem nowogardzkiego Klubu Abstynenta „Hania” był Stanisław Szuflak, koordynator Ośrodka Apostolstwa Trzeźwości w Rokitnie, który podzielił się świadectwem własnego życia i wychodzenia z nałogu alkoholowego, wraz z nim przyjechała Małgorzata Pasznicka – śpiewaczka poetycka, również animatorka apostolatu trzeźwości, która modli się o łaskę powrotu do życia w trzeźwości dla swojego brata. Goście uczestniczyli tego dnia również w Mszach św. odbywających się w kościołach należących do parafii św. Sylwestra w Strzelewie. Podczas Eucharystii głos zabrał pan Stanisław. – Jestem alkoholikiem, cierpię na nieuleczalną chorobę. To działo się w moim rodzinnym mieście, Gryfinie. Kiedy byłem bardzo młodym człowiekiem, w czasach szkoły średniej, alkohol stał się dla mnie sposobem na rozrywkę, odprężenie. Rodzice zawsze mnie upominali, ale ja się wtedy obruszałem. Wreszcie skończyłem szkołę. Postanowiłem wyprowadzić się z domu i zacząć żyć po swojemu. Miałem dość słuchania rodziców. Na początku było przyjemnie. Była praca, mieszkanie, alkohol i koledzy. Piło się coraz częściej. Nie zauważyłem nawet, jak szybko zacząłem się staczać. Nałóg alkoholowy to jeden z najbardziej podstępnych wynalazków szatana, bo na początku nie sprawia bólu. W końcu alkohol zaczął tak dominować w moim życiu, że najpierw straciłem pracę, bo przychodziłem pijany, aż w końcu w ogóle przestałem przychodzić. Dostałem zwolnienie dyscyplinarne. W związku ze stratą pracy zaczęło brakować mi pieniędzy. Nie miałem na opłacenie czynszu, więc straciłem także mieszkanie. Zostałem na lodzie. Nawet nie zdawałem sobie sprawy, że w tym samym czasie rodzice modlili się za mnie, abym nawrócił się z tej złej drogi. Do tego doszły dolegliwości fizyczne. Z powodu picia straciłem siłę w nogach. Nie mogłem chodzić. Następnie zaczął słabnąć mi wzrok. Widziałem na metr. Nie dalej. Sięgnąłem dna! Przyszedł rok 1992. Wigilia. Niestety, bardzo smutna. Z racji na swoje dotychczasowe życie zostałem sam. We wcześniejszych latach 24 grudnia martwiłem się z kolegami tylko tym, ile butelek będziemy mieli na święta. Kto tam myślał o opłatku, kościele? Ale tego dnia, opuszczony, zatęskniłem za rodzinnym ciepłem. W dzień Wigilii zacząłem chodzić po mieście. Widziałem ludzi zabieganych nad przygotowaniami do wieczerzy, a ja chodziłem taki skacowany. W końcu miasto zaczęło się wyludniać, z mieszkań zaś tu i ówdzie dobywała się melodia kolęd. Ach, smutno było. Poszedłem na most. Z góry obserwowałem płynące po Odrze kry lodu. – Tak dalej żyć się nie da – pomyślałem. Ale przypomniały mi się wtedy słowa babci: „Bóg dał życie, i tylko Bóg może je odebrać”. Nagle zobaczyłem, że mostem jadą moi znajomi. Zatrzymali się. – Co ty tu robisz, Staszek? – zapytali i zaproponowali, że mnie odwiozą. Po kilku dniach zostałem w stanie przepicia odwieziony karetką do szpitala w Szczecinie, na oddział detoksykacyjny. Alkohol mnie wykańczał. W Szczecinie zostałem poddany trzytygodniowej kuracji – leki, kroplówki – ale gdy leczenie minęło, dostałem wypis i lekarz powiedział, że teraz muszę radzić sobie sam. – Ale jak? – powiedziałem. – Ja już nie chcę wracać do tamtego, pijackiego środowiska, bo w końcu zapiję się na śmierć. I nagle ktoś powiedział do mnie: „Dzień dobry”. Odwróciłem się. To był ks. Stanisław z Żabnicy pod Gryfinem. Zapytał mnie: „Czy chcę naprawdę Pan przestać pić?”. Odpowiedziałem, że tak, że właściwie nie mam już innego wyjścia. Ksiądz zawiózł mnie do siebie. Pozwolił przez jakiś czas pozostać na plebanii. Zaufałem w pełni temu człowiekowi. Zapragnąłem przystąpić również do spowiedzi, ale po latach było trudno. Wtedy zwróciłem się do ks. Stanisława. Powiedział mi: „Spokojnie, pomogę Panu w przygotowaniu rachunku sumienia”. Spowiedź nie była łatwa, chwilami wyznawanie grzechów było nawet bolesne, ale w końcu powiedziałem wszystko i nastąpiła niesamowita ulga. Spowiednik powiedział: „Pan Jezus Ci wybaczył. Idź i nie grzesz więcej!”. Poczułem się wolny. Wiedziałem, że nie mogę zawieść. Muszę kroczyć drogą dobra! Następnie ks. Stanisław zawiózł mnie do Klubu Abstynenta w Gryfinie. Tam spotkałem ludzi, którzy podobnie jak ja zmagali się z nałogiem, ale mieli już w tej walce nieco dłuższy staż. Wraz z tamtą grupą udałem się pewnego dnia na rekolekcje trzeźwościowe do Sanktuarium Matki Bożej Cierpliwie Słuchającej w Rokitnie. Tam grupa odmówiła nade mną modlitwę o uwolnienie. Zacząłem prosić usilnie Matkę Bożą Cierpliwie Słuchającą, abym nie stracił do końca wzroku i siły w nogach. Otrzymałem od Boga łaskę powrotu do zdrowia fizycznego, z czasem wzrok zaczął się poprawiać, a nogi przestały odmawiać posłuszeństwa. W moim życiu nastąpił przełom. Zostałem uratowany. Nie piję od 21 lat. Od tamtej pory p. Stanisław Szuflak świadectwem swojego życia, słowem pociechy i nadziei oraz konkretnymi działaniami niesie pomoc tym, którzy pragną wyjść z niszczącego ich życie nałogu. Apostolat Trzeźwości w Rokitnie, którego koordynatorem jest p. Stanisław, obejmuje swoją troską osoby z całej Polski. Działalność ośrodka sięga także Polaków zamieszkałych na terenach Białorusi i Ukrainy oraz Polonusów pracujących na stałe w Niemczech i Wielkiej Brytanii. W Rokitnie cyklicznie organizowane są rekolekcje trzeźwościowe dla osób uwikłanych w nałóg, a także dla kapłanów, którzy zajmują się osobami uzależnionymi od alkoholu, jak i dla księży borykających się z nałogiem w swoim życiu osobistym. Dwa razy w roku przeprowadzane są także rekolekcje dla rodzin osób uzależnionych.
CZYTAJ DALEJ

Sąd odwołał Dzień Biblii w kolumbijskiej gminie, argumentując to „neutralnością” państwa

2026-09-01 10:24

[ TEMATY ]

Biblia

congerdesign/pixabay.com

Sąd administracyjny w Cundinamarca (Kolumbia) podtrzymał orzeczenie sądu pierwszej instancji, który unieważnił Dzień Biblijny w gminie Chía, obchodzony od 2014 r., argumentując, że nie szanuje on neutralności państwa - podaje agencja aciprensa.com.

Dzień Biblijny został zatwierdzony przez Radę Chía w Porozumieniu 040 z 2013 r., w którym ustalono, że datą jego upamiętnienia będzie 30 września.
CZYTAJ DALEJ

Nie żyje powstaniec warszawski Jerzy Łakomski ps. „Kajtek”

2026-09-01 11:11

[ TEMATY ]

wspomnienie

Adobe Stock

W wieku 94 lat zmarł Jerzy Łakomski ps. „Kajtek”, który w trakcie Powstania Warszawskiego pełnił służbę pomocniczą w pułku „Baszta”. Jego pogrzeb odbędzie się 7 września na Cmentarzu Północnym w Warszawie.

O śmierci Jerzego Łakomskiego poinformowało we wtorek Muzeum Powstania Warszawskiego. „Z ogromnym smutkiem przyjęliśmy wiadomość, że na wieczną wartę odszedł Jerzy Łakomski ps. »Kajtek«. Przyjaciel Muzeum Powstania Warszawskiego, był z nami podczas obchodów rocznic Powstania czy Wigilii Powstańczych” – podano.
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

REKLAMA

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję