Reklama

Wiadomości

Tykająca bomba SAFE

Miało być huczne wesele, a wyszła wstydliwa ceremonia z niechcianym podpisem Władysława Kosiniaka-Kamysza. Im dłużej trwała debata nad "wspaniałym" programem SAFE, tym więcej wyszło konkretnych informacji, które co najmniej gaszą entuzjazm.

[ TEMATY ]

felieton

Samuel Pereira

Materiały własne autora

Samuel Pereira

Samuel Pereira
Dodaj nasz portal do preferowanych źródeł Google
Artykuły z niedziela.pl będą pojawiać się częściej w Twoich wynikach wyszukiwania

Nikt z obozu władzy nie przejmuje się nielegalnością działań, ale widać coraz większą świadomość przyszłych konsekwencji. Jest to wyjątkowo widoczne w przypadku SAFE, gdzie pod dokumentem nie podpisał się premier Donald Tusk, tylko oddelegował do tego dwóch ministrów: finansów Andrzeja Domańskiego i obrony narodowej Władysława Kosiniaka-Kamysza. Ten ostatni, parafrazując klasyka, podpisał się, ale nie cieszył. Trudno się dziwić, lider Polskiego Stronnictwa Ludowego jest w polityce już wiele lat i musi widzieć przyszłe, potencjalne konsekwencje swojej decyzji. Dlaczego więc, mimo wszystko ją podjął?

W mojej ocenie ze strachu, w końcu szef rządu zna go od lat i wie o nim dużo za dużo, by nie brać tego pod uwagę. A decyzja miała zostać podjęta tu i teraz, lider Koalicji Obywatelskiej też ma nad sobą naciskających, więc Donald Tusk po raz kolejny zastosował swój ulubiony model polityczny: ma być natychmiastowo, zgodnie z zasadą „zróbmy to szybko, zanim do obywateli dotrze, że to bez sensu”. Wszystko w duchu „wielkiego sukcesu”, z odroczoną odpowiedzialnością, a najlepiej przerzuconą na innych.

Pomóż w rozwoju naszego portalu

Wspieram

Żyranci

Reklama

Tak więc premier tradycyjnie stanął przed kamerami, wygłosił serię wielkich słów o „przełomie”, „silnej Europie” i „gorszych humorach w Moskwie”, po czym usunął się z pierwszego rzędu całej ceremonii – grzecznie wycofując się przed podpisem. Ale za to klaskał. To nie jest detal. W polityce podpis oznacza odpowiedzialność. Zwłaszcza przy podejrzanym zobowiązaniu liczonym w dziesiątkach miliardów euro i rozpisanym na dekady.

W końcu Tusk doskonale rozumie, że SAFE może okazać się tykającą bombą. Finansową, polityczną, a być może także prawną. Sama konstrukcja programu budzi ogromne wątpliwości. Nie chodzi już nawet o spór dotyczący podstawy prawnej w prawie unijnym czy zarzuty obchodzenia polskiej konstytucji i prezydenckiego weta. Chodzi o coś bardziej podstawowego: o oddanie części kontroli nad bezpieczeństwem państwa w mechanizm zależny od decyzji instytucji międzynarodowych.

To właśnie jest największy haczyk SAFE. Pożyczka nie jest „darmowymi pieniędzmi”, jak próbują ją przedstawiać politycy koalicji. Jest instrumentem warunkowym o wielu zmiennych, a pewne ma dwie rzeczy: większe uwikłanie i uzależnienie, z coraz mniejszą suwerennością. W praktyce oznacza to możliwość politycznego wpływu na tempo, zakres i sposób finansowania polskiej obronności. A skoro Bruksela już dziś uzależnia wypłatę środków od własnych ocen „praworządności” i omija zapisy traktatowe wolą polityczną, to dlaczego nie miałaby podobnych mechanizmów stosować wobec pieniędzy na armię?

Ciężar cudzych decyzji

Reklama

W tym wszystkim jest jeszcze jeden wyjątkowo niewygodny kontekst dla samego ministra obrony narodowej i Władysław Kosiniak-Kamysz musi to rozumieć. To polityk zbyt doświadczony, by wierzyć wyłącznie w konferencyjne slogany. Szczególnie że już raz został politycznie wystawiony jako twarz decyzji, których ciężar społeczny okazał się ogromny.

Przed laty w ujawnionych rozmowach Jana Kulczyka z Pawłem Grasiem padły słowa, które do dziś wracają jak polityczny bumerang. Graś mówił wtedy o liderze PSL, że „przeprowadził dwie najgorsze historie w wolnej Polsce” – podniesienie wieku emerytalnego do 67 lat i sprawę OFE. Niezależnie od tego, czy ktoś zgadza się z tą oceną, mechanizm był oczywisty: Kosiniak-Kamysz stawał się twarzą decyzji obciążających społecznie, podczas gdy polityczne centrum dowodzenia pozostawało gdzie indziej.

Dziś można odnieść wrażenie, że historia zatacza koło. SAFE może okazać się dla lidera PSL trzecią „najgorszą historią”, tym razem nie dotyczącą systemu emerytalnego, ale bezpieczeństwa państwa, gigantycznego długu i ograniczania realnej suwerenności Polski w obszarze obronności.

Post Scriptum

Tak przy okazji, w końcu dotykamy polityki bezpieczeństwa i obrony. Donald Tusk od miesięcy opowiada o czasach przedwojennych i rosyjskim zagrożeniu. Jeśli naprawdę uważa sytuację za aż tak dramatyczną, to dlaczego równolegle tak atakuje największego sojusznika, Stany Zjednoczone? Państwo nadal działa w trybie pełnej rutyny, a gdzie jest system szkoleń rezerw? Gdzie mobilizacja przemysłu? Gdzie realne przygotowanie społeczeństwa? Poza kolejnymi przemówieniami niewiele się zmienia. Chyba, że mamy uznać, że deklaracje premiera są równie poważne, co obietnice wyborcze złożone w kampanii, w celu objęcia tego stanowiska.

2026-05-09 11:18

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera

Ocena: +12 -2 dodaj do źródeł Google

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Pamiętna data

Każdy naród ma w sobie zakodowaną wiedzę dotyczącą wydarzeń, które wywołały w nim traumatyczne przeżycia. Dzień 22 lipca w pewnym sensie łączy dwa narody: żydowski i polski.
CZYTAJ DALEJ

Trzeba jeszcze mieć pamięć

2026-10-29 14:26

Biuro Prasowe AK

– Jeśli po tych dwudziestu latach jesteście rzeczywiście wspólnotą ludzi, którzy są sobie bliscy, którzy chcą sobie nawzajem pomagać, którzy są nawzajem na siebie otwarci, którzy widzą „przybysza, sierotę, wdowę, dłużnika, biedaka”, (…) to nie robota przy tym kościele zrobiła z Was taką wspólnotę, tylko słuchanie Słowa Bożego – mówił kard. Grzegorz Ryś w czasie uroczystości odpustowych i jubileuszowych w parafii św. Jana Pawła II w Nowym Targu obchodzącej swoje 20-lecie.

– Przez 20 lat wpatrzeni w postać św. Jana Pawła II uczyliśmy się otwierać na oścież drzwi Chrystusowi. Dziś dziękujemy za przeszłość i z nadzieją patrzymy w przyszłość – mówił na początku Mszy św. proboszcz ks. Jan Karlak, witając kard. Grzegorza Rysia, kapłanów i parafian na uroczystościach odpustowych i jubileuszowych.
CZYTAJ DALEJ

Relikwie nie są amuletami. Mają prowadzić do Chrystusa

2026-10-30 10:37

ks. Łukasz Romańczuk

Relikwie św. Jana Chrzciciela w Katedrze Wrocławskiej

Relikwie św. Jana Chrzciciela w Katedrze Wrocławskiej

Relikwię można zamknąć w relikwiarzu, ale nie po to, by stała się tylko cennym przedmiotem czy trofeum. Jej sens odsłania się wtedy, gdy przypomina o człowieku, który swoim życiem wskazywał na Boga. O tym dlaczego w Kościele obecne są relikwie, czym naprawdę jest kult relikwii i dlaczego nie wolno mylić go z zabobonem, opowiada ks. Mariusz Szypa, dyrektor Wydziału Katechetycznego Kurii Metropolitalnej Wrocławskiej.

Początki kultu relikwii były związane z miejscami pochówku świętych, przy których gromadzili się wierni: - Dyrektorium pobożności ludowej używa takiego bardzo pięknego sformułowania: wierni kochają relikwie. I w zasadzie od samego początku ta miłość była, choć różny był jej powód. Ten właściwy polegał na tym, że oddawano cześć Panu Bogu, który w tych osobach dokonał świętości. W ich życiu wyrażała się świętość, którą zdobyli - zaznacza kapłan dodając: - Początkowo kult relikwii był związany tylko z miejscem pochówku świętych. Tam, gdzie były ich ciała, tam oddawano cześć: w katakumbach czy na cmentarzyskach. Z czasem nad tymi miejscami zaczęły powstawać kościoły, a nawet ogromne bazyliki. Bazylika świętego Piotra w Rzymie została zbudowana na cmentarzysku watykańskim; pod nią można zobaczyć miejsce, gdzie pochowano świętego Piotra. Podobnie bazylika świętego Pawła za Murami powstała nad grobem Apostoła.
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

REKLAMA

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję