I właśnie tutaj zaczynają się pytania. Bo trudno nie dostrzec pewnej politycznej prawidłowości. Jeszcze w kampanii Donald Tusk obiecywał „wyrównanie krzywd” funkcjonariuszy objętych ustawą dezubekizacyjną. Po przejęciu władzy rozpoczęto działania, które w praktyce oznaczały przywracanie wyższych świadczeń wielu byłym funkcjonariuszom aparatu PRL. Dziś ten sam premier blokuje ujawnienie dokumentu, który od lat budzi ogromne emocje właśnie dlatego, że może rzucać światło na wpływy dawnych służb w III RP.
Przypadek?
To samo pytanie wraca przy okazji jednej z najbardziej kontrowersyjnych decyzji z czasów pierwszych rządów Tuska. W 2011 roku premier wyraził zgodę na podjęcie współpracy pomiędzy polską SKW a rosyjską FSB – następczynią KGB. Sama umowa została podpisana w 2013 roku, a kontakty między służbami miały rozpocząć się już po katastrofie smoleńskiej. Fakt istnienia takiej współpracy potwierdzały zarówno publikacje prasowe, jak i późniejsze informacje i ujawniane dokumenty.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Reklama
Oczywiście obóz Tuska uważa, że współpraca służb różnych państw, nawet tych putinowskich jest czymś normalnym. Problem polega na tym, że mówimy o FSB – służbie państwa, które już wtedy prowadziło wobec Polski agresywną politykę informacyjną i wywiadowczą. Po czasie wyszło na jaw, że porozumienie nie zabezpieczało dostatecznie polskich interesów oraz nie uwzględniało w pełni kontekstu sojuszniczego NATO.
Dzisiaj historia zatacza koło. Gdy pojawia się szansa, by Polacy poznali treść dokumentu dotyczącego działania WSI, premier to banuje. Nie tłumaczy, dlaczego Polacy nie mogą sami ocenić zawartości aneksu. Nie mówi, które konkretnie fragmenty stanowią zagrożenie. Po prostu odmawia podpisu.
Przecież jeżeli aneks jest bezwartościowy, to nie ma czego się obawiać, prawda? Jeżeli zawiera wyłącznie błędne hipotezy, jego publikacja skompromitowałaby autorów. Jeśli jednak sam fakt ujawnienia dokumentu wywołuje tak gwałtowną reakcję polityczną, trudno dziwić się, że wielu z nas zaczyna zadawać niewygodne pytania o jego relacje.
W końcu Donald Tusk nie tylko deklarował wsparcie dla środowisk „dotkniętych” ustawą dezubekizacyjną, ale po powrocie do władzy faktycznie doprowadził do sytuacji, w której tysiące byłych funkcjonariuszy komunistycznego aparatu bezpieczeństwa de facto dostało podwyżkę świadczeń. „Krzywdy zostaną wyrównane” – zapowiadał, a dla wielu Polaków był to jasny sygnał: polskie państwo, które przez lata zaczęło rozliczać ludzi służących reżimowi PRL – pod wodzą obecnego premiera, zaczęło się z tego wycofywać. Tamten kampanijny dług wobec esbeków został spłacony, a teraz doszedł kolejny, ten spod znaku WSI.
