Rada Edukacji Teksasu stosunkiem głosów 9 do 5 zatwierdziła nową listę obowiązkowych lektur dla szkół publicznych. Od 2030 roku ponad pięć milionów uczniów będzie poznawało również wybrane fragmenty Pisma Świętego.
Wystarczyło jednak ogłoszenie wyniku głosowania, by rozpętała się burza. Jedni mówili o powrocie do fundamentów zachodniej cywilizacji, inni o „religijnej indoktrynacji”. Szefowa organizacji Americans United for Separation of Church and State uznała nawet, że jest to próba narzucenia dzieciom „jednego, wąskiego zestawu przekonań religijnych”. To nie jedyny absurd w tej debacie, bo nie zabrakło także głosów krytyki, że na liście obowiązkowych lektur znajduje się zbyt wielu... „białych autorów”. Trudno o lepszy symbol naszych czasów. Zamiast dyskutować o wartości dzieła, ocenia się kolor skóry jego autora. Swoją drogą to symptomatyczne, że taki odwrócony rasizm obozowi „postępu” nie przeszkadza.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Nieznajomość Pisma szkodzi
Reklama
Tymczasem Biblia nie znalazła się w szkolnym kanonie dlatego, że jest księgą religijną. Trafiła tam dlatego, że jest fundamentem naszej cywilizacji. To najważniejszy tekst kultury Zachodu. Bez niego trudno zrozumieć obrazy Michała Anioła, muzykę Bacha, „Boską komedię” Dantego, dramaty Szekspira czy twórczość największych polskich poetów. Jej język przeniknął do codziennych powiedzeń, prawa, filozofii i literatury. Kto nie zna Biblii, ten nie zna ogromnej części własnej kultury.
Paradoks polega na tym, że nikt nie protestuje, gdy uczniowie poznają mitologię grecką, wierzenia starożytnego Egiptu czy filozofię Dalekiego Wschodu. Nikt rozsądny nie twierdzi, że szkoła nawraca dzieci na kult Zeusa albo Ozyrysa. Dlaczego więc akurat Biblia miałaby być traktowana jak materiał niebezpieczny? Czy naprawdę przypowieść o miłosiernym Samarytaninie albo historia syna marnotrawnego stanowią większe zagrożenie dla młodego człowieka niż przemoc, pornografia i agresja, z którymi codziennie styka się w internecie?
Demokracja pokoleń
Najbardziej niepokojące jest jednak coś jeszcze. Coraz częściej zachowujemy się tak, jakby doświadczenie naszych rodziców, dziadków i pradziadków nie miało już żadnego znaczenia. Jakby wszystko, co budowało Europę przez dwa tysiące lat, należało wyrzucić do muzeum. Tymczasem demokracja nie oznacza prawa do odrzucania tradycji. Wręcz odwrotnie. Oznacza szacunek dla głosu większości oraz dla dziedzictwa tych, którzy byli przed nami. Nie jesteśmy pierwszym pokoleniem na tej ziemi. Nie zaczynamy historii od zera. Czasem licząc głosy, powinniśmy spojrzeć na historię świata, szerzej.
Reklama
Święty Jan Paweł II przypominał, że „nie można zrozumieć człowieka bez Chrystusa”. Nie była to wyłącznie deklaracja wiary. Papież wskazywał, że wraz z odrzuceniem chrześcijaństwa człowiek często traci także właściwe rozumienie własnej godności. W liście apostolskim Novo Millennio Ineunte zachęcał cały Kościół do ponownego odkrycia Słowa Bożego jako źródła odnowy życia. Z kolei w encyklice Fides et ratio przypominał, że wiara i rozum są „jak dwa skrzydła, na których duch ludzki unosi się ku kontemplacji prawdy”.
Biblia nie jest przeciwieństwem rozumu
Pismo Święte jest sprzymierzeńcem rozsądku. Benedykt XVI poświęcił Biblii jeden z najważniejszych dokumentów swojego pontyfikatu – adhortację Verbum Domini. Przywołał w niej słynne zdanie św. Hieronima: „Nieznajomość Pisma Świętego jest nieznajomością Chrystusa.” Dodawał również, że „Słowo Boże jest światłem dla ludzkiego życia”. Nie zamyka człowieka w przeszłości, lecz pomaga zrozumieć teraźniejszość i odpowiedzialnie budować przyszłość. To właśnie dlatego Biblia pozostaje zaskakująco aktualna także w XXI wieku.
Podobnie mówi papież Leon XIV. Już na początku swojego pontyfikatu wielokrotnie podkreślał, że Kościół nie może głosić samego siebie, lecz przede wszystkim Ewangelię. Zachęcał wiernych do codziennego karmienia się Słowem Bożym, bo tylko ono daje człowiekowi trwały fundament w świecie pełnym zamieszania i relatywizmu. To przesłanie nie jest skierowane wyłącznie do ludzi wierzących. Jest przypomnieniem, że cywilizacja potrzebuje wartości, które są trwalsze od chwilowych mód.
Reklama
Krytycy decyzji Teksasu przekonują, że obecność Biblii w szkole zagraża pluralizmowi. W rzeczywistości jest dokładnie odwrotnie. Prawdziwy pluralizm nie polega na eliminowaniu chrześcijaństwa z przestrzeni publicznej, lecz na tym, że potrafimy rozmawiać także z własną tradycją. Trudno mówić o otwartości, jeśli jedyną niedopuszczalną księgą okazuje się ta, która przez dwa tysiące lat współtworzyła zachodnią kulturę.
Uniwersalna historia i świat wartości
Można oczywiście nie wierzyć w Boga. Można nie praktykować religii. Ale trudno uczciwie twierdzić, że Biblia jest jedynie starożytnym zbiorem opowieści. To księga, która uczy odpowiedzialności, przebaczenia, miłości bliźniego, sprawiedliwości, szacunku dla słabszych i godności każdego człowieka. Są to wartości, których współczesny świat potrzebuje bardziej niż kolejnych ideologicznych sporów.
Być może więc Teksas nie zrobił nic rewolucyjnego. Być może po prostu przypomniał światu coś, o czym Europa coraz częściej zapomina – że przyszłość buduje się znacznie pewniej wtedy, gdy nie odcina się własnych korzeni.
