ANDRZEJ TARWID: – Pana najnowsza książka nosi tytuł „Antymatki”, a przecież w naszym kraju macierzyństwo opisuje się zwrotem „Matka-Polka”. Kim więc są antymatki?
GRZEGORZ ŁĘCICKI: – Poprzez wprowadzenie tego neologizmu chciałem zaakcentować negatywne formy realizacji macierzyństwa.
– W literaturze fachowej, ale i w życiu codziennym można usłyszeć takie pojęcia jak: „toksyczny człowiek” czy „toksyczni rodzice”. A jakie postawy okazały się główną „toksyną” w Pana pracy badawczej?
– W przypadku mojej analizy jest to z jednej strony nadopiekuńczość, a z drugiej zaborczość. Choć na pierwszy rzut oka wydaje się, że to postawy skrajnie różne, to jednak obie pozbawiają dzieci wolności i samodzielności. W konsekwencji nie przygotowują młodego pokolenia do odpowiedzialnego życia w społeczeństwie.
– Nowatorstwo Pana podejścia polega jeszcze na tym, że osoby badane to gorliwe w swoim mniemaniu katoliczki. Dlaczego zajął się Pan właśnie nimi?
– Zastanawiało mnie, jak to jest, że kobieta uczestnicząca nawet gorliwie w praktykach religijnych, za progiem kościoła jest katem dla swojego dziecka, synowej lub zięcia.
– Co można powiedzieć o tej pseudoreligijności antymatek?
Reklama
– To nie jest chrześcijańska gorliwość, lecz coś niezwykle fałszywego. Jedna z owych antymatek powiedziała mi na przykład, że jej zdaniem papież często się myli.
– Niech zgadnę, ta kobieta oczywiście wie wszystko lepiej...
– ...nie tylko wie lepiej od papieża, ale też umiałby wszystko sprawniej poprowadzić i zorganizować w Kościele. Jeśli zaś chodzi o wnioski bardziej generalne, to myślę, że fałszywa religijność antymatek w swojej istocie polega na tym, iż one wszystkie jak ognia boją się sakramentu pojednania.
– Dlaczego?
– Ponieważ w konfesjonale trzeba wyznać grzechy, a więc oskarżyć siebie samą. A one są przecież wspaniałe, doskonałe i wiedzą wszystko najlepiej.
Typowa antymatka najpierw mówi, że dla niej bogiem jest dziecko. Ale tak naprawdę ona dąży do tego, aby być bogiem dla dziecka. W takiej konstrukcji religijność staje się narzędziem propagandy i manipulacji, które taka matka stosuje wobec dziecka poprzez szantaż emocjonalny.
– Dzięki książce kapłani i teolodzy mają nad czym rozmyślać, aby uzdrowić wiarę takich osób. Ale przecież toksyn nadopiekuńczości i zaborczości doświadczają także osoby niewierzące. Może nawet częściej.
– Opisując zaborczość i nadopiekuńczość rodziców, a szczególnie matek, odniosłem wrażenie, że tego rodzaju zachowania charakterystyczne są dla mentalności i obyczajowości neopogańskiej.
Reklama
– A czy nie jest to wynikiem tego, że w dzisiejszych czasach rodzice próbują jedynie uchronić dziecko przed trudnościami czy niebezpieczeństwami, których nie było w ich młodości?
– Pewnie też tak jest. Tylko że problemem nie jest to, że chce się chronić dziecko, bo to jest naturalne i rodzice są do tego powołani.
– W czym więc tkwi istota popełnianego błędu?
– W tym, że dorośli przyjmują fałszywą perspektywę chronienia dziecka przez całe jego życie. Roztropni rodzice mają nauczyć je tego, aby w przyszłości ono umiało ochronić siebie.
– W książce dowodzi Pan, że pobłażanie córce czy synowi może ostatecznie powodować „usidlenie dziecka i jego wewnętrzne zniewolenie”. Gdzie jest więc granica między dobrą a złą relacją?
– To bardzo trudne, bo każdy z nas jest niepowtarzalny. Nie ma więc jakiegoś jednego zdecydowanego schematu czy granicy. Jej określenie jest indywidualnym wyzwaniem dla każdej rodziny i każdej relacji ojcowskiej oraz macierzyńskiej.
– Jakie prawdopodobnie relacje z innymi będzie miał człowiek, który w dzieciństwie był wychowywany przez antymatkę?
– Dzieci wychowywane w duchu nadopiekuńczości i zaborczości przyjmują w dorosłości dwie główne postawy. Pierwsza to nienawiść wobec kobiet. Bo jak się ma do czynienia z toksyczną matką, to uważa się, że wszystkie kobiety są takie same, czyli koszmarne. Skutkiem tego może być odcięcie się od wszystkich innych kobiet, sympatii czy narzeczonych.
Reklama
– I co dalej robi taka osoba?
– Zazwyczaj szuka jakieś wspólnoty. Czasami nawet zakonnej czy seminaryjnej, gdzie idzie nawet bez powołania.
– Jednak większość takich osób zawiera związki małżeńskie, co wtedy?
– Rozpieszczane dzieci nie są nauczone zmagania się z życiem. Kiedy po ślubie zderzą się z rzeczywistością dnia codziennego, to często sobie nie radzą. W efekcie rozwodzą się, nie patrząc na to, że decyzją tą czynią krzywdę współmałżonkowi i dziecku. Robią tak, bo najważniejsze dla nich jest własne „ciepełko”.
– To pierwsza postawa wynikła z nadopiekuńczości, ale powiedział Pan, że jest i druga. Na czym ona polega?
– Druga postawa polega na tym, że osoba wychowywana w sposób nadmiernie emocjonalny i troskliwy sama potem żąda, aby wszyscy tacy byli. A przecież w dorosłym życiu trzeba samemu pójść po węgiel, bo już mamusia nie pójdzie. Samemu sprzątnąć, wyprać, ugotować itd.
– Na ten „węgiel” trzeba najpierw zarobić. Czy taka osoba potrafi odnaleźć się w pracy zawodowej?
– Z reguły trauma jest zbyt silna. Dziecko wie, że jest zawsze gorsze niż matka. Jeśli ktoś miał to wmawiane przez 20-30 lat, to nawet jak pójdzie do pracy i zrobi superwynalazek, to będzie bał się wejść w konkurencję z innymi, bo będzie się czuł gorszy od nich.
Reklama
– W dzisiejszych czasach można się wyprowadzić.
– Zaprzyjaźniony zakonnik zwrócił mi uwagę na konieczność podkreślenia nowego zjawiska, jakim jest wirtualna pępowina. Fizyczna obecność matki nie jest już potrzebna w dobie komunikacji cyfrowej oraz poczty elektronicznej.
– Czyli trauma, choć to bardzo mocne słowo...
– ...niestety, z moich wywiadów z takimi osobami wynika, że element obniżenia wartości jest u nich makabryczny.
– Jedną z najtrudniejszych relacji między matką a dzieckiem opisanych w książce jest syndrom matki jedynaka. Udowadnia Pan, że syndrom ten może mieć miejsce także w rodzinie wielodzietnej. Co więc jest głównym mechanizmem prowadzącym do tej patologii?
– Kiedy rozmawiałem z rodzeństwami, to podczas jednego z takich wywiadów kobieta nagle powiedziała: „Brat się wyprowadził, bo wiedział, że matka jest zaborcza”. W domu została więc dziewczyna i to ona stała się ofiarą. Oznacza to, że syndrom jedynaka nie jest zależny od liczby dzieci. Jego przyczyną jest natomiast nadopiekuńcza i zaborcza matka.
– Co jest z mężczyznami w takich rodzinach? Dlaczego antymatki nie napotykają jakiegoś oporu ze strony ojców?
Reklama
– Już sam dobór mężczyzn i kobiet w takich związkach jest bardzo skomplikowany. Kiedyś opisywałem przypadek, gdy kobieta potrafiła powiedzieć swojemu narzeczonemu, że po ślubie najważniejszy w jej życiu będzie nadal jej ojciec. Inna natomiast mówiła, że obowiązki wobec matki będą dla niej zawsze na pierwszym miejscu. To pokazuje, że mężczyźni nie zwracają uwagi na relacje, jakie panują w rodzinach ich narzeczonych. W efekcie do końca nie rozpoznają także charakteru i osobowości swojej przyszłej żony.
– A jak już są małżeństwem i mają dzieci, to facet się wycofuje z roli ojca?
– Tak, bo antymatki mają piekielną inteligencję w dostrzeganiu swoich ofiar, którymi są także mężowie. Ona najpierw mówi mu: ty przynoś pieniądze i zarabiaj, a ja się zajmę domem i wychowaniem. Kiedy on da się na to nabrać – a nierzadko robi tak z lenistwa – to po 15 latach wspólnego życia dostrzega, że oddaje wypłatę i w domu nie ma nic do powiedzenia.
– W Polsce rośnie liczba rozwodów. Ich skutkiem jest to, że coraz więcej dzieci wychowuje się bez ojca. Skąd one czerpią wzorce, skoro nie z domu?
– W dużej mierze z grupy rówieśniczej. A także od dalszej rodziny oraz z mediów.
– Zatrzymajmy się na tym ostatnim aspekcie. W książce ilustruje Pan pewne patologie rodzinne odniesieniami do filmów. Jakie wzory relacji małżeńskich i rodzinnych są we współczesnych polskich filmach i serialach?
– To złożony problem, bowiem filmowcy dostrzegają pewne zjawiska bardzo szybko i niemal natychmiast reagują na sytuacje, które są nieprawidłowe. Taki przekaz medialny nie pokazuje jednak przyczyny. On jedynie coś ważnego rejestruje.
– Na przykład?
Reklama
– Można na przykład powiedzieć, że w „Rodzinie zastępczej” czy „Rodzince.pl” niektóre wzorce są bardzo fajne, jeśli chodzi o pokazywanie miłości, małżeństwa, wychowania, itd. Ale trzeba pamiętać, że to jest tylko pewna ilustracja. W żadnym natomiast przypadku nie jest to przewodnik, bo fikcja nie może być takim przewodnikiem.
– Gdzie jest więc ten przewodnik?
– Marzy mi się, byśmy jako wspólnota wierzących lepiej poznali myśl wybitnych chrześcijańskich pedagogów. A to dlatego, że Kościół mówi o życiu prawdziwym opartym na wzorcach Świętych.
– Przejdźmy więc do teologicznej warstwy książki „Antymatki”. Zaczyna się ona od motta C.S. Lewisa „Nie można kochać w pełni innego stworzenia, dopóki nie pokocha się Boga”. Czyli kluczem do zdrowych relacji rodzinnych jest prawdziwa wiara?
– Zdecydowanie tak. To właśnie praktyczne odejście od wizji religijności chrześcijańskiej, czyli zrozumienia osobowej relacji między mną a Panem Bogiem powoduje, że również relacje z ludźmi zostają zachwiane. Dlatego przypomnę, że zarówno pierwsze przykazanie Dekalogu, jak i nauczanie Chrystusa pokazują nam, że zmiana hierarchii miłości powoduje fałszywą sytuację i niezdolność do autentycznego miłowania bliźnich. Dopiero bowiem postawienie Boga na pierwszym miejscu w swoim sercu i umyśle umożliwia nam realizację przykazania miłości i prawidłowe relacje wobec bliźnich.
– Kluczem do naprawy relacji w rodzinie jest więc nawrócenie się, a potem życie prawdziwą wiarą, a nie własnymi urojeniami na jej temat. Ale co jeszcze można zrobić, aby np. zdiagnozować problem, bo chyba większość rodzin ma problem z oceną własnej sytuacji?
– Jeśli ktoś nie wie, dlaczego jego relacje z dziećmi zgrzytają, czasem nawet z prozaicznych powodów, to polecam mu wizytę w chrześcijańskiej poradni rodzinnej. Pracujący w niej psycholog pomoże w diagnozie. Pokaże, że nie trzeba przebudowywać całego domu, ale wystarczy otworzyć mały lufcik, przez który wleci świeże powietrze uzdrawiające całą rodzinę.
Z Edmundem Muszyńskim i Mirosławem Widlickim o nowym szturmie na PAST-ę i walce o ideały Armii Krajowej rozmawia Wiesława Lewandowska
WIESŁAWA LEWANDOWSKA: – Jest Pan, Panie Prezesie, jednym z nielicznych już, niestety, przedstawicieli pokolenia Armii Krajowej...
EDMUND MUSZYŃSKI: – Jednym z ostatnich i coraz bardziej bezsilnych, nie tylko z powodu stanu zdrowia. Bardzo martwi mnie stan naszego AK-owskiego środowiska. Choć jest w nim wciąż jeszcze wielu ludzi prawdziwych, doskonale czujących przesłanie Armii Krajowej, to jestem bardzo zniesmaczony postawą tych, którzy od kilku już lat decydują o naszym Światowym Związku Żołnierzy Armii Krajowej. Tak naprawdę trudno mi powiedzieć, kim są ci ludzie, bo na pewno nie rozumieją słów: „Bóg, Honor i Ojczyzna”.
– Kim zatem są dzisiejsi członkowie Światowego Związku Żołnierzy AK?
MIROSŁAW WIDLICKI: – W ostatnich latach rzeczywiście coraz trudniej to określić. I takie pytania zadają nam członkowie terenowych kół AK. Sprawa była oczywista w latach 90. ubiegłego wieku, gdy żyło jeszcze wielu dowódców AK, gdy wszyscy dobrze się znali i na ogół znali swoją przeszłość. Po 2000 r. szeregi poszerzały się o wolontariuszy – takich jak ja – niekombatantów, ale przybywało też członków kombatantów, których nie miał kto weryfikować i którzy następnie trafiali do władz różnych szczebli, również do Zarządu Głównego.
– Czy częste są dziś życiorysy AK-owskie niedostatecznie uwierzytelnione?
M. W.: – To przykre, ale krążą takie opinie, a te przypadki, nawet jeśli nie są zbyt częste, to i tak podważają wiarygodność całego związku. Poza tym w ostatnich latach, w czasach docierającej do nas liberalizacji, można zaobserwować odchodzenie związku od swoich ideałów. Gdy pan prezes Muszyński napisał piękną „Preambułę” do naszego statutu (aby przeciwstawić się tej liberalizacji), wywołało to protesty, Zarząd Główny przegłosował odrzucenie „Preambuły”.
– Dlaczego?
M. W.: – Dlatego, że była zbyt „bogoojczyźniana”, a teraz to nie na czasie. Dwadzieścia lat temu taka reakcja byłaby nie do pomyślenia. Bardzo więc stępiła się ta szczególna czujność, nawet w ludziach powołujących się na etos AK, a niedługo już nie będzie tych, którzy dziś starają się tę czujność budzić...
– Światowy Związek Żołnierzy AK stara się jednak przekazać swą wartę następnemu pokoleniu, poprzez tzw. członków nadzwyczajnych...
M.W.: – Ludzie młodsi, niekombatanci, jeśli deklarują przywiązanie do wartości i etosu Armii Krajowej i chcą czynnie i całkowicie bezinteresownie pracować w związku, by zaszczepić ten etos szczególnie w młodym pokoleniu, otrzymują status członka nadzwyczajnego – bez praw wyborczych. Po roku działalności i pozytywnej opinii prezes okręgu ma prawo nadać im status członka zwyczajnego – z prawami wyborczymi, lecz oczywiście bez uprawnień kombatanckich. Taki właśnie status ja posiadam. Mimo że jestem z młodszego pokolenia, to podobnie jak pan prezes Muszyński ubolewam nad odchodzeniem (mam nadzieję, że to wyjątki) od Boga, ale i z honorem jest różnie.
E. M.: – Niedawno byłem bardzo zdumiony tym, że kilka osób przyjęło medale zasługi od... prezydenta Niemiec. Choć tego nie nagłaśniano.
M. W.: – Prezydent Niemiec wręczył te odznaczenia powstańcom warszawskim, odpowiednio dobranym członkom naszego związku. Naszym zdaniem, przyjmowanie ich było co najmniej dwuznaczne moralnie i mogło budzić niesmak.
E. M.: – Ja z zasady odmawiałem przyjmowania odznaczeń. Przyjąłem tylko Krzyż Armii Krajowej i Krzyż Partyzancki.
– Kiedy, Panów zdaniem, zaczęły się te „budzące niesmak” zmiany?
E. M.: – Moim zdaniem, widać je wyraźnie od czasu, gdy w Polsce zaczęli rządzić liberałowie, czyli Platforma Obywatelska. Wcześniej nikt w naszym środowisku nie ośmielał się kwestionować wartości, z których wyrasta etos AK. Nagle okazało się, że wszystko można wyśmiać, nawet splugawić, a w najlepszym razie przemilczeć.
M. W.: – Dwa lata temu pewna szkoła przyjęła imię jednego z naszych bohaterów lotników i... na jej sztandarze zabrakło słowa „Bóg”, jest tylko „Honor i Ojczyzna”. Komuś przyszło do głowy, żeby tak ocenzurować sztandar.
– Pytaliście, dlaczego tak się stało?
E. M.: – Nie miał kto zadać tego pytania, bo na uroczystość nawet nas nie zaproszono. Może dlatego, że byśmy tam tylko przeszkadzali jako strażnicy „przestarzałych wartości”.
M. W.: – Po prostu atmosfera poprawności politycznej trafiła pod strzechy. Decyzję w tej konkretnie sprawie najprawdopodobniej podjęli sami nauczyciele tej szkoły, może rodzice, a w najmniejszym stopniu młodzież.
– Kłopoty z wypełnianiem misji ŚZŻAK nie polegają więc dziś tylko na tym, że odchodzą już ci, którzy swym życiem zaświadczali, czym jest hasło: „Bóg, Honor i Ojczyzna”...
M. W.: – Faktem jest, że jeszcze kilkanaście lat temu, kiedy wśród nas była większa liczba dowódców o niekwestionowanym autorytecie, łatwiej było wypełniać tę patriotyczną misję w obronie najważniejszych polskich wartości.
E. M.: – Istotnie, od kilkunastu lat nie tylko na tym polegają nasze kłopoty. Wystarczy tu przypomnieć perturbacje z zakładaniem Fundacji Polskiego Państwa Podziemnego, która miała być materialną bazą dla działalności ŚZŻAK. Kiedy zaczynaliśmy powoływać fundację w roku 1998, było jeszcze całkiem uczciwie...
– Co to znaczy?
E. M.: – Założycielami fundacji mieli być pospołu Światowy Związek Żołnierzy AK i warszawski Urząd Wojewódzki. W końcu jednak jedynym fundatorem został nasz związek. Tak się złożyło, że wybrano mnie na pierwszego prezesa fundacji. To było w czasie, kiedy kończyły się rządy Jerzego Buzka, a AWS tracił poczucie bycia partią uczciwą. Przygotowałem wtedy projekt statutu, potem kolejne, których z jakiegoś powodu długo nie chciano zaakceptować w Krajowym Rejestrze Sądowym. W końcu, po pokonaniu licznych kłód pod nogami, we wrześniu 1999 r. statut został zarejestrowany. Fundacja mogła więc wreszcie przyjąć darowiznę – czyli przejąć budynek PAST-y. Ale to nie koniec kłopotów. Prawdziwa walka dopiero się zaczęła.
– Zaczęła się nowa walka o PAST-ę?
E. M.: – Tak, i to równie zacięta jak ta w 1944 r. Od początku było jasne, że ktoś za wszelką cenę chce nam uniemożliwić przejęcie PAST-y, czyli jej nieodpłatne scedowanie przez Skarb Państwa na rzecz naszej fundacji. Państwo musiało wypłacić sowite odszkodowanie firmie do tej pory administrującej tym budynkiem tylko w zamian za to, że nie będzie ona pretendowała do tytułu własności. O ile pamiętam, było to 960 tys. zł – ostatnie pieniądze, które miał do dyspozycji premier Buzek przed podaniem się do dymisji.
M. W.: – Gdyby nie to odszkodowanie, sprawa przez lata toczyłaby się w sądach, a z darowizny na rzecz naszego związku nic by nie wyszło. I tamta firma nadal by sobie pasożytowała na budynku PAST-y, podobnie jak czyniło to w innych miejscach wiele pokomunistycznych firm.
– Można powiedzieć, że to pan prezes Muszyński ponownie odbił PAST-ę?
M. W.: – Jak najbardziej, choć dzisiaj wielu się do tego przyznaje...
E. M.: – ...a nie mają nawet bladego pojęcia, jak ostro wtedy było. Po zarejestrowaniu statutu zaczęła się wojna podjazdowa – i to na wielu frontach – mająca nam uniemożliwić przejęcie PAST-y. W urzędzie wojewódzkim zadziałał ktoś wpływowy; urzędnicy zaczęli mnożyć trudności, zwłaszcza wicedyrektor wydziału gospodarki ziemią i geodezji, który aby rzecz maksymalnie utrudnić, przygotował specjalne plany geodezyjne wręcz uniemożliwiające przekazanie nam działki, na której stoi budynek PAST-y.
M. W.: – Działkę podzielono na dwie części – umyślnie w taki sposób, że część budynku PAST-y z windą wydzielono i przypisano do działki sąsiedniej! Chciano tak skomplikować sytuację prawną, by uniemożliwić, a co najmniej na bardzo długo odwlec przekazanie budynku Związkowi AK. To wszystko by się powiodło – bo ten chytry zabieg utrzymywano w ścisłej tajemnicy – gdyby nie to, że jedna z wysokich urzędniczek uczciwie ostrzegła pana prezesa Muszyńskiego, że coś takiego się kroi.
E. M.: – To prawda. Nikomu o tym nie mówiłem, ale wtedy zacząłem osobiście atakować wojewodę. Umowę przekazania darowizny, oczywiście, przedłożyłem wcześniej radcom prawnym w Ministerstwie Skarbu Państwa. Nikt tam nie miał żadnych zastrzeżeń. Pojawiły się one potem nagle – zaczęto domagać się od nas kolejnych bezsensownych dokumentów.
Do końca nie byliśmy pewni, czy podpisanie umowy w ogóle kiedykolwiek nastąpi, gdyż targi były niezwykle ostre. Strona przeciwna – na dobrą sprawę nie wiadomo kogo reprezentująca, nieżyczliwa – do końca miała chyba nadzieję, że do tego podpisania, mimo wcześniejszych uzgodnień, jednak nie dojdzie. Pomogły wspierające nas działania dyrektor Wydziału Skarbu Państwa i Przekształceń Własnościowych Mazowieckiego Urzędu Wojewódzkiego Bożeny Grad, a szczególnie szefa Kancelarii Premiera Buzka ministra Mirosława Koźlakiewicza; przyszło polecenie od premiera, aby pan wojewoda podpisał dokument. To było 10 listopada 1999 r.
– Miał Pan wówczas wielką satysfakcję, poczucie zwycięstwa?
E. M.: – Tak, ale to poczucie trwało krótko, ponieważ już następnego dnia nie dostąpiłem zaszczytu uroczystego przejęcia budynku z rąk premiera Buzka... PAST-ę przejmował ówczesny prezes Światowego Związku Żołnierzy AK płk Stanisław Karolkiewicz, sam. Mnie zignorowano... Mimo że przecież byłem prezesem zarządu fundacji, adresatem całej korespondencji w tej sprawie, mimo że – powiem nieskromnie – przez wiele miesięcy sam walczyłem o PAST-ę.
– Cóż, taki zawsze był w Polsce los prawdziwych, najbardziej zasłużonych AK-owców, Panie Prezesie.
E. M.: – Pozostała mi tylko satysfakcja, że się udało, bo sam najlepiej wiem, że mogło się nie udać.
– Ale zasłużył Pan chyba na wdzięczność AK-owskiego środowiska?
E. M.: – No właśnie, najsmutniejsze jest, że tego nie jestem pewien...
M. W.: – Obydwaj z Prezesem jesteśmy w komisji statutowej związku i tak się składa, że wszystkie nasze najważniejsze poprawki do statutu zostały w głosowaniu odrzucone, m.in. wprowadzenie do statutu „Preambuły” i przywrócenie może nie Rady Naczelnej, ale Rady Starszych (złożonej z kilku powszechnie szanowanych kombatantów), która dbałaby o kręgosłup moralny związku i zabierałaby głos w sprawach ważnych dla Polski, którego dziś brakuje.
E. M.: – A ja mimo wszystko nie tracę nadziei, że w Światowym Związku Żołnierzy Armii Krajowej zajdzie jakaś dobra zmiana.
* * *
Przed południem 13 października Leon XIV udaje się na hospitalizację w klinice Gemelli. Kościół w Rzymie jednoczy się na modlitwie za Papieża. Dziś o godz. 18.00 kard. Baldo Reina poprowadzi różaniec w klinice Gemelli, gdzie Ojciec Święty ma przejść operację usunięcia guzka w płucu. Jak podaje agencja SIR, do wspólnej modlitwy zaproszono wszystkie parafie i wspólnoty zakonne diecezji.
Różaniec zostanie odmówiony w kaplicy św. Jana Pawła II w rzymskiej klinice Gemelli. Jak poinformował Wikariat Generalny Rzymu, spotkanie ma „wyrazić bliskość i przywiązanie Kościoła Rzymu do jego biskupa”. Kard. Reina jest wikariuszem generalnym Papieża dla diecezji rzymskiej. Modlitwę na żywo pokażą media watykańskie. Można łączyć się za pośrednictwem Vatican News.
Na łódzkim Manhattanie po raz kolejny świętowano Międzynarodowy Dzień Wieżowca
Na łódzkim Manhattanie po raz kolejny świętowano Międzynarodowy Dzień Wieżowca. Z tej okazji zorganizowano piknik rodzinny, podczas którego na mieszkańców czekały warsztaty, konkursy, występy artystyczne oraz atrakcje dla dzieci i dorosłych.
Święto powstało dla upamiętnienia Louisa Henry’ego Sullivana, amerykańskiego architekta, który wprowadził do budownictwa stalowe szkielety konstrukcyjne, umożliwiające wznoszenie coraz wyższych budynków. W Łodzi inicjatorem obchodów Międzynarodowego Dnia Wieżowca był w 2021 roku Damian Raczkowski, radny Rady Miejskiej w Łodzi, który zorganizował wydarzenie wspólnie ze Spółdzielnią Mieszkaniową „Śródmieście”.
W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.