Reklama

Wiara

Z cyklu Ocaleni w Niedzieli

Lech Dyblik: należę do Boga

Aktor teatralny i filmowy, pieśniarz. Zagrał m.in. u Zanussiego, Wajdy, Hoffmana i Kutza. Popularność zyskał tzw. rolami charakterystycznymi, w tym złomiarza-filozofa w "Świecie według Kiepskich". "Niedzieli" opowiedział kilka najważniejszych historii ze swojego życia. Z Lechem Dyblikiem rozmawia Rafał Porzeziński.

Niedziela Ogólnopolska 52/2020, str. 28-31

[ TEMATY ]

ocaleni

Rafał Porzeziński

Lech Dyblik

Maciej Michałowski

Lech Dyblik

Lech Dyblik

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera

Gdy go zobaczyłem pierwszy raz na żywo, wydawało mi się, że znamy się od dawna. I wcale nie chodzi o to, że Lech Dyblik skraca dystans, bo tak nie jest, nie chodzi też o to, że jego role filmowe zapadają w pamięć. Chodzi o to, że Lech jest człowieczy. Jest jak pasterz w Betlejem u żłóbka. Jest na swoim miejscu zarówno wtedy, gdy siedzi na ulicy i gra na gitarze oraz śpiewa ballady rosyjskie, jak i w eleganckim garniturze na gali w Wenecji, w katedrze podczas Eucharystii i na rowerze w Biłgoraju. Usiedliśmy nieopodal Newskiego Prospektu w Petersburgu, jeszcze przed pandemią, i z krótkiej rozmowy dla "Niedzieli" zrodziła się przepiękna opowieść o człowieku ocalonym.

Rafał Porzeziński: Nie wiem dlaczego, ale ten Petersburg mi się z Tobą rymuje. Masz wrażenie, że tu pasujesz?

Pomóż w rozwoju naszego portalu

Wspieram

Lech Dyblik: Ja się tak nie czuję. Petersburg to wysoka półka, ale, oczywiście, z wielką przyjemnością tutaj jestem. W Rosji dobrze się czuję. Jest mi ona z różnych powodów bliska. Z powodu dzieciństwa, z powodu filmów radzieckich, które oglądałem, z powodu historii mojej rodziny, która jest związana z Kresami. Ja mam taki charakter kresowy, czyli nie lubię się spieszyć. Ludzi z Kresów charakteryzuje to, że umieją się śmiać, umieją się bawić. Specjalnie się nie troszczą o przyszłość. Żyją pogodnie i powoli.

Reklama

Był czas, niekrótki w Twoim życiu, w którym umiałeś się bawić, świętowałeś dużo i głośno, ale w ogóle nie było w tym szczęścia...

W pewnym momencie nie byłem w stanie zatrzymać tego, co się dzieje. Nie rozumiałem tego, że alkohol przejął kontrolę nad moim życiem. Ponieważ miałem o sobie bardzo dobre zdanie, uważałem, że panuję nad wszystkim, że jestem w stanie kontrolować swoje życie. Z czasem okazało się nieprawdą, że cokolwiek w swoim życiu kontroluję. Najważniejsze stało się to, żeby były pieniądze, żeby było gdzie kupić, a cała reszta... życie zawodowe, życie rodzinne – nic się nie liczyło. Zrozumiałem, że nie mam w sobie żadnych uczuć, że jedyne, co przeżywam, to jest albo euforia spowodowana wypitym alkoholem, albo jakiś taki stan depresyjny.

Lęk?

Lęk to jest permanentny, to jest życie w ciągłym lęku. Gdy zacząłem trzeźwieć, zacząłem się zastanawiać, czy ten lęk kiedykolwiek się skończy. Lęk, poczucie winy. I myślałem, że to będzie trwało do końca.

W sytuacji, kiedy myślę, że coś tak złego ma trwać bez końca, pojawia się chyba pokusa, żeby przyspieszyć koniec...

Reklama

Miałem pomysł na samobójstwo, ale w sumie wypadło to śmiesznie, bo kiedy podjąłem decyzję o samobójstwie, dotarło do mnie, że nie mam siły tego wykonać. Wtedy właśnie przypomniałem sobie, że jeden z moich kolegów, parę miesięcy wcześniej, pokazał mi poradnię odwykową. Zawiózł mnie tam i powiedział, żebym zapamiętał ten adres. I kiedy już zrozumiem, że potrzebuję pomocy, to mam tam przyjechać.

Usłyszałeś to?

Usłyszałem. Zapamiętałem ten adres.

Sobieskiego, Warszawa.

Prawie. Goplańska. To obok Sobieskiego, vis-a-vis szpitala psychiatrycznego. Tam między blokami była poradnia odwykowa. Przypomniałem też sobie, że ten kolega obiecał mi coś niezwykle atrakcyjnego. Powiedział, że gdy sobie uświadomię, iż potrzebuję pomocy, to mam nic nie robić, tylko tam pojechać; że wszystko się jakoś cudownie stanie, że wystarczy tylko tam pojechać. Więc uczepiłem się tego i pojechałem. Byłem w fatalnym stanie. Brudny, śmierdzący, w brudnych ciuchach, zrozpaczony. Stanąłem przed terapeutą Markiem. On popatrzył na mnie i powiedział coś, co mnie zadziwiło: „Panie Lechu, najważniejsze ma pan już z głowy”. A ja mu na to: „Panie, ale co ja mogę mieć z głowy? Ja tylko powiedziałem panu, jak się nazywam”. A on mówi, że najważniejsze jest to, iż poprosiłem o pomoc. To jest clou programu. Nie brałem nigdy pod uwagę, że będę zmuszony prosić kogoś o pomoc, bo nie daję sobie rady. Byłem przekonany, że jestem wszechmocny. I wtedy dotarło do mnie, że owszem, być może w różnych sytuacjach sobie radziłem, ale nie jestem wszechmocny i potrzebuję pomocy.

Zacząłeś trzeźwieć, powoli. Ale takie wychodzenie z nałogu to codzienny trud zwalczania starych przyzwyczajeń, nawyków.

Reklama

Zrozumiałem, że będąc dorosłym człowiekiem, muszę jak przedszkolak uczyć się wszystkiego od początku, że muszę się nauczyć np. pójść na spacer. No, na początek nie za długo, ale pójść na spacer – popatrzeć na drzewa, na wiewiórki – i wrócić do domu. I tam, na koniec tego spaceru, nie będzie ani knajpy, ani sklepu. Nie lubiłem zmywać naczyń, więc wymyśliłem, że będę zmywał te naczynia z obrzydzeniem, ale piwo nie musi stać w pobliżu. Okazało się, że te proste zajęcia nie wywołują we mnie euforii, ale w sumie są do zniesienia. Mało tego, zaczęła się powoli pojawiać satysfakcja, że z jakimś głupstwem sobie poradziłem; że minęły kolejne dwie godziny i wykonałem coś dobrego – nie napiłem się. Krok za krokiem.

Co było pierwszym odkryciem Twojej trzeźwości?

W pewnym momencie zrozumiałem, że życie zaczyna być ciekawe, gdy pojawia się szacunek. Szacunek dla najbliższych. Byłem w szoku, kiedy zrozumiałem, że np. nie byłoby głupio traktować swoją żonę z szacunkiem, że ona nie jest dopustem Bożym... Gdy pojawia się szacunek, to pojawia się inna jakość życia.

Szacunek, czyli co? Zauważanie potrzeb? Skupienie się na drugim człowieku?

Na przykład „nieczęstowanie” najbliższych tym, że jestem w złym nastroju, że coś mi nie wyszło. Bo najczęściej ofiarami są najbliżsi.

Nie muszą tego nieść z Tobą.

Właśnie. Czasami żona czy dzieci nie chcą ze mną rozmawiać. Mają do tego prawo. A ja wiem, że mogę poczekać. Nie czuję się z tego powodu obrażony, nie myślę, że być może wybrałem zły moment, i wcale nie muszę stawiać na szali poczucia własnej godności. I tyle.

Czy po tych latach niepicia poznałeś Lecha?

Tak.

Skąd wiesz, że się poznałeś?

Kluczowym momentem dla mnie był powrót do Kościoła, do Boga, spowiedź życia.

Zaplanowana?

Reklama

Nie, nie. To było trochę przypadkowe. Po spowiedzi natomiast, która trwała dwie godziny, ksiądz, u którego się spowiadałem, powiedział mi: „A teraz, bracie, zobaczysz, jak szybko zmieni się twoje życie”. Odpowiedziałem temu księdzu, że gratuluję mu entuzjazmu. A on – żebym nie gadał głupot, że sam zobaczę. Gdy zacząłem się modlić, chodzić do kościoła, to zacząłem rozumieć rzeczy, na które wcześniej nie mogłem wpaść. Niedługo po tej spowiedzi dotarło do mnie, że nie ja jestem najważniejszy na świecie. Uświadomiłem sobie, że przeżyłem wiele lat swojego życia w poczuciu, iż jestem kimś wyjątkowym, kimś dużo lepszym od tej „szarej masy”, która mnie otacza. A okazało się, że jestem taki sam jak ci wszyscy ludzie – ani dobry, ani zły. To był powrót do normalności, w moje życie weszli inni. Pojawił się szacunek. Myślę, że to jest związane z Bogiem. Gdy pojawia się szacunek, to zaczynasz żyć w innym, lepszym świecie. Niewiele się w moim życiu zmieniło, ale świat, w którym żyję, stał się dobry. W pewnym momencie np. ze zdziwieniem stwierdziłem, że nie mam wrogów, że nie jestem uczestnikiem jakichś walk. Jeżeli ktoś mnie nie interesuje, to po prostu nie poświęcam mu swojego czasu. Jeżeli ktoś wpływa na mnie destrukcyjnie, to unikam jego towarzystwa. I to wszystko.

Czy czujesz, że gdzieś przynależysz? Jeśli tak, to gdzie?

Po prostu należę do Boga. To jest mój dom. I też na inne aspekty swojego życia, czy to na życie rodzinne, czy zawodowe, patrzę przez pryzmat Boga. I dlatego nie jestem niewolnikiem innych ludzi. Nie jestem niewolnikiem mojej żony ani moich dzieci. Na życie rodzinne, na swoją rolę w domu – jako ojca, jako męża – też patrzę przez pryzmat Pana Boga. Bycia mężem i bycia ojcem uczyłem się w Kościele i jeżeli ktoś tego nie próbował, to bardzo polecam. Odnalezienie się w swoim domu jest niezwykle atrakcyjne.

Ale ponieważ jesteśmy w Rosji, to zapytam Cię o Twoje otczestwo.

Mieczysławowicz.

Czy Lech jest podobny do Mieczysława?

Absolutnie tak. Bardzo. Zresztą mój ojciec miał to, co mają ludzie z Kresów. Ojciec pochodził spod Lwowa. Lubił się bawić, był niezwykle lubiany. Spotykam ludzi, którzy go znali i dużo dobrego o nim mówią, bardzo ciepło. I obaj jesteśmy... byliśmy alkoholikami. Tata już nie żyje. Mamy dużo wspólnego.

Kiedy zauważyłeś, że tak jest?

Reklama

Jako młody człowiek byłem zbuntowany i ze swoim ojcem nie rozmawiałem przez wiele lat, co nie było trudne, ponieważ mieszkałem w internacie, studiowałem w Krakowie. Ale nie chciałem z nim rozmawiać. Miałem do niego pretensje o to, że się upija, że musimy na niego czekać w domu, że...

Że nie gra z tobą w piłkę?

Nawet nie o to. Zresztą pamiętam fajne momenty, np. jak chodziliśmy razem na grzyby. Miałem do niego natomiast pretensje, że się upija, że później kłóci się z mamą, że matka płacze i że są awantury. Wolałem się czuć półsierotą – że nie mam ojca. Gdy przyjeżdżałem do domu, to udawałem dobrego syna. Tak na chwilę, na parę godzin. Ale żyłem w innym świecie. Nie czułem się związany z domem moich rodziców, z rodzicami. Chciałem po prostu budować swoje życie na nowo, inaczej, uważałem, że ja nie popełnię tych błędów. I w efekcie zrobiłem dokładnie to samo.

A kiedy odkryłeś ojca na nowo?

Reklama

Będąc człowiekiem zaawansowanym w swojej trzeźwości, uświadomiłem sobie, że jedną sprawę mam niezałatwioną: że mam wielu ludzi, którym nie przebaczyłem. I zacząłem się nad tym zastanawiać. Okazało się, że to wszystko są sprawy przeterminowane i że w zasadzie nie mam żadnych trudności z przebaczeniem. Siedziałem w swojej chałupie w górach, piłem herbatę i słońce już zachodziło – ładnie tam słońce zachodzi. I czułem się wszechmocny jak Bóg Ojciec, bo „brałem na warsztat” kogoś takiego, komu nie przebaczyłem, i w sekundę rozumiałem, że po prostu sprawa jest nieistotna i że załatwione. W półtorej godziny załatwiałem to, z czym nie umiałem sobie poradzić przez czterdzieści lat.

Całe życie w dziewięćdziesiąt minut...

Reklama

Tak. Z ogromną łatwością. Ale też wtedy zrozumiałem, że jedynym człowiekiem, któremu nie umiem przebaczyć, chociaż bardzo tego chcę, jest mój ojciec. Że chcę mu przebaczyć, ale wspomnienie tych różnych momentów z dzieciństwa jest tak bolesne i tak żywe, iż nie umiem; że bardzo chcę, ale jestem bezsilny, nie umiem. Upłynęło parę miesięcy i dotarło do mnie, że to nie ja mam przebaczyć mojemu ojcu, tylko ja mojego ojca mam poprosić o przebaczenie. Brzmi to paradoksalnie. Przecież to był gość, który skrzywdził mnie, który spaprał mi dzieciństwo. I ja mam go jeszcze prosić o przebaczenie? A ja postawiłem mu warunek: jeżeli będzie ojcem z moich marzeń, to będę go kochał, będę z nim rozmawiał, a ponieważ nie spełnił mojego warunku, to wykreśliłem go ze swojego życia, wolałem czuć się sierotą. On parę razy próbował ze mną rozmawiać, ale nie dałem mu szansy. Mocnym żołnierskim słowem odsyłałem go wtedy do kąta. Mam już za sobą doświadczenie z drugiej strony – momenty, gdy nie mogłem porozmawiać ze swoimi dziećmi, bo one nie chciały. I było to dla mnie bolesne. Wtedy jednak zrozumiałem, jak bolesne było to także dla mojego ojca. No i tyle. Wtedy po prostu napisałem do niego list i poprosiłem o przebaczenie. Trochę z rozpędu napisałem mu, że go kocham, a potem przez długi czas myślałem jeszcze nad tym, czy przypadkiem nie przepisać tego listu bez tego ostatniego zdania...

Przecież to było najważniejsze.

Wysłałem bez poprawek. Po paru miesiącach przyjechałem do domu. Gdy wchodziłem do mieszkania, tata był w kuchni i na mój widok się uśmiechnął. Zobaczyłem jego spokojne, szczęśliwe oczy. I wówczas dotarło do mnie, że dostał mój list, przeczytał i zrozumiał. Ale ja też zrozumiałem, że do tego momentu nie znałem swojego ojca. Dotarło do mnie, że właśnie go odzyskałem. Spojrzeliśmy sobie w oczy i poczułem się dumny, że ten gość jest moim ojcem i że w ogóle nie ma znaczenia, iż nie jest idealny. Odzyskałem ojca, a on odzyskał syna, tak po prostu. Nie wiem, ale to być może najważniejsza historia w moim życiu.

2020-12-19 19:45

Oceń: +16 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Oni są znakiem zwycięstwa

Niedziela przemyska 27/2024, str. IV

[ TEMATY ]

męczennicy

Żydzi

ocaleni

Archiwum prywatne Jeffreya K. Cymblera

Dziękuję, dziękuję, dziękuję, milion razy dziękuję za to, co zrobiliście dla mojej mamy i mojej rodziny – powiedział Jeffrey K. Cymbler z Nowego Jorku, potomek Żydów ocalonych przez Polaków.

Wyniesienie na ołtarze rodziny męczenników z Markowej jest niejako hołdem oddanym wszystkim tym, którzy swoim życiem przypłacili czas wojennej okupacji.
CZYTAJ DALEJ

Sens ludzkiej pracy

1 maja każdego roku Kościół specjalnie czci św. Józefa jako wzór wszystkich pracujących. Św. Józef jest wzorem i patronem ludzi, którzy własną, ciężką pracą zdobywają środki do życia i utrzymania rodziny. Pracę zawodową łączył on z troską o Świętą Rodzinę, którą Bóg powierzył jego opiece. O pracy poucza nas Katechizm Kościoła Katolickiego: " Jak Bóg odpoczął dnia siódmego po całym trudzie, jaki podjął (Rdz 2, 2), tak również życie ludzkie składa się z pracy i odpoczynku" . Ojciec Święty Jan Paweł II w encyklice Centesimus annus pisze: " Pierwszym źródłem wszystkiego, co dobre, jest sam akt Boga, który stworzył ziemię i człowieka, człowiekowi zaś dał ziemię, aby swoją pracą czynił ją sobie poddaną i cieszył się jej owocami. W naszych czasach wzrasta rola pracy ludzkiej jako czynnika wytwarzającego dobra niematerialne i materialne; coraz wyraźniej widzimy, jak praca jednego człowieka splata się w sposób naturalny z pracą innych ludzi. Dzisiaj bardziej niż kiedykolwiek pracować znaczy pracować z innymi; znaczy robić coś dla kogoś. Praca jest tym bardziej owocna i wydajna, im lepiej człowiek potrafi poznawać możliwości wytwórcze ziemi i głębiej odczytywać drugiego człowieka, dla którego praca jest wykonywana" . Praca ludzka jest działaniem osób, które Bóg stworzył na Swój obraz i podobieństwo i powołał do przedłużenia dzieła stworzenia, czyniąc sobie ziemię poddaną. Zatem praca jest obowiązkiem każdego człowieka. Święty Paweł w drugim liście do Tesaloniczan pisze: "Kto nie chce pracować, niech też nie je" (2 Tes 3, 10). Sam Pan Bóg mówi do pierwszych rodziców, że w pocie czoła będą zdobywać pożywienie z płodów ziemi. Jan Paweł II w encyklice Laborem exercens pisze: " Pot i trud, jaki w obecnych warunkach ludzkości związany jest nieodzownie z pracą, dają chrześcijaninowi i każdemu człowiekowi, który jest wezwany do naśladowania Chrystusa, możliwość uczestniczenia z miłością w dziele, które Chrystus przyszedł wypełnić. W pracy ludzkiej chrześcijanin odnajduje cząstkę Chrystusowego Krzyża i przyjmuje ją w tym samym duchu odkupienia, w którym Chrystus przyjął za nas swój Krzyż". Człowiek szanuje dary Stwórcy i otrzymane talenty. Praca może mieć też wymiar odkupieńczy. Znosząc trud pracy w łączności z Jezusem Ukrzyżowanym człowiek współpracuje w pewnym stopniu z Synem Bożym w Jego dziele Odkupienia. Każdy pracujący człowiek potwierdza, że jest uczniem Chrystusa, niosąc krzyż każdego dnia w działalności, do której został powołany i którą wypełnia z miłością. Każda praca, nawet najmniejsza, może być środkiem uświęcenia i ożywiania rzeczywistości ziemskich. Święty Ignacy Loyola bardzo pięknie kiedyś powiedział: "Módlcie się tak, jakby wszystko zależało od Boga, a pracujcie tak, jakby wszystko zależało od was". Matka Teresa z Kalkuty także mówiła o pracy: "Musimy pracować z ogromną wiarą, nieustannie, skutecznie, a nade wszystko z wielką miłością i pogodą; bez tego nasza praca będzie tylko pracą niewolników służących surowemu panu. Musimy się nauczyć, by praca nasza stawała się modlitwą. Ma to miejsce wtedy, gdy wszystko czynić będziemy dla Jezusa, dla chwały Jego imienia i dla zbawienia ludzi! Nasza praca, to nasza miłość do Boga wyrażona działaniem". Za naszą pracę otrzymujemy pożywienie jako dar od naszego najlepszego Ojca. Jest dobrą rzeczą prosić Go o nie i składać Mu za nie jednocześnie dziękczynienie. Konstytucja II Soboru Watykańskiego Gaudium et spes poucza: "Praca ludzka, która polega na tworzeniu i wymianie nowych dóbr lub na świadczeniu usług gospodarczych, góruje nad innymi elementami życia gospodarczego, ponieważ te mają jedynie charakter narzędzi". Chciejmy zawsze prosić Pana o to, by błogosławił naszej pracy. Słowa pieśni niech będą naszą modlitwą prośby: "Błogosław, Panie, nas na pracę i znojny trud. Wszak Tyś sam wybrał nas, by Cię poznał i wielbił świat, alleluja". Święty cieśla z Nazaretu, człowiek ciężkiej, fizycznej pracy, został wyniesiony do niewysłowionej godności oraz stał się symbolem i uosobieniem dążenia wielu ludzi. Na jego przykładzie Kościół ukazuje sens pracy ludzkiej i jej nieprzemijające, ogromne wartości. Pewnych informacji o świętym Józefie dostarcza nam tylko Ewangelia. Hebrajskie słowo Józef oznacza tyle, co "Bóg przydał". Święty Józef pochodził z rodu króla Dawida. Mieszkał on zapewne w Nazarecie. Hebrajski wyraz "charasz" oznacza rzemieślnika, wykonującego prace w drewnie, w metalu, w kamieniu. Praca świętego Józefa polegała być może na wykonywaniu narzędzi codziennego użytku, koniecznych także w gospodarce rolnej. Mógł być również cieślą. Według dawnych świadectw św. Józef zmarł w domku w Nazarecie w obecności Najświętszej Maryi Panny i Pana Jezusa. O św. Józefie, który jest patronem wszystkich ludzi pracy, liturgia mówi: "Jako męża sprawiedliwego dałeś go Bogurodzicy Dziewicy za Oblubieńca, a jako wiernego i roztropnego sługę postawiłeś nad swoją Rodziną, aby rozciągnął ojcowską opiekę nad poczętym z Ducha Świętego Jednorodzonym Synem Twoim Jezusem Chrystusem". W 1919 r. papież Benedykt XV do Mszy św., w której się wspomina św. Józefa, dołączył osobną o nim prefację. Papież Leon XIII wydał pierwszą w dziejach Kościoła encyklikę o św. Józefie. Św. Pius X zatwierdził litanię do św. Józefa do publicznego odmawiania. Uroczyste wspomnienie św. Józefa rzemieślnika ustanowił w 1955 r. Pius XII. Św. Józef uczy życia z Chrystusem i dla Jego chwały, uczy delikatności względem kobiet i wzorowego życia rodzinnego, opartego na wzajemnej miłości, życzliwości, szacunku i dobroci. Św. Józef jest wzorem chrześcijanina w spełnianiu czynności domowych i zawodowych. Pracował w stałej zażyłości z Najświętszą Maryją Panną i Jezusem Chrystusem. Podobnie każdy chrześcijanin powinien pamiętać o tym, że pracując spełnia nakaz Boży: "Czyńcie sobie ziemię poddaną" i przygotowuje się do życia wiecznego.
CZYTAJ DALEJ

Szczecin/ Nie żyje 19-letni funkcjonariusz SG, dwie osoby w szpitalu

2026-05-21 13:21

[ TEMATY ]

szkoła

Adobe Stock

Zmarł funkcjonariusz Straży Granicznej, a dwie osoby trafiły do szpitala – poinformowała Prokuratura Okręgowa w Szczecinie. Do zdarzenia doszło z poniedziałku na wtorek na terenie jednego z internatów w Szczecinie. Funkcjonariusze byli po służbie.

- Mężczyźni spożywali w internacie alkohol. Rano w łóżku znaleziono ciało 19-latka. Dwie pozostałe osoby zostały przewiezione do szpitala. Zostało wszczęte śledztwo – przekazała PAP rzeczniczka prasowa Prokuratury Okręgowej w Szczecinie prok. Julia Szozda.
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

REKLAMA

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję