Reklama

Niedziela Zamojsko - Lubaczowska

To było pragnienie mojego serca

Z proboszczem parafii w Oleszycach ks. Arturem Schodzińskim, byłym misjonarzem w Argentynie, rozmawia Adam Łazar.

Niedziela zamojsko-lubaczowska 1/2022, str. IV-V

[ TEMATY ]

wywiad

Argentyna

misjonarz

Ks. Artur Schodzińsk

Ks. Artur Schodziński prawie 4 lata przebywał na misjach w parafii na pustyni

Ks. Artur Schodziński prawie 4 lata przebywał na misjach w parafii na pustyni

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera

Adam Łazar: Na początku naszej rozmowy przypomnijmy kilka faktów z życiorysu Księdza proboszcza.

Ks. Artur Schodziński: Urodziłem się w 1979 r. w Biłgoraju. Do szkoły podstawowej i średniej chodziłem w Bidaczowie, Soli i Szczebrzeszynie. Po zdaniu matury w 1998 r. wstąpiłem do seminarium duchownego. Święcenia kapłańskie otrzymałem w czerwcu 2004 r. z rąk bp. Jana Śrutwy w katedrze zamojskiej. Pierwszą moją parafią były Tyszowce, w której pracowałem 2 lata. Od 2006 do 2011 r. posługiwałem w parafii św. Karola Boromeusza w Lubaczowie. Później, przez niecały rok przygotowywałem się do misji w Centrum Formacji Misyjnej w Warszawie. Prawie cztery lata byłem na misjach w Argentynie. Po powrocie w 2016 r. do kraju, przez pół roku pomagałem w Różańcu, a następnie przez 5 lat byłem wikariuszem w parafii św. Jerzego w Biłgoraju. Od 16 sierpnia 2021 r. jestem proboszczem w Oleszycach.

Reklama

Kto miał wpływ na Księdza powołanie kapłańskie?

Na moje powołanie kapłańskie złożyło się wiele czynników. Na pewno religijność rodziców, dziadków i rodziny. Znaczącą rolę odegrała postawa ks. Adama Gorzelewskiego, który przez 37 lat posługiwał w parafii Sól. Kapłana niesamowicie ciepłego, otwartego, życzliwego i światowego. Po katechezie swoim samochodem rozwoził nas do domów. Był dla mnie wzorem kultury osobistej i kapłanem, który umie słuchać i rozmawiać. Niewątpliwie ważną rolę odegrali kapłani ze Szczebrzeszyna – ks. Józef Filipek, ks. Jarosław Nowak i ks. Tadeusz Czuk, którym posługiwałem w kościele jako ministrant. Chciałem studiować psychologię, ale widać Bóg miał wobec mnie inne plany. Po rekolekcjach wielkopostnych w 1998 r. zapadła decyzja, że będzie seminarium duchowne naszej diecezji.

Pomóż w rozwoju naszego portalu

Wspieram

Reklama

Jak to się stało, że Ksiądz został misjonarzem? Na czym polegało przygotowanie do misji i jak doszło do wyjazdu do Argentyny?

Już w czasie seminarium byłem w Kole Misyjnym. To było pragnienie mojego serca. Zaraz po święceniach kapłańskich wyjechałem do Stanów Zjednoczonych, gdzie chciano mnie tam zatrzymać. Ale to nie ten kraj na misje. Po odwiedzeniu misjonarzy w Brazylii, zdecydowałem, że będzie to Ameryka Południowa. Pojechałem do bp. Wacława Depo z prośbą, by wyraził zgodę. Powiedział: „Ja ci pozwalam, wybierz sobie kraj”. Skierował mnie na przygotowanie do posługi misyjnej. Wybrałem Argentynę. Były trzy zaproszenia do tego kraju. I było nas trzech chętnych. Dla mnie pozostała Patagonia, kraina geograficzna położona na terenie Argentyny i Chile. Wyjazd na misje było moją decyzją, spełnieniem pragnienia mojego serca. Pomyślałem sobie: „Nie tylko pomogę ludziom, to jeszcze będę miał szansę zrobić dobre zdjęcia”, gdyż moją pasją było fotografowanie. Przygotowanie do misji rozpoczęło się we wrześniu 2011 r. w Centrum Formacji Misyjnej w Warszawie. Przygotowanie bardzo szybkie i konkretne. Trzeba było błyskawicznie nauczyć się języka hiszpańskiego. Już w piątym miesiącu moich przygotowań, w styczniu przyjechała lektorka z Peru i trzeba było rozmawiać z nią po hiszpańsku. Uczyłem się też przedmiotów, które przydatne były na misjach. W kwietniu otrzymaliśmy od nuncjusza krzyże misyjne i czekaliśmy na możliwość wyjazdu. W tym czasie byłem w Madrycie, posługiwałem tam w zgromadzeniu zakonnym, a przy okazji poznawałem język praktycznie. W sierpniu poleciałem samolotem do Patagonii. Odbyłem daleką podróż, najpierw do Rzymu, stamtąd do Buenos Aires i jeszcze przelot ok. 2 tys. km. na południe do Patagonii. W linii prostej z Polski pokonałem trasę ok. 14 tys. km.

W jaki rejon Argentyny biskup diecezjalny skierował Księdza do pracy duszpasterskiej? Jakie były tam warunki do życia?

Nie było tam diecezji, była prałatura Esquel w ogromnej – bo liczącej ponad 70 tys. km2 – prowincji Chubut. Biskup rozważał myśl utworzenia parafii w górach i na pustyni. Pilniejszą potrzebą była parafia na pustyni. Skierował mnie do niej i od grudnia zostałem proboszczem. Parafia w Paso de lndios liczyła 23 tys km2., a więc stanowiła ? prałatury. Była kaplica, przy niej budynek, który kiedyś był domem pogrzebowym, a teraz to miała być plebania. Musiałem sam ją remontować, by dało się w niej zamieszkać. Wcześniej nie było tu księdza. Zostałem proboszczem w niesamowicie biednej parafii. Nie było tu żadnego przemysłu. Ludzie w terenie zajmowali się hodowlą owiec. Uprawy zbóż czy warzyw nie wchodziły w grę, bo nie było wody. Tam, gdzie mieszkałem, woda na bieżące potrzeby doprowadzona była z rzeki oddalonej 30 km. Energię elektryczną wytwarzały stare agregatory, które psuły się, a więc były dni bez prądu. Znajdował się szpital, ale brakowało lekarzy. Ceny w sklepach były wysokie, bo towar sprowadzano z daleka, a to kosztuje. Do najbliższego większego miasteczka było 260 km. Istniał problem ze wszystkim. Byliśmy na środku kontynentu, a tak naprawdę odcięci od świata.

Jak w takich warunkach docierał Ksiądz do wiernych, pozyskiwał nowych ludzi do wiary chrześcijańskiej?

Argentyna jest przesiąknięta protestantyzmem. W parafii, w której byłem, było 6 kościołów protestanckich. Moi parafianie byli ochrzczeni, ale bez katechezy. Brak księdza wykorzystywali pastorzy werbując wiernych do swoich wspólnot. W ich religii nie mówi się o grzechu, sakramentach świętych, nie stawia się wymagań. Były i takie wspólnoty protestanckie, które walczyły z katolicyzmem. Moimi parafianami w pierwszej kolejności byli ludzie ochrzczeni, którzy nie przeszli na protestantyzm. Podejmowałem pracę z dziećmi, przygotowując ich do I Komunii św. Na katechezę przywozili je rodzice. Chcieli posłuchać, co mówię i uczestniczyli w tym przygotowaniu pogłębiając swoją wiedzę religijną. Tak rozpoczynałem pracę z rodzicami. Podobnie było z przygotowaniem do bierzmowania. Do młodzieży docierałem poprzez prowadzenie w szkole średniej warsztatów fotograficznych. Podczas uroczystości lokalnych, Dnia Dziecka czy Dnia Matki nasza świetlica zapełniała się ludźmi, którzy przy okazji dowiadywali się o wierze katolickiej. Szukałem ludzi na pustyni, aby być z nimi, przekonać ich do siebie. Cenili sobie ten kontakt. Zapraszali mnie na uroczystości rodzinne, by m.in. zrobić im pamiątkowe zdjęcie. Moja pierwsza kolacja wigilijna była przy ognisku, jedliśmy pieczone jagnię. Ludzie nie wstydzili się, że są biedni, zapraszali do swoich domów. Poznawałem przy okazji, w jakich warunkach żyją. Starałem się im pomóc w potrzebach.

Jak wyglądało uczestnictwo we Mszy św. i innych uroczystościach kościelnych?

Msze św. odprawiałem i słowo Boże głosiłem w języku hiszpańskim. Okazało się, że język ten znacznie odbiega od tego, jaki używany był w Hiszpanii. By go poznać, prowadziłem konwersację w miejscową nauczycielką. Jak popełniałem błędy, co odważniejsi mnie poprawiali. Okazało się, że jak czytam kazanie z kartki, to mnie nie słuchają. Wtedy z pomocą przyszły dzieci. Z nimi prowadziłem kazania dialogowane, co się podobało. Msza św. musiała być z kazaniem, bo wierni chcieli usłyszeć, co ważnego ma im do powiedzenia ksiądz. Zdarzało się, że kogoś poprosiłem do czytania mszalnego, a on nie umiał czytać – tłumaczył się, że nie ma okularów. Jak zorganizowałem pierwszą procesję na Boże Ciało, to ludzie się zatrzymywali, wyciągali telefony komórkowe, robili zdjęcia. Nigdy czegoś podobnego nie widzieli. Podobnie było, gdy podczas pogrzebu szedłem w sutannie. Były wspólnoty, w których niedzielne Msze św. odprawiałem w innym dniu tygodnia. Przyjazd księdza do takiej wspólnoty, to nie tylko sprawowanie sakramentów, ale i pomoc materialna. Jadąc, zabierałem na swój terenowy samochód to wszystko, co było do wzięcia w Caritasie i rozdawałem. Jak powiedział jeden z misjonarzy, gdy komuś burczy w brzuchu, to nie myśli o Panu Bogu. Ksiądz w miejscu zamieszkania wiernych udzielał im pomocy socjalnej. Dla nich było czymś niesamowitym, że ksiądz z bogatej Europy, z dobrych warunków, nagle postanawia zamieszkać na pustyni, dzielić z nimi dole i niedole. Widzieli, że nie miałem nic lepszego niż oni. Musiałem sobie przywieźć drewno z odległych Andów, wysuszyć je, narąbać, napalić w kościele i plebani. Podobnie było z zakupami żywności, gromadzeniem zapasów wody i innych rzeczy potrzebnych do życia. Nawet gdy nie miałem koloratki, wszyscy wiedzieli, że jestem księdzem, a i protestanci mnie pozdrawiali. Posługa misyjna, choć trudna, dawała mi wiele satysfakcji. Część mojego serca została w Patagonii. Mam nadzieję, że jeszcze tam wrócę, chociażby tylko odwiedzić znajomych.

2021-12-28 11:17

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Kard. Capovilla: Niech kanonizacja dwóch papieży uczyni nasze narody mądrymi, wielkodusznymi, otwartymi

[ TEMATY ]

wywiad

kardynał

"Pragnąłbym, żeby uroczystości kanonizacyjne służyły nie tylko oddaniu hołdu dwóm papieżom, którzy już otoczeni są chwałą w niebie, ale by uczyniły nasze narody mądrymi, wielkodusznymi, otwartymi" - powiedział abp Loris Francesco Capovilla. Kardynał-nominat, wieloletni sekretarz i najbliższy współpracownik najpierw patriarchy Angelo Giuseppe Roncallego, a następnie papieża Jana XXIII mówi w rozmowie z KAI m. in. o świętości papieża Jana, jego umiłowaniu Polaków, bliskich relacjach z kard. Stefanem Wyszyńskim, podobieństwach i różnicach osobowości i pontyfikatu papieża-Włocha i papieża-Polaka. Mówiąc m. in. o bł. Janie Pawle II stwierdził: "Był heroiczny i święty. To jego świadectwo wystarcza, by zgiąć przed nim nasze kolana i dziękować krajowi, który go wydał, wychował, umiłował, kocha i będzie kochał".

KAI: Eminencja, 22 lutego zostanie włączony do Kolegium Kardynalskiego. Jakie myśli towarzyszą w tej historycznej chwili byłemu osobistemu sekretarzowi najpierw patriarchy Angelo Giuseppe Roncallego, a następnie od 28 października 1958 r. papieża Jana XXIII? Abp Loris Francesco Capovilla: Kiedy Ojciec Święty 12 stycznia w południe ogłaszał nazwiska nowych kardynałów byłem tutaj, w swoim pokoju w Sotto il Monte, śledząc jak zwykle z radością papieskie rozważanie poprzedzające modlitwę „Anioł Pański”. Tak z wielkim wzruszeniem czynię każdej niedzieli. Kiedy na zakończenie ogłosił nazwiska nowych kardynałów, słuchałem ich w spokoju. Wreszcie na zakończenie Papież powiedział, że do grona tego włączy także trzech biskupów emerytowanych, ale kiedy wypowiedział moje: Loris Francesco Capovilla pomyślałem o moim ojcu i mamie, o moich wychowawcach w seminarium, wszystkich osobach, jakie spotkałem, wszystkich dobrodziejach mojej duszy i rzecz jasna. Pomyślałem też, iż jest to gest uznania dla milczącej, pokornej, naznaczonej pokorą służby u boku Jana XXIII. Posłuszeństwa papieżowi i Kościołowi powszechnemu, posłuszeństwa Kościołowi i Chrystusowi. Nie odczułem nic innego, poza wzruszeniem, żadnej satysfakcji osobistej. Poczułem się też w jedności z wszystkimi ludźmi dobrej woli, szukającymi Boga, jeśli są chrześcijanami - starającymi się żyć radami ewangelicznymi. Wyznam bowiem szczerze, że w moim długim życiu spotkałem więcej osób dobrych, niż złych. Przyznam, że Kościół w którym się urodziłem, w którym żyłem jako dziecko był Świętym Kościołem Rzymskim, Katolickim ale ten w którym jestem dziś wydaje mi się wspanialszy. Również moja ojczyzna przeszła przez wiele trudności. Nadal nie jest łatwo, ale jestem przekonany, że dokonaliśmy kilku kroków na drodze ku sprawiedliwości, zarówno we Włoszech, w Europie jak i na całym świecie. KAI: Czy współpracując z Janem XXIII miał Ksiądz Kardynał wrażenie, że jest to osoba święta? - Tak, bo był on jakby otwartą księgą. Opowiedział mi całe swoje życie: dzieciństwo, młodość . Mówił mi o swojej posłudze kapłańskiej. Wszystkim radzę, by przeczytali w jego "Dzienniku duszy", który jest odzwierciedleniem jego duszy kursu rekolekcji prywatnych, jakie odbył ze swym spowiednikiem przygotowując się do osiemdziesiątych urodzin. Rozpoczyna od rachunku sumienia. Mówi o pokorze, czystości, ubóstwie, posłuszeństwie, i dla każdego z tych paragrafów powiada - nic nie znajduję niczego w mym życiu przeciw tym cnotom. To dotyczy każdego z nas, także ludzi świeckich, a nie tylko duchowieństwa, kiedy słyszymy jak papież Jan powiada, że jego długim życiu - nigdy, nic nie było takiego, co byłoby sprzeczne z czystością, do której został powołany. Kiedy spojrzymy na to wyznanie, to wydaje mnie się jakby cudem światła rzucanym na nasz wiek. KAI: Co zdaniem Eminencji było najbardziej godne podziwu w osobowości Jana XXIII? - Najlepiej to chyba wyraził wielki francuski pisarz Georges Bernanos, gdy postawiono mu pytanie: kim jest święty? Czy też w kategoriach świeckich: kto jest bohaterem nauki, patriotyzmu czy kultury? "Świętym jest ten, który nigdy nie przestał być dzieckiem". Ale to dziecięctwo jest stopniowym dojrzewaniem do swego powołania i misji. Papież Jan myślał jednie o tym, żeby być księdzem, myślał tylko o tym by sprawować Bożą służbę przy ołtarzu, na którym znajduje się mszał - zawierający Słowo Boże, Boże objawienie i kielich - służący do sprawowania najwznioślejszego z sakramentów. Dla niego przewodnikiem były słowa św. Jana Chryzostoma: być prostym i roztropnym - to szczyt życia chrześcijańskiego. I dodawał - i to jest życie anielskie, to oznacza żyć tak, jak aniołowie. KAI: 27 kwietnia w niedzielę Miłosierdzia Bożego Jan XXIII zostanie ogłoszony świętym razem z naszym rodakiem, Janem Pawłem II. Czy są jakieś elementy łączące tych dwóch wielkich ludzi Kościoła? - Muszę powiedzieć, że poznałem biskupa Karola Wojtyłę, wraz z kard. Stefanem Wyszyńskim podczas II Soboru Watykańskiego. W sierpniu 1979 roku zostałem przyjęty na audiencji w Castel Gandolfo. Jan Paweł II określił wówczas Jana XXIII prorokiem. I dodał, że prorocy cierpią, ale on miał rację i żyjemy dziś w nowych, zainaugurowanych przezeń czasach. Chciałbym też zaznaczyć, że obydwaj żyli w innej epoce, że chodzi o inne środowisko wychowawcze, pochodzenie, doświadczenia życiowe. Ale z pewnością podziwiamy dwóch ludzi Kościoła, którzy oddali się bez reszty Bogu i ludzkości. Papież Jan, będąc dobrym Włochem kochał swoją ojczyznę i z nakazu papieża Benedykta XV po I wojnie światowej dokonał wizytacji wszystkich diecezji włoskich, by rozbudzić ducha misyjnego, który zawsze był pośród naszego narodu żywy. Później, w 1925 roku Pius XI wysłał go do Bułgarii. Jak mawiam, miał kapelusz w dłoni, zawsze podchodził z wielkim szacunkiem dla chrześcijan wschodnich. Nigdy nie nazywał ich "prawosławnymi", ale mówił "moi bracia". Kiedy pewien prawosławny powiedział do niego: "Panie przedstawicielu papieża, chciałbym pojechać na studia do Rzymu, jeśli uzyska Pan dla mnie stypendium, to jestem gotów stać się nawet katolikiem". Będąc wówczas młodym papieskim przedstawicielem abp Roncalli wyraźnie stwierdził, że nie chce, aby ktokolwiek odniósł wrażenie, że przybył do Bułgarii, aby uprawiać prozelityzm. Zwracając się do tego młodego, 22- letniego alumna prawosławnego seminarium w Sofii powiedział: "Niech pan nauczy się miłować Jezusa, swój naród i jemu służyć. A skoro stwarza mi pan okazję, to chciałbym jasno powiedzieć, że my katolicy i prawosławni nie jesteśmy nieprzyjaciółmi, lecz braćmi. Łączy nas Księga Bożego Objawienia, chrzest, sakramenty, a zwłaszcza Msza św., nabożeństwo do Matki Bożej. Rzeczywiście istnieje kwestia jedności, prymatu Piotra, ale to rozdarcie nastąpiło tysiąc lat temu. Ci którzy do niego doprowadzili, już nie żyją, minęły wieki. Dzisiaj naszym zadaniem - pana prawosławnego i mnie katolika jest czynienie siebie Chrystusem, mamy upodobnić się do Chrystusa wraz z naszą wspólnotą. Kiedy upodobnimy się do Chrystusa, jedność będzie faktem". Jest to cud, którego obecnie oczekujemy, za naszych dni pod przewodnictwem naszego papieża Franciszka. Chciałbym dodać, że pontyfikat Jana XXIII trwał mniej niż 5 lat, zaś Jana Pawła II niemal 27 lat. Łatwiej jawić się jako osoba wybitna w krótkim okresie, niż w tak długim, jak papież Polak. Jan Paweł II bardzo ukochał ludzkość i w swoich pielgrzymkach dotarł do najbardziej odległych zakątków ziemi, aby zanieść Jezusa, Jego nauczanie - miłości i pokoju. Wszyscy pamiętamy to tragiczne wydarzenie na placu św. Piotra z 13 maja 1981 roku - zamach na papieża. Działo się to w czasie audiencji - spotkania z ludźmi, którzy go kochali. Natychmiast przebaczył zamachowcowi. Pewnie ktoś powie - to przecież obowiązek chrześcijanina, ale w przebaczeniu Jana Pawła II było coś więcej: bo po wielu latach, w roku 2002 powiedział to w Bułgarii, że nigdy nie sądził, aby ktoś z Bułgarów mógł spiskować przeciw niemu. Był w tym heroiczny i święty. To jego świadectwo wystarcza, by zgiąć przed nim nasze kolana i dziękować krajowi, który go wydał, wychował, umiłował, kocha i będzie kochał. KAI: Dla Polaków niezmiernie ważnym jest niesłychanie życzliwy stosunek Jana XXIII do Polski. To on w październiku 1962 r., przyjmując delegację naszego episkopatu, przybyłą na Sobór, powiedział o ziemiach zachodnich jako "po wiekach odzyskanych" - na długo przed oficjalnym uznaniem tego faktu przez wspólnotę międzynarodową. Powszechnie znany był jego bardziej niż życzliwy stosunek do kard. Wyszyńskiego, który był ostatnim hierarchą spoza Kurii Rzymskiej, którego przyjął umierający papież - 20 maja 1963 r. Skąd brała się u niego ta życzliwość i sympatia? - Po pierwsze: Jan XXIII znał historię. Kto ją zna, zdaje sobie sprawę z perturbacji, słabości i grzechów, ale potrafi także docenić dobro, męstwo i cnotę. Ostatnim jego sekretarzem w Paryżu był ks. Bolesław Szkiłądź. Ówczesny substytut w sekretariacie stanu, ks. prałat Montini (późniejszy Paweł VI) bardzo go cenił, jego znajomość języków, jego męstwo i dobroć. Polecił go abp Roncallemu, aby zorientował się, czy mógłby on pracować w dyplomacji watykańskiej. Poznałem, go, był naprawdę wielkim świętym. Niestety zmarł wkrótce po wyborze Jana XXIII, 8 listopada 1958 roku w Paryżu, na skutek wypadku drogowego. Nie wiem, czy panowie wiedzą, że w 1929 roku, kiedy abp Roncalli obchodził 25-lecie święceń kapłańskich to udał się na Jasną Górę i do Krakowa. Ale już wcześniej w 1912 roku gdy przebywał w Wiedniu to ks. Roncalli pojechał stamtąd na Węgry a następnie do Krakowa, gdzie w katedrze wawelskiej odprawił Mszę św. Po latach upamiętniono to wydarzenie. Trzeba też pamiętać, że jako patriarcha Wenecji kard. Roncalii w 1957 roku gościł prymasa Polski, kard. Stefana Wyszyńskiego. Są zdjęcia ukazujące ich wspólną przejażdżkę gondolą po Canale Grande. Nie wiem, czy panowie wiedzą, że 28 października 1958 roku, kiedy został wybrany papieżem o 5.30 w kaplicy św. Matyldy w Watykanie sprawował Mszę św. kard. Roncalli, któremu służyłem, następnie o 6.00 odprawiał kard. Stefan Wyszyński, a o 6.30 ja. Byłem świadkiem wielu ich rozmów. Po zakończeniu konklawe Jan XXIII ofiarował kard. Wyszyńskiemu monstrancję odziedziczoną po Piusie XII, aby zawiózł ją na Jasną Górę. Prymas zapewnił, że każdego dnia na Jasnej Górze sprawowana będzie Msza św. w intencji Ojca Świętego i cały świat katolicki. Takich rzeczy się nie zapomina. KAI: Co chciałby Eminencja przekazać Polakom w przeddzień kanonizacji Jana XXIII i Jana Pawła II? - Pragnąłbym, żeby uroczystości kanonizacyjne służyły nie tylko oddaniu hołdu dwóm papieżom, którzy już otoczeni są chwałą w niebie, ale by uczyniły nasze narody mądrymi, wielkodusznymi, otwartymi. Polakom, podobnie jak i Włochom życzę, aby przyjęli zachętę papieża Jana, który mawiał, że aby być księdzem, ale także katolikiem świeckim trzeba być wspaniałomyślnym i spoglądać na to co wyniosłe i przekraczające nasze ograniczenia, także poza Europę, zapatrzoną w chwałę przeszłości, swych zasług, ale potrzebującą spojrzenia, ku temu, za czym wszyscy tęsknimy, by biec, nie tylko podążać, ku ciągle odległym celom cywilizacji miłości. Rozmawiali: Krzysztof Tomasik, o. Stanisław Tasiemski Abp Loris Francesco Capovilla, arcybiskup tytularny Mesembria (Włochy). Urodził się 14 października 1915 w Pontelongo koło Padwy. Następnie jego rodzina przeniosła się w Wenecji-Mestre. 23 maja 1940 przyjął święcenia kapłańskie. W 1949 został redaktorem diecezjalnego tygodnika „La voce di S. Marco”. Przez ponad 10 lat, najpierw w Wenecji, a następnie w Watykanie był osobistym sekretarzem najpierw patriarchy Angelo Giuseppe Roncallego, a następnie 28 października 1958 r. papieża Jana XXIII. W latach 1963-1967 był ekspertem II Soboru Watykańskiego. 26 czerwca 1967 r. Paweł VI mianował prałata Capovillę biskupem Chieti i sam udzielił mu sakry biskupiej 16 lipca 1967 r. 25 września 1971 został promowany na arcybiskupa tytularnego Mesembria i mianowany prałatem Loreto. Zrezygnował z funkcji prałata Loreto w grudniu 1988, a jego następcą został prałat Pasquale Macchi, który był osobistym sekretarzem Pawła VI. 1 kwietnia ub. roku papież Franciszek odbył z nim rozmowę telefoniczną. Mieszka obecnie w rodzinnej miejscowości bł. Jana XXIII - Sotto il Monte koło Bergamo w północnych Włoszech. 22 lutego 2014 roku zostanie włączony do Kolegium Kardynalskiego, którego będzie najstarszym członkiem.
CZYTAJ DALEJ

Warszawa: Nie będzie referendum w sprawie odwołania władz miasta

2026-09-29 07:38

[ TEMATY ]

Warszawa

PAP/Marcin Obara

Rafał Trzaskowski

Rafał Trzaskowski

Wynik naszej zbiórki wynosi 111 tys. podpisów, czyli jest to poniżej zakładanego minimum 132 tys. podpisów. Nie będzie w Warszawie referendum w sprawie odwołania władz miasta - powiedział w poniedziałek na briefingu inicjator Stołecznej Operacji Referendalnej Maciej Wilk.

Inicjatorzy akcji zbierali podpisy pod wnioskiem o referendum ws. odwołania prezydenta stolicy Rafała Trzaskowskiego oraz rady miasta.
CZYTAJ DALEJ

Papież, Francja i chrześcijańskie korzenie, które nie obumarły

2026-09-29 15:20

[ TEMATY ]

Leon XIV we Francji

chrześcijańskie korzenie

nie obumarły

Vatican Media

Wizyta Leona XIV we Francji

Wizyta Leona XIV we Francji

Znaczenia wizyty Leona XIV we Francji nie da się streścić w statystykach, ani pojedynczych cytatach z przemówień i homilii. Cztery dni, które Ojciec Święty spędził z „najstarszą córą Kościoła”, to złożony obraz słów, gestów i znaków, które wspólnie pokazują, że nad Sekwaną wiara odradza się dzięki głęboko zapuszczonym i wciąż żywym korzeniom i że Francja na nowo może stać się „Bożą latarnią” w Europie (by posłużyć się metaforą, którą opisywana jest katedra w Metz), jeśli tylko się na to odważy.

Choć papieskiej wizycie – jak każdemu wydarzeniu – towarzyszyły głosy sceptyków, a o jej owocach będzie można mówić dopiero z perspektywy czasu, warto zwrócić uwagę na kilka fenomenów, które w tych dniach wydarzyły się nad Sekwaną.
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

REKLAMA

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję