Reklama

Niedziela na Podbeskidziu

Za „Pasją” idą kolejne wyzwania

O pracy z młodzieżą, nowych elementach „Pasji Beskidzkiej” i teatralnych przedsięwzięciach z Eugeniuszem Jachymem rozmawia Mariusz Rzymek.

Niedziela bielsko-żywiecka 14/2025, str. IV

[ TEMATY ]

Pasja Beskidzka

OkiemFotoreportera

Z „Pasji” płynie jasny przekaz, że chrześcijaństwo to droga z krzyżem

Z „Pasji” płynie jasny przekaz, że chrześcijaństwo to droga z krzyżem

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera

Mariusz Rzymek: Wśród aktorów „Pasji Beskidzkiej” nie brakowało młodzieży. Jak z nią się pracuje? Jest karna i zdyscyplinowana, czy raczej odwrotnie?

Eugeniusz Jachim: Mogę o niej powiedzieć, że to bardzo wdzięczny materiał aktorski. Podziwiam i doceniam to, że pomimo obowiązków edukacyjnych, wytrwali do ostatniej próby. Większość ról w „Pasji” opiera się na osobach dojrzałych, starszych. Są jednak role specjalnie skrojone pod młodych, m.in. rola św. Szczepana i wiele innych, pomniejszych. Cieszę się, że w tej grupie wiekowej znaleźli się pasjonaci teatru. Ich ta forma przekazu interesuje. Na dodatek robią to z potrzeby przeżycia czegoś głębszego. Przez grę w misteriach chcą lepiej i pełniej zrozumieć swoją religijność.

„Pasja” w waszym wydaniu jest dynamiczna, wciąż ewoluuje i zaskakuje. Jakie nowe elementy tym razem się w niej pojawią?

Pomóż w rozwoju naszego portalu

Wspieram

Reklama

Od ub.r. „Pasję” rozszerzyliśmy o historie zaczerpnięte z Dziejów Apostolskich. Wpletliśmy w nią Wniebowstąpienie, Zesłanie Ducha Świętego i męczeństwo pierwszych Apostołów. Wcześniejsze edycje kończyliśmy na Wieczerniku i na Zmartwychwstaniu. Tym razem postanowiliśmy mocniej zdynamizować akcję. Dlatego zrezygnowaliśmy z niektórych scen czy dialogów. Wszystko po to, aby przedstawienie było bardziej płynne. Naszą historią chcemy dać jasny przekaz, że chrześcijaństwo to droga z krzyżem, wymagająca wyrzeczeń, a nieraz i najwyższej ofiary.

Ile osób przewinęło się przez wszystkie edycje „Pasji”?

Wielość aktorów dobitnie obrazuje finałowa scena zaczerpnięta z Apokalipsy. Konkretnie chodzi o wizję nieba zaludnionego świętymi i męczennikami. W tym kulminacyjnym momencie naraz występuje ok. 70 osób. Można powiedzieć, że entuzjastów teatru nam nie brakuje. Przypomnę, że nawet pandemia nie zdołała nas powstrzymać. Nie mogąc grać przed publicznością, zrealizowaliśmy filmową wersję „Pasji”.

Skąd pochodzą osoby zaangażowane w przedstawienie?

Nasz skład idzie trochę za ks. Grzegorzem Kierpcem, który wciela się w Chrystusa. Tam, gdzie jest posłany z posługą duszpasterską, stamtąd pojawiają się kolejni aktorzy. Mamy więc ludzi z Łodygowic, Żywca, a teraz z Wieprza. Do tego doszły jeszcze posiłki z Ciśca, Rychwałdu, Rajczy, Bielska-Białej.

Jak od strony logistycznej udaje się sprzęgnąć tak duże przedsięwzięcie, w którym wszystko musi tu być ze sobą odpowiednio synchronizowane, terminy prób, przymiarki kostiumów?

Reklama

Wielka w tym zasługa ks. G. Kierpca i Barbary Marek. Oni zajmują się tymi sprawami, a ja koncentruję na reżyserii. Spotkanie organizacyjne odbyło się w styczniu, a za nim poszły pierwsze próby. Przeprowadzaliśmy je w Miejskim Centrum Kultury w Żywcu oraz auli Domu Katolickiego przy konkatedrze żywieckiej. Na początkowe próby ściągani byli wszyscy. Chodziło o pracę nad tekstem od strony interpretacyjnej. Później nasz wysiłek ogniskował się nad poszczególnymi scenami. Zapraszałem więc tych, którzy w nich grali. W zależności od potrzeb ćwiczyłem z kilkoma osobami, a innym razem z zespołem liczącym ok. 20 osób.

Ile poświęcił Pan czasu na zgranie wszystkich scen?

W tym roku było dużo łatwiej, bo pracowałem na tym samym scenariuszu i w większości z tymi samymi ludźmi. Wpasowanie kilku nowych twarzy w dobrze funkcjonujący mechanizm nie było trudne. Każdy wiedział, czego oczekuję i jaką mam wizję. Współpraca układała się bardzo dobrze.

Jaka była rozpiętość wiekowa aktorów zaangażowanych w „Beskidzką Pasję”?

Zróżnicowanie mamy bardzo duże. W scenie, w której św. Piotr Apostoł chrzci, widzimy mamę z kilkuletnim dzieckiem, a później, przy inscenizacji uzdrowień, pojawiają się nastolatkowie. Doskonale tą rozpiętość wiekową widać w wielkim finale, gdzie u boku leciwych 70-latków grają kilkuletnie dzieci oraz młodzież.

Jako profesjonalista, które sceny tegorocznej „Pasji Beskidzkiej” określiłby Pan jako najmocniejsze aktorsko, a które wymagające dopracowania?

Reklama

Zdawaliśmy sobie sprawę z naszych aktorskich ułomności i niedoskonałości, więc skupiliśmy się na tym, aby dać z siebie wszystko i zrobić to jak najlepiej. Żadnych castingów nie robiliśmy. Wszyscy grali z serca. Dlatego nie doszukiwałbym się mankamentów. Zawsze w końcu można to, czy owo zrobić lepiej. Kto wie, może próby z publicznością jeszcze podniosłyby jakość tego przedstawienia, ale są to tylko spekulacje. W zasadzie to jestem z efektu finalnego bardzo zadowolony.

Czy po wystawieniach w Żywcu i Brennej „Pasję” będzie można jeszcze gdzieś oglądnąć?

Jeśli będzie takie zapotrzebowanie, to jesteśmy otwarci na propozycję. Może niekoniecznie zagramy w plenerze. Bardziej w czymś na kształt Domu Kultury czy auli. Widza zaprosilibyśmy na opowieść sięgającą od Zmartwychwstania Pańskiego, po śmierć Apostołów Piotra i Pawła.

W jakich teatralnych przedsięwzięciach będzie Pan w najbliższej przyszłości maczał palce?

Reklama

W Łodygowicach w Wielki Piątek powracamy do plenerowej Drogi Krzyżowej. Po liturgii spotkamy się u stóp Zamku, gdzie rozegra się scena zdrady Judasza, pojmanie Jezusa i sąd przed Piłatem. Stamtąd ruszymy pod kościół, gdzie na samym szczycie wiodących do niego schodów rozegra się finał przedstawienia pasyjnego. W misterium włączą się członkowie Zespołu Regionalnego „Magurzanie”. Wracamy więc do korzeni i cieszę się, że będę miał w tym swój udział. Mam nadzieję, że jeszcze przed wakacjami uda się wyreżyserować i wystawić w GOK w Łodygowicach niezapomniane „Igraszki z diabłem” na podstawie sztuki Jana Drdy. W dalekich planach mam również ponownie zmierzyć się z piękną sztuką Zofii Kossak-Szczuckiej „Gość oczekiwany”. Ostatni raz wystawialiśmy ją w Łodygowicach 7 lat temu. Pomysłów jest sporo, bo po głowie chodzi mi również inscenizacja historii o św. Franciszku z Asyżu oraz jasełka. Co z tego wyjdzie pokaże czas.

Czy z grona uczestników Pana przedstawień wyszedł jakiś zawodowy aktor?

Parę osób, które u nas zaczynały, poszło do szkół teatralnych, ale gdzie są w tej chwili i co się z nimi dzieje, tego nie jestem w stanie powiedzieć. Niewątpliwie gra w amatorskich przedstawieniach daje jakieś wyobrażenie tego, jak wygląda praca aktora i pozwala odpowiedzieć sobie na pytanie, czy to aby ten kierunek, w którym zmierza się iść. Teatr to jedna z form budowania czegoś, co służy dobru wszystkich ludzi, a przy tym nauka przeżywania pięknych treści. I właśnie po to, aby w tym uczestniczyć, warto stanąć na scenie.

2025-04-01 17:21

Oceń: +1 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Niezwykłe widowisko w Brennej

[ TEMATY ]

Brenna

Pasja Beskidzka

Archiwum organizatorów

Sceny Pasji Beskidzkiej będzie można zobaczyć w Brennej.

Sceny Pasji Beskidzkiej będzie można zobaczyć w Brennej.

Pasja Beskidzka pt. „Początek Kościoła” odbyła się w Amfiteatrze Pod Grojcem w Żywcu. Teraz czas na Brenną.

W tym roku aktorzy pokazują Pasję Beskidzką w zupełnie nowej odsłonie. Sztuka w reżyserii Eugeniusza Jachyma przedstawia m.in. wydarzenia po Zmartwychwstaniu, dzieje apostołów Piotra i Pawła, czyli kształtujące się początki Kościoła. Spektakl kończy się wizualizacją fragmentu Apokalipsy ukazującą Chrystusa, który zasiada na tronie.
CZYTAJ DALEJ

Św. Teresa od Dzieciątka Jezus - "Moim powołaniem jest miłość"

Niedziela łódzka 22/2003

[ TEMATY ]

św. Teresa z Lisieux

Adobe Stock

Św. Teresa z Lisieux

Św. Teresa z Lisieux

O św. Teresie od Dzieciątka Jezus i Najświętszego Oblicza, karmelitance z Lisieux we Francji, powstały już opasłe tomy rozpraw teologicznych. W tym skromnym artykule pragnę zachęcić czytelników do przyjaźni z tą wielką świętą końca XIX w., która także dziś może stać się dla wielu ludzi przewodniczką na krętych drogach życia. Może także pomóc w zweryfikowaniu własnego stosunku do Pana Boga, relacji z Nim, Jego obrazu, który nosimy w sobie.

Życie św. Teresy daje się streścić w jednym słowie: miłość. Miłość była jej głównym posłannictwem, treścią i celem jej życia. Według św. Teresy, najważniejsze to wiedzieć, że jest się kochanym, i kochać. Prawda to, jak może się wydawać, banalna, ale aby dojść do takiego wniosku, trzeba w pełni zaakceptować siebie. Św. Teresie wcale nie było łatwo tego dokonać. Miała niesforny charakter. Była bardzo uparta, przewrażliwiona na swoim punkcie i spragniona uznania, łatwo ulegała emocjom. Wiedziała jednak, że tylko Bóg może dokonać w niej uzdrowienia, bo tylko On kocha miłością bez warunków. Dlatego zaufała Mu i pozwoliła się prowadzić, a to zaowocowało wyzwoleniem się od wszelkich trosk o samą siebie i uwierzeniem, że jest kochana taką, jaka jest. Miłość to dla św. Teresy "mała droga", jak zwykło się nazywać jej duchowy system przekonań, "droga zaufania małego dziecka, które bez obawy zasypia w ramionach Ojca". Św. Teresa ufała bowiem w miłość Boga i zdała się całkowicie na Niego. Chciała się stawać "mała" i wiedziała, że Bogu to się podoba, że On kocha jej słabości. Ona wskazała, na przekór panującemu długo i obecnemu często i dziś przekonaniu, że świętość nie jest dostępna jedynie dla wybranych, dla tych, którzy dokonują heroicznych czynów, ale jest w zasięgu wszystkich, nawet najmniejszych dusz kochających Boga i pragnących spełniać Jego wolę. Św. Teresa była przekonana, że to miłosierdzie Boga, a nie religijne zasługi, zaprowadzi ją do nieba. Św. Teresa chciała być aktywna nie w ćwiczeniu się w doskonałości, ale w sprawianiu Bogu przyjemności. Pragnęła robić wszystko nie dla zasług, ale po to, by Jemu było miło i dlatego mówiła: "Dzieci nie pracują, by zdobyć stanowisko, a jeżeli są grzeczne, to dla rozradowania rodziców; również nie trzeba pracować po to, by zostać świętym, ale aby sprawiać radość Panu Bogu". Św. Teresa przekonuje w ten sposób, że najważniejsze to wykonywać wszystko z miłości do Pana Boga. Taki stosunek trzeba mieć przede wszystkim do swoich codziennych obowiązków, które często są trudne, niepozorne i przesiąknięte rutyną. Nie jest jednak ważne, co robimy, ale czy wykonujemy to z miłością. Teresa mówiła, że "Jezus nie interesuje się wielkością naszych czynów ani nawet stopniem ich trudności, co miłością, która nas do nich przynagla". Przykład św. Teresy wskazuje na to, że usilne dążenie do doskonałości i przekonywanie innych, a zwłaszcza samego siebie, o swoich zasługach jest bezcelowe. Nigdy bowiem nie uda się nam dokonać takich czynów, które sprawią, że będziemy w pełni z siebie zadowoleni, jeśli nie przekonamy się, że Bóg nas kocha i akceptuje nasze słabości. Trzeba zgodzić się na swoją małość, bo to pozwoli Bogu działać w nas i przemieniać nasze życie. Św. Teresa chciała być słaba, bo wiedziała, że "moc w słabości się doskonali". Ta wielka święta, Doktor Kościoła, udowodniła, że można patrzeć na Boga jak na czułego, kochającego Ojca. Jednak trwanie w takim przekonaniu nie przyszło jej łatwo. Przeżywała wiele trudności w wierze, nieobce były jej niepokoje i wątpliwości, znała poczucie oddalenia od Boga. Dzięki temu może być nam, ludziom słabym, bardzo bliska. Jest także dowodem na to, że niepowodzenia i trudności są wpisane w życie każdego człowieka, nikt bowiem nie rodzi się święty, ale świętość wypracowuje się przez walkę z samym sobą, współpracę z łaską Bożą, wypełnianie woli Stwórcy. Teresa zrozumiała najgłębszą prawdę o Bogu zawartą w Biblii - że jest On miłością - i dlatego spośród licznych powołań, które odczuwała, wybrała jedno, mówiąc: "Moim powołaniem jest miłość", a w innym miejscu: "W sercu Kościoła, mojej Matki, będę miłością".
CZYTAJ DALEJ

Ewangelizował nawet na swoim pogrzebie. Kąty Wrocławskie pożegnały ks. Wojciecha Draba

2026-10-01 21:10

[ TEMATY ]

bp Marek Mendyk

diecezja świdnicka

ks. Krzysztof Ora

pogrzeb kapłana

ks. Wojciech Drab

ks. Mirosław Benedyk/Niedziela

Ks. Kan. Wojciech Drab (1971-2026)

Ks. Kan. Wojciech Drab (1971-2026)

Pogrzeb ks. Wojtka stał się dla mnie nadzwyczajnymi rekolekcjami o kapłaństwie, o życiu pomimo śmierci, o Kościele, który jest piękną wspólnotą – napisał po uroczystości ks. kan. Krzysztof Ora. I rzeczywiście: 1 października w Kątach Wrocławskich nie zabrakło łez i bólu, ale jeszcze mocniej wybrzmiewała wiara, że śmierć nie ma ostatniego słowa.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

REKLAMA

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję