Reklama

Kościół

Katafalk i trudne słowa

Ministrantami w parafii zajmuję się ja, ale od niepamiętnych czasów ich głównym przełożonym jest pan kościelny. Taki miejscowy zwyczaj i koloryt.

Niedziela Ogólnopolska 45/2025, str. 58-59

[ TEMATY ]

opowiadanie

Magdalena Pijewska

Krzysztof Tadej

Krzysztof Tadej

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera

Ministrantami w parafii zajmuję się ja, ale od niepamiętnych czasów ich głównym przełożonym jest pan kościelny. Taki miejscowy zwyczaj i koloryt. Ma to swoje dobre strony, bo choćby wymusza dyscyplinę w zakrystii, ale rodzi też konflikty i tych jest chyba więcej niż pożytków. Przybiegają do mnie malcy z trzeciej klasy, po roku przygotowania z kandydatów, nowicjuszy stali się prawdziwymi ministrantami. Kościelny ich pogonił, bo nie zdali u niego egzaminu. To tak zwany, oczywiście, przez niego, egzamin praktyczny z posługi w kościele. Do egzaminu podeszli, ale oblali na trudnych słowach, jak mówią, i pan kościelny uznał, że nie są wystarczająco przygotowani. We mnie zawrzało. Powściągam się wobec chłopaków i mówię, żeby byli spokojni, ja to załatwię. Kościelnego nie ma pod ręką, zresztą rozmowa z nim skończyłaby się niechybnie awanturą, idę więc do proboszcza. Widząc moje wzburzenie, robi od razu zbolałą minę. To mnie jednak nie powstrzymuje. Drżącym z emocji głosem wygarniam te i inne, uzbierane w ostatnim czasie pretensje do pana kościelnego.

– Daj spokój – mówi flegmatycznie, jakby w kontrze do moich nerwów. – Nie zadrażniaj. Jak chce, niech ich pomusztruje jeszcze, tylko im wyjdzie na dobre.

Pomóż w rozwoju naszego portalu

Wspieram

– Tak nie powinno być, on kwestionuje moje przygotowanie. Kto zajmuje się ministrantami?

Reklama

– Ja to wszystko wiem. Ale co w związku z tym mi radzisz, żebym zrobił? Mam wszcząć awanturę? Przecież ja się z nim nieustannie kłócę. Co to da? Zmienisz go, starego capa?

– To kto tu w końcu jest proboszczem? – Staję się prowokacyjny i niemiły.

– Uspokój się. Wiem, że cię to ubodło, on taki jest, gbur i zarozumialec. I co z tego. Zrozum też mnie. Prawda jest taka, że łatwiej jest zmienić wikarego niż kościelnego. To może zbyt brutalne, ale tak jest. Ja nie chcę zmieniać ciebie ani wyrzucać kościelnego skurczybyka. To co mam zrobić?

Zaszachował mnie proboszcz tym szczerym wyznaniem. Najpierw aż mowę straciłem z oburzenia, no ale kiedy się pomyśli na trzeźwo, to rzeczywiście, wikary dziś ten, a jutro tamten. A kościelny i grabarz w jednym to znacznie większy kłopot. Wikary jest z zewnątrz, z definicji na określony czas tylko, a kościelny z tymi wszystkimi powiązaniami rodzinnymi i znajomościami to połowa parafii. Nic nie odpowiadam na pytanie proboszcza, bo sam nie wiem, co miałbym mu radzić w takich okolicznościach.

– Ja tylko zreferowałem problem – mówię z niekrytą urazą w głosie, ale jednak pojednawczo.

– Ba.

I tak się rozstajemy tego dnia. Mnie trudno się uspokoić, wieczorem idę na długi spacer, żeby te nerwy wpuścić w obcasy. Wypatrzył mnie na grobli kulawy Franek, co kłusuje na proboszczowskich stawach.

– Ja tylko na wędkę, nie prądem jak inni – mówi usprawiedliwiająco. – Niech ksiądz nie mówi staremu, bo mnie znowu będzie publikował z ambony.

Reklama

– To czemu z uporem tu łowisz, nie masz innych stawów czy rzeki?

– Ha, bo on ma najlepsze rybki i biorą jak złoto. Ile ja bym się musiał nałazić po rzece. Kulawy jestem.

– Mówił ci przecież, że ci sam da, jak przyjdziesz.

– E tam, co to za frajda. A tak to piękny sport. On tu już łaził, sprawdzał, w krzakach byłem. Jeszcze raz przyjdzie, ale ja już mam dwie, jeszcze jedna i spadam. Niech ksiądz nie mówi, po co ma się denerwować. Ja za darmo nie chcę. Przyjdę mu wykosić potem trawę.

Siadamy na grobli, tyłem do plebanii, bo Franek kurzy, a tak by proboszcz z okna widział, że ktoś siedzi, i od razu by przygnał. Franek ma postrzał w nodze. Gajowy czy leśniczy go postrzelił, jak z sarną uciekał z lasu.

– Gówno mi zrobili, psa wzięli, myśleli, że mnie wytropią, że ja głupi do swojej chałupy polecę. – Franek do nikogo żalu nie ma, tym bardziej że to tyle lat temu było. O to mu zawsze chodziło, o to ryzyko, bo inaczej, jak mówi, to kicha.

– Nie wiem, czy ksiądz mnie zrozumie, nuda mnie zabija.

– Proboszcz tak ubolewa zawsze nad panem, że taki pan zdolny, tyle mógłby zrobić i żyć normalnie, a tak taki potencjał się marnuje.

Reklama

– Umarłbym, księżulku, z tej normalności. Ja wiem, że on mnie lubi, ja jego też. Czasem się wystroję i idę do kościoła, w pierwszej ławce siadam, żeby mnie widział. Cieszy się jak dziecko. Kościelnym mnie chciał zrobić. Dobry chłop, tylko marudny. Ale z drugiej strony jaki ma być? Przecież to proboszcz.

– Nie rozumiem, to co, że proboszcz? To już nie może być miły, tylko marudny?

– Tak właśnie, inaczej się nie da. Moja matka, świeć Panie nad jej duszą, też była marudna jak on. Jak się kto o kogo troszczy, to tak musi być. O, rybka wzięła. – Niesamowicie sprawnie przeskoczył na drugą stronę, rybki i wędkę zabrał, pomachał mi i zniknął w mroku.

Na drugi dzień słyszę z jadalni, jak proboszcz z kościelnym wchodzą do kuchni już z rozpoczętą awanturą.

– Coś się tak zawziął na tę łacinę? Sam przekręcasz w trzy dupy te terminy, a od chłopców wymagasz i po co?

– Ja przekręcam?! – Oburzenie kościelnego nie mieści się w słowach, aż głos ma piskliwy. – Trzeba uczyć tradycji i szacunku. Jak wy tego nie robicie, to ja muszę. Nie wiedzą, co to cingulum, tribulum, humerał. Nawet katafalku nie umieli zestawić prawidłowo.

– Czy tobie rozum odjęło? A po co ministranci, i to mali, mają katafalk zestawiać? To, zdaje się, twoje zadanie, nie?

– I co z tego? Mają znać, bo jakby mnie nie było, to co wtedy?

– Wikary się zajmuje ministrantami, nie ty. Rozumiesz? To się nie wtrącaj. Ty będziesz zbiórki im robił, uczył ich, w piłkę grał, wycieczki organizował, ty?

– Z jakiej racji, ja mam swoje obowiązki.

– I bardzo dobrze. To się nie wtrącaj i nie psuj mu roboty.

Reklama

– Ale zakrystia to mój teren i nie dopuszczę do posługi niedouczonych.

– Wiesz co? Ja cię jednak miałem za mądrzejszego. Idę, bo jeszcze chwila z tobą i apopleksji dostanę albo ataku woreczka żółciowego. Co za uparty osioł. Czyś ty aby nie ze Żmudzi?

– Skąd? Ja tutejszy, z dziada pradziada.

– Widać w takim razie, że to nie tylko żmudzka przypadłość. Tak czy inaczej, masz z wikarym dojść do porozumienia, chłopców przyjąć i nie cudować, bo cię na Franka wymienię.

Dopiero się zaczęło. Najpierw cisza. Taka, jakby wszystko na sekundę zamarło i nawet nikt nie oddychał, a potem piorun jasny strzelił w kościelnego. Najpierw cisnął kluczami od kościoła o stół, aż szyby zadzwoniły w plebanii, a potem czapką o ziemię.

– To tak, jego mać. Po tylu latach na Franka? Tego złodzieja i pijaczynę? Mnie na Franka? A kto nocami odławia ryby proboszczowi ze stawów? Mnie, poważnego kościelnego, na takiego? Na Franka? Wszystkiego mógłbym się spodziewać, tylko nie wdzięczności od proboszcza, ale czegoś takiego... – I zaczął płakać, ale tak żałośnie, jakby mu wszystko pomarło od razu, a on sam został na ziemi jak palec. No po prostu żywemu Bogu jak skrzywdzone dziecko.

Reklama

– Co mnie, cholera jasna, podkusiło z tym Frankiem wyjeżdżać? Uspokoić go nie mogłem. Naobiecywać mu musiałem, żeby go udobruchać, i to wszystko przez ciebie. Co z ciebie za chłop, że sam nie możesz sprawy załatwić, tylko do proboszcza lecisz. Nie przychodź mi tu więcej z takimi bzdetami. Trzeci dzień mnie wątroba boli. Przez was. A Frankowi drugiego kulasa przetrącę, powiedz mu. Wczoraj go znowu widziałem nad stawem.

Niemiło. Czuję się trochę winny całej tej awantury i nie mam żadnej satysfakcji. Chłopcy wprawdzie dopuszczeni do służenia przez majestat najwyższego pana kościelnego, ale kwas pozostał. Chwała Najwyższemu, nic tu jednak nie trwa długo – ani euforia, ani nieporozumienia czy waśnie. W końcu codziennie tyle się dzieje, że następne przykrywa to wcześniejsze i żyjemy już nowymi emocjami i sprawami. Kto by tam wracał do dawnych scysji czy awantur, nawet jak na bieżąco obfitość zdarzeń prowokuje i ponosi. Na widoku, prawie na progu, Adwent i Roraty. To teraz zaprząta całą uwagę, nie licząc wczesnych, całkowicie niespodziewanych przymrozków, które, ku zmartwieniu proboszcza, zwarzyły wszystkie grzyby w lesie. Sezon zapowiadał się długi i obfity. Proboszcz miał już naszykowane koszyki na zieleniatki, a tu klops.

– Rok zmarnowany. No cóż, pewnie można było wcześniej, a nie zwlekać do ostatniej chwili. Chociaż z drugiej strony, co to szkodziło komu poczekać z tym przymrozkiem jeden dzień. Przebacz, Panie, głupie myśli, ale zieleniatek i tak żal. Żebyś – mówi mi w tym samym ciągu – miał przygotowany plan na jutro. Co się patrzysz jak ciele na malowane wrota? Sztab jest, o Adwencie radzimy. Twoja działka to Roraty. Co, jak z lampionami, oprawą liturgii, kto mówi, procesja, przy którym ołtarzu, jakaś zachęta i w ogóle. W tamtym roku były składane serduszka z dobrymi uczynkami, a teraz co? Dekoracja nowa by się przydała. Z panną Skotnicką się naradź i przedstawisz, co i jak. To trzeba wcześniej wiedzieć, żebyśmy mieli nad czym radzić. Spodziewam się, że dodasz coś nowego, a nie zawsze to samo. Nie za długo mów, bo spraw jest dużo, a nie będziemy nad tym ślęczeć cały dzień. No...

Wydawało się, że ma jeszcze coś dopowiedzieć, bo gestykulacja trwała, ale się chyba rozmyślił. Dziwnie to wyglądało, jakby oglądało się tańczących bez słyszenia muzyki. Wreszcie i ręce umilkły, opadły po bokach wydatnego proboszczowskiego brzucha. Patrzył pytająco, ale wydawało mi się, że odrobinę zaczepnie, więc choć miałem wątpliwości odnośnie do tych nowych obowiązków, uznałem, że pewnie lepiej zaczekać na sposobniejszą chwilę. I z takim obopólnym niedosytem poszliśmy każdy w swoją stronę.

2025-11-04 13:44

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Trzy pokolenia

Dzisiejszy bohater ma kilka lat, płową czuprynę, rozważne spojrzenie i rozbrajający uśmiech – pół na pół mleczaki i miejsca na nowe zęby. Biega z psem po łąkach w jakichś tylko sobie wiadomych sprawach. Tego dnia zapuścili się jeszcze dalej, pod sam kanał. Pies się wytaplał, bo jego przodek pewnie był z tych, co to brodzą z upodobaniem po każdej wodzie – kałuży, bagnie czy jeziorze. Pies co chwilę się otrząsa z wody i błota. Obaj wyglądają więc nieszczególnie. Wracają prędko, skrótem, żeby tylko było szybciej. Ale tą drogą muszą przejść przez dosyć ruchliwą trasę. Rozważnie zatrzymują się na skraju. Chłopiec rozgląda się na wszystkie strony, tłumaczy coś psu i w odpowiedniej chwili ruszają biegiem przez jezdnię. Dobiegają szczęśliwie na drugą stronę drogi. Pies jednak, jakby sobie coś przypomniał, wraca na środek jezdni i obwąchuje jakiś ślad. Mały go woła coraz głośniej. Pokazuje wyciągniętą ręką, że nadjeżdża samochód, krzyczy na niego, tupie nogą. Pies tylko na małą chwilę podnosi głowę, patrzy na niego i wraca do przerwanej czynności. Chłopiec denerwuje się coraz bardziej, coraz głośniej woła i zaklina, ciągle pokazuje oburącz na zbliżające się niebezpieczeństwo. Na nic. Samochód trąbi raz i drugi, pies jakby w ogóle nie słyszał. Kierowca zaczyna hamować z piskiem opon i wtedy chłopiec wbiega na jezdnię, porywa psa za głowę i wlecze na skraj drogi, bo podnieść go nie daje rady. Kierowca opuszcza szybę, wyzywa obu, grozi im i odjeżdża. Malec zbiega do przydrożnego rowu, płacze i coś tłumaczy psu, mocno gestykulując. Ten słucha, nieśmiało kiwa ogonem, w końcu podchodzi i liże chłopca po twarzy po tych łzach strachu, trwogi i ocalenia.
CZYTAJ DALEJ

Indie: 60. hindustycznych aktywistów groziło Siostrom Salezajnkom

2026-07-15 13:23

Pixabay

Tłum aktywistów miał grozić Siostrom Salezjankom

Tłum aktywistów miał grozić Siostrom Salezjankom

- Prześladowania grupy katolickich zakonnic w indyjskim stanie Bengal Zachodni są przejawem narastającej wrogości wobec chrześcijan po przejęciu władzy przez ugrupowanie prohinduskie - oceniła All India Catholic Union (AICU), jedna z najstarszych świeckich organizacji katolickich w Indiach.

Do incydentu doszło 12 lipca w klasztorze Sióstr Salezjanek (Zgromadzenie Córek Maryi Wspomożycielki- FMA) w dystrykcie North 24 Parganas. Około 60 hindustycznych aktywistów miało wtargnąć na teren placówki i grozić zakonnicom przemocą, domagając się rozbiórki powstającej kaplicy oraz cmentarza.
CZYTAJ DALEJ

Lipcowy szczyt pielgrzymkowy na Jasnej Górze

2026-07-16 17:15

[ TEMATY ]

Jasna Góra

lipcowy szczyt pielgrzymkowy

Julia Czernik

Szli w intencji rodzin, chorych, o nowe powołania kapłańskie, pokój oraz za Ojczyznę, w duchu hasła tegorocznego programu duszpasterskiego „Uczniowie-misjonarze”. Na Jasną Górę dotarły diecezjalne i parafialne pielgrzymki piesze na odpust Matki Bożej z Góry Karmel 16 lipca. To pierwszy wakacyjny tzw. szczyt pielgrzymkowy 2026.

„Najstarsza w tym gronie”, bo 157., Piesza Pielgrzymka z Piotrkowa Trybunalskiego z archidiecezji łódzkiej dotarła już we wtorek, 14 lipca. Przyszło 750 pątników w trzech grupach: maryjnej, patriotycznej i papieskiej. Przeszli ponad 100 km, modląc się o nowe powołania kapłańskie oraz o dobre i trwałe małżeństwa. Wśród Piotrkowian szedł łódzki biskup pomocniczy Zbigniew Wołkowicz. - Jest to też piękne doświadczenie, bo często widzieliśmy biskupa niosącego tubę na swoich ramionach, siedzącego razem z nami na karimacie. To była okazja do dłuższych rozmów z pasterzem. To jest ważne doświadczenie dla wiernych - mówił jeden z pątników.
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

REKLAMA

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję