Łukasz Krzysztofka: W Orszaku Trzech Króli, który wyruszy 6 stycznia spod pomnika Kopernika na Krakowskim Przedmieściu, wcieli się Pani razem z mężem Pawłem i synkiem Lesiem w rolę Świętej Rodziny. Czym będzie dla Pani odegranie roli Matki Bożej i udział w tych największych ulicznych jasełkach?
Magdalena Nowicka: Wielką przygodą i wyzwaniem, bo nieustannie poznaję Maryję. Przez całą swoją młodość i wczesne dorosłe życie, a nawet do dzisiaj nie jest to postać, którą bym się zajmowała często. Oczywiście modlę się do Maryi, ale nie zagłębiam się szczegółowo w Jej historię, Jej gotowość oraz obecność. Jednak już w zeszłym roku zaczęłam odkrywać coraz głębiej postać Maryi i tegoroczny orszak to jest właśnie przygoda i możliwość poznania Jej bliżej.
Jak cała rodzina to przeżywa? Czy da się wyczuć szczególną atmosferę w domu przed orszakiem?
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Entuzjazm jest ogromny i pozostała czwórka naszych dzieci bardzo się cieszy. Wszyscy są bardzo szczęśliwi. To też jest dla nich duża atrakcja i przygoda zobaczyć potem rodziców w szczególnej roli i mieć pamiątkę naszego udziału.
Czy we wcześniejszych latach braliście udział w orszaku?
Reklama
Braliśmy udział rok temu, zaproszeni do roli Świętej Rodziny Brzemiennej, ja byłam wtedy na początku dziewiątego miesiąca ciąży, szliśmy Traktem Królewskim z osiołkiem. W tym roku już w lecie było pierwsze zapytanie, czy byśmy nie przemyśleli naszego udziału. A we wrześniu pytanie, czy tego samego Lesia, którego wtedy niosłam pod sercem i kiedy warszawiacy pytali, czy ten brzuch jest prawdziwy, gdy szłam Krakowskim Przedmieściem z moim mężem, teraz będzie można zobaczyć. Dla nas jest to uzupełnienie tamtej historii.
Od 12 lat należycie do Drogi Neokatechumenalnej przy klasztorze paulinów w Warszawie. Dlaczego właśnie neokatechumenat?
To był mój pomysł. Szukałam w Kościele formacji, która jest bardzo głęboka, na poważnie i angażuje. Pochodzę z rodziny, w której moi rodzice przez wiele lat również należeli do neokatechumenatu. Przez moje całe dzieciństwo to zapamiętałam. Dzisiaj jesteśmy na Drodze dlatego, że sami doświadczyliśmy, iż to jest nasza droga i że Bóg działa w naszym życiu. Kryzys, przez który nas Bóg przeprowadził zwycięską ręką, kolejne dzieci, to, że się uczymy wspólnej modlitwy, że sobie możemy przebaczać i dbać o siebie. Każde nasze dziecko było wielką radością, było poczynane i urodziło się w ważnym dla nas momencie. Bo każde z nich jest lustrem naszej historii.
Były chwile, kiedy Bóg pozwalał odczuć, że jest i troszczy się o was?
Reklama
Było co najmniej kilka takich spektakularnych momentów. Dwa lata temu, kiedy wisiały już na włosku nasze finanse, różne rzeczy się działy i wiedzieliśmy, że jeszcze miesiąc, dwa... Pamiętam, jak wołaliśmy do Boga, że tylko On nas może uratować. Okazało się niebawem, że przyszły duże pieniądze, których się nie spodziewaliśmy. Przyszło też zlecenie pracy dla męża. Dosłownie tydzień czy dwa wcześniej oddawaliśmy ostatnie pieniądze, pozbywając się wszystkiego i wiedzieliśmy, że teraz to już tylko przed nami przepaść i może nas jedynie Bóg na swoich skrzydłach przeprowadzić.
I przeprowadził...
Tak. To pokazało mi, że Bóg zawsze o nas dba niezależnie od tego, co się dzieje. Mieliśmy też bardzo duży kryzys małżeński po dwóch czy trzech latach małżeństwa, który mógł się zakończyć rozwodem. Mieliśmy wtedy jedno dziecko. Oboje dużo pracowaliśmy. Prowadziliśmy bardzo bujne, rozrywkowe życie. Nasze drogi zaczęły się rozchodzić już tak na dobre. To jest chyba najmocniejsza historia, w której widzimy działanie Boga, bo wtedy też oddaliśmy Mu wszystko. Byliśmy w zupełnej ciemności, doszczętnie na gruzach. Nasza rodzina też nie wierzyła już, że uda nam się pozbierać. A w Kościele i na Drodze Neokatechumenalnej od braci ze wspólnoty dostawaliśmy bardzo duże wsparcie i modlitwę, Słowo od Boga, liturgię, a przede wszystkim przebaczenie sobie i wzajemną miłość. Każde nasze dziecko poczynało się w takim okresie, kiedy widzieliśmy, że nam Bóg błogosławi. Ale nie tak po ludzku, że daje samochód, dom, pracę, pieniądze, tylko błogosławi, że jesteśmy szczęśliwi tu, gdzie jesteśmy.
U Boga nie ma przypadków.
Reklama
Jestem o tym przekonana. Dla mnie to też jest znak, że nasza historia nie jest przypadkowa. Jestem osobą, w której jest dużo niecierpliwości, łatwo wpadam w gniew na dzieci, potem za to biję się w sumieniu, że nie jestem dobrą mamą. Zaczęłam to oddawać Bogu, wołać do Niego w chwili, kiedy przychodzi fala złości na dziecko, bo nie słucha, nie jest takie, jak nam się wydaje, że powinno być. Wołam modlitwą Jezusową: „Jezusie, Synu Dawida, zmiłuj się nade mną, bo jestem grzesznikiem”. Wołam w zupełnym oddaniu, że tylko to mnie może uratować, już nic innego, na pewno nie moje mądre poradniki albo dobra wola – i przychodzi wielki pokój. Mam doświadczenie, że to w macierzyństwie ratuje moją relację, a 10 lat macierzyństwa walczyłam z takimi porywami.
Co jest dla Pani największym umocnieniem w trudnych chwilach?
Słowo Boże, zwłaszcza z dnia. Bóg przecież do nas mówi w różnych wydarzeniach, drugim człowieku, ale mówi też w Słowie. Na każdy dzień Kościół przygotował liturgię Słowa, także Brewiarz z psalmami, więc to jest miejsce, gdzie ja, kiedy już jestem w zupełnej ciemności, szukam ratunku. Od tego staramy się z mężem zaczynać dzień, żeby zrobić Jutrznię, przeczytać Słowo z dnia, na papierze, nie w telefonie. Chcemy przed oczami mieć to Słowo, usłyszeć co dzisiaj Bóg do mnie mówi, jakie jest to natchnienie, co mnie będzie popychało do działania, co mi pomoże przetrwać, jeżeli to jest jakiś trudny okres.
Łatwiej przeżyć później dzień ze Słowem Bożym?
Łatwiej, chociaż myślę, że nie dlatego jesteśmy w Kościele i nie dlatego chcemy żyć z Bogiem, żeby nam było łatwiej, albo żeby mieć pocieszenie, tylko żeby naprawdę być szczęśliwym i spełnionym w miłości Chrystusa. Żeby czuć spełnienie, zadowolenie z każdego dnia, wiedzieć, że królestwo Boże już nadeszło. Chodzi o to, aby żyć dniem dzisiejszym, chwilą obecną, a nie ciągle myśleć, że będzie lepiej, jak się coś poprawi, jak dzieci się będą słuchać, mąż się zmieni, zarobimy dużo kasy, ktoś wyzdrowieje, czyli, że coś Bogu nie wyszło i powinno być inaczej, według mojego planu. Staram się przestawić swoje myślenie na to i każdy dzień zaczynać od wołania do Boga, żebym w tym dniu była zadowolona i szczęśliwa w tym miejsca, gdzie dziś jestem.
