Jej historia jest bardzo bolesna, a zarazem poruszająca. Bolesna, bo już na życiowym starcie zamiast rodzinnego ciepła otrzymała wiele deficytów i trudnych doświadczeń. W jej świadectwie jest jednak nadzieja, bo pokazuje ono, że Pan Bóg może wyprowadzić człowieka z każdej beznadziejnej sytuacji, otoczyć ojcowską miłością i nadać jego życiu zupełnie nowy, głęboki sens.
– Urodziłam się w niepełnej rodzinie. Wychowywałam się bez ojca, a moja ziemska mama była alkoholiczką. Dorastałam w biedzie, w domu, w którym była przemoc, w poczuciu odrzucenia, osamotnienia, lęku, wstydu, bez poczucia bezpieczeństwa, bez nadziei – wspomina kobieta. – Moja mama nie okazywała mi czułości, troski, miłości. Nie mówiła, że mnie kocha, nie przytulała. Biła, straszyła oddaniem do domu dziecka. To raczej ja opiekowałam się nią, nie ona mną. Zmarła w 1991 r. Miałam wtedy 10 lat... Jak mówi, nikt wtedy nie wytłumaczył jej, co to jest śmierć, nikt również nie zainteresował się jej dziecięcymi uczuciami. Musiała poradzić sobie z tym sama. Po śmierci mamy opiekę nad dziewczynką przejęli dziadkowie. – Babcia była dobra, gotowała, prała. Po prostu była. Do babci można było się przytulić, choć sama z siebie nie przytulała. Z dziadkiem nie miałam już tak dobrych relacji. Babcia zmarła w 1997 r., a dziadek 3 lata po niej.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Reklama
W wieku 12-13 lat zaczęła chodzić na scholę dziecięcą w swojej parafii i na oazę. Dziś uznaje to za łaskę od Boga. – Na oazie zdobywałam wiedzę o Bogu, śpiewałam o Nim piosenki, ale nie czułam się przez Niego kochana. Traktowałam Go jako postać historyczną. Wiedziałam, że Jezus był, kim był, wiedziałam, co zrobił – i tyle. Wydawało mi się, że wiedza to wiara. Chociaż – tak nie było, ale to był dobry początek – zauważa Anna. Wkrótce usłyszała słowa, których nigdy wcześniej od nikogo nie słyszała. – Po jednym ze spotkań oazy poszłam z koleżanką na spacer. Kiedy już miałyśmy się rozstać, ona do mnie powiedziała: „Aniu, Jezus cię kocha”, na co zareagowałam śmiechem. Mechanizm obronny zadziałał – automatycznie to wyparłam. Po raz pierwszy w życiu, w wieku 15 lat, usłyszałam, że ktoś mnie kocha. Nigdy wcześniej nie słyszałam tego od nikogo – wyznaje.
Jak mówi Anna, kompletnie nie była wtedy gotowa, aby usłyszeć takie słowa. Gdy po spacerze rozstała się z koleżanką, usłyszała dwa głosy. – Jeden głos mi mówił: „Boga nie ma. Gdyby był, miałabyś tatę. Gdyby Bóg był, twoja mama by nie umarła. Gdyby Bóg był, miałabyś co jeść”. Drugi głos mówił w podobnym tonie: „Bóg cię nienawidzi, dlatego nie masz ojca. Bóg cię nienawidzi, dlatego umarła twoja mama. Bóg cię nienawidzi, dlatego nie miałaś co jeść”. Te dwa głosy były bardzo agresywne, wprowadzały we mnie lęk, smutek, bezradność, nie umiałam z nimi walczyć. Ale był też trzeci głos – rozbrzmiewał we mnie w środku. Był przeciwieństwem tamtych, bo mówił: „Jezus cię kocha. Jezus cię kocha. Jezus cię kocha”. Ten głos wnosił pokój, ciepło, poczucie bezpieczestwa. Był bardzo cichy, a zarazem pewny. Kiedy mu się przysłuchiwałam, chciałam przy Nim być. Czułam, że jest dobry, ale te dwa głosy mi Go zagłuszały – wspomina Anna.
Reklama
Nie czuła się kochana przez Boga, tymczasem przyjaciele z oazy powtarzali jej, że On ją kocha. Ta sytuacja sprawiła, że około miesiąca pozostawała w poczuciu totalnej beznadziei. Do czasu rekolekcji, na które przyjechał pewien kapłan ze świeckimi ewangelizatorami. – Poszłam na to spotkanie ze znajomymi z oazy. Podeszła do mnie jedna z koleżanek i zapytała, czy wiem, jaki jest temat pierwszego spotkania. Kiedy odpowiedziałam przecząco, powiedziała: „Bóg kocha ciebie dziś”. Zagotowało się we mnie, podjęłam decyzję: wychodzę. Wstałam, ale w tym samym czasie wchodzili kapłan i ewangelizatorzy, śpiewając piosenkę: „Jezus kocha ciebie dziś. Czy o tym wiesz? On na Krzyżu zniszczył grzech, bo kocha cię. Otwórz tylko serce swe i pozwól Mu wejść. Jezus kocha ciebie dziś. On kocha cię”. Gdy wychodziłam, nagle stanęłam przed jednym z ewangelizatorów. On się uśmiechnął i zapytał: „Cześć, jak mogę ci pomóc?”. Odpowiedziałam: „Ja w to wszystko nie wierzę”. Wtedy zaproponował, żebym została i że po spotkaniu porozmawiamy. Zostałam.
Reklama
– Po spotkaniu podszedł do mnie Karol, tak jak obiecał. Powiedziałam mu o wszystkim, o głosach, które pojawiły się w mojej głowie. On wyciągnął Pismo Święte i zaczął czytać: „Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał...”. W tym momencie zamknęłam mu księgę i powiedziałam: „ Ja to znam, chodzę na oazę i śpiewam w scholi. Znam ten tekst. Daj mi Go, daj mi Go dotknąć, gdzie On jest?...” – wspomina Anna. Wtedy uśmiechnął się i zaprowadził ją do pokoju w internacie, gdzie odbywały się dodatkowe spotkania i gdzie nocowali ewangelizatorzy. Poprosił koleżankę ewangelizatorkę. – Zapytali, czy wiem, co to jest modlitwa wstawiennicza. Odpowiedziałam, że wiem, choć nie wiedziałam. Poprosili, żebym usiadła na krześle, i zapytali, czy mogą położyć na mnie ręce. Wyraziłam zgodę, a wtedy zaczęli się modlić. W tym czasie zamknęłam oczy i zobaczyłam jakby środek mojej duszy. Porównuję to do worka od ziemniaków – szaroczarne, porozrywane. To śmierdziało. W pewnym momencie Karol pochylił się nade mną i powiedział: „Poproś Boga teraz, o co chcesz, a On to spełni”. Mówi się, że jak spada się ze schodów, to nagle całe życie staje przed oczami. U mnie tak się stało: ogromna ilość pieniędzy, ładny biały domek, samochód, piękna pełna rodzina. Jeszcze bardziej zamknęłam swoje oczy i powiedziałam: „Boże, jeżeli naprawdę istniejesz, to udowodnij, że mnie kochasz”. I On przyszedł... – wyznaje kobieta.
Jej udziałem stało się niezwykłe duchowe doświadczenie. Tak je opisuje: – Od czubka głowy, przez dosłownie całe ciało, zaczęła mnie zalewać fala gorąca. Czułam się kochana, przyjęta, zauważona, ważna, godna, wyjątkowa. To cały czas we mnie się wlewało. Nie było końca. Zaczęłam płakać ze szczęścia i z przekonania, że jestem ukochaną córeczką, ukochanym dzieckiem. Miałam poczucie, że zostałam włożona do środka Bożej miłości, zwinięta jak dziecko w łonie mamy i tam przyszło mi zrozumienie, że byłam zaplanowana, chciana, oczekiwana, upragniona. Tam było mi pokazane, że byłam kochana od zawsze, że miłość Boga nie ma początku ani końca. Zalewała mnie Jego miłość, a jednocześnie jakby była wlewana we mnie wiedza o Jego miłości do mnie. Zrozumiałam, że te dwa głosy kłamią, one zniknęły i nigdy więcej nie wróciły. Zobaczyłam raz jeszcze swoją duszę: była bielutka – takiej bieli nie widziałam nigdzie na ziemi. Oni przestali się modlić i zapytali, jak się czuję. A ja, zalana łzami, powiedziałam: „Jezus mnie kocha”. To już nie była wiedza, to było doświadczenie, które nigdy się nie zmieniło ani mnie nie opuściło.
Reklama
Miłość Boga, której Anna doświadczyła podczas modlitwy wstawienniczej, zmieniła jej życie. – Przestałam patrzeć na siebie jak na sierotę. Bóg przywrócił mi godność dziecka Bożego. Od tamtej pory nigdy nie czułam się sama, opuszczona, niekochana, gorsza od innych – wyznaje. Dziś jest szczęśliwą osobą, z poczuciem własnej wartości i godności... i ewangelizuje, a sens jej życiu nadaje Duch Święty. – Jestem ewangelizatorką, idę tam, dokąd Bóg mnie posyła. Jeżdżę na rekolekcje, świadczę o Bogu i o tym, co On uczynił w moim życiu. Świadczę o Nim w pociągu, na ulicy czy w sklepie. Bywa, że przyjeżdżam na zaproszenie do kościołów i tam daję świadectwo. Modlę się o uzdrowienie za moje siostry i braci w Chrystusie – opowiada Anna. – Sens mojemu życiu nadaje Duch Święty, który prowadzi mnie w nieznane. I słowo Boże. Nie wyobrażam sobie życia bez Pisma Świętego. Bóg oczyszczał i oczyszcza mnie przez swoje słowo, gruntował i gruntuje mnie, zapewniał i zapewnia mnie o swej miłości. Przez czytane przeze mnie słowa Pisma Świętego wprowadził ład i pokój do mojego życia. Dzięki Jego słowu coraz bardziej poznaję, jak Jezus Eucharystyczny działa we mnie i mieszka we mnie ze swoją miłością i z mocą. Poznaję coraz większą wartość i piękno, jakie są w Nim.
„Chcę ci powiedzieć, że jesteś pragnieniem i marzeniem Boga. Najpierw urodziłeś się w Jego Sercu, a w dzień twojego przyjścia na świat świętowało całe niebo. Nawet jeśli przeszedłeś w swoim życiu dużo trudności, nosisz w sobie zranienia i czujesz się niekochany, zobacz – teraz jednak to czytasz, bo żyjesz, bo nikt nie był w stanie zgasić w tobie tej miłości i światła Chrystusa, które ogarnęło cię w dniu twojego poczęcia. Jesteś cudem w Jego oczach i nigdy nie byłeś, nie jesteś i nie będziesz sam. Bo Jezus opuścił niebo, aby być z tobą. On przyszedł na ten świat dla ciebie. Amen”.
Modlitwa ułożona przez Annę, bohaterkę tekstu
