Dziś ten egzemplarz Biblii dla małżonków z Gorzowa Wlkp. ma szczególną wartość. Przypomina zarówno o formacji w Ruchu Światło-Życie w gałęzi Domowego Kościoła, jak i o pełnych Bożej łaski latach małżeństwa. 6 stycznia minęło 66 lat, od kiedy powiedzieli sobie sakramentalne „tak” przed Panem Bogiem. Miało to miejsce w uroczystość Objawienia Pańskiego 1960 r. Ta data symbolicznie przypomina, że ich małżeństwo ma nieustannie prowadzić ku Chrystusowi.
Księga na całe życie
Reklama
W Niedzielę Słowa Bożego, ustanowioną przez papieża Franciszka, przybliżamy okoliczności spotkania Alicji i Henryka Czaińskich z ks. Franciszkiem Blachnickim podczas oazy w Krościenku nad Dunajcem, której pamiątką jest dedykacja z podpisem założyciela Ruchu Światło-Życie. Życie małżeńskie i rodzinne państwa Czaińskich jest świadectwem, że wpis: „Uczyńcie to Słowo słowem życia” potraktowali jako dewizę życiową. – Do ruchu należeliśmy już wcześniej w Gorzowie, przy katedrze. Prowadził nas ks. Edward Welzandt. Spotykaliśmy się często. Po pewnym czasie przewodnik naszej grupy oazowej Tadeusz Szadkowski zaproponował nam w 1981 r. wyjazd na oazę do Krościenka nad Dunajcem, siedziby Ruchu Światło--Życie – wspomina Henryk Czaiński. – To była oaza ogólnopolska, uczestnicy przyjechali m.in. z Torunia czy Łodzi. Byliśmy podzieleni na grupy. Opiekunką naszej grupy była s. Jadwiga Skudro (1914 – 2009). Była bardzo światłą kobietą, znała papieża Jana Pawła II. W tym czasie w Krościenku było nas bardzo dużo. Mieszkaliśmy w różnych częściach miejscowości. Codziennie spotykaliśmy się wszyscy razem na Kopiej Górce na wieczornej Mszy św. – mówi. – Wchodziliśmy tam pieszo. Kiedy patrzyło się z daleka, widać było grupki ludzi idących z różnych stron. To robiło ogromne wrażenie, jakby cały Kościół był w drodze – opowiada pan Henryk. Codzienność oazy miała swój rytm: wspólne posiłki, spotkania w grupach, modlitwa, a przede wszystkim codzienna Eucharystia na Kopiej Górce.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Spotkanie, które zapamiętaliśmy na zawsze
Reklama
– Któregoś dnia przyszedł do naszej oazy, do miejsca, gdzie na co dzień formowaliśmy się i nocowaliśmy, ks. Franciszek Blachnicki. Rozmawialiśmy na stołówce. Miał ze sobą egzemplarze Pisma Świętego, a my dostaliśmy od niego jeden. Na pamiątkę zostawił osobistą dedykację – cieszy się pan Henryk, który miał też okazję zamienić z założycielem Ruchu Światło-Życie kilka słów. Wspomina, że ks. Blachnicki rozmawiał ze wszystkimi swobodnie, bez dystansu. To były zwyczajne spotkania, ale pełne ciepła. – Ksiądz Franciszek był wspaniałym człowiekiem: pełnym miłosierdzia, bardzo wesołym, rozmownym. On był taki swój, kochał ludzi, kochał nas wszystkich. Ks. Blachnicki cieszył się też obecnością naszej córki, która miała wtedy 9 lat – dodaje pani Alicja Czaińska. – Dzieci, które miały już ponad 10 lat, brały udział w oazie dziecięcej, która odbywała się „po sąsiedzku”. A nasza córka była z nami – wyjaśnia małżonek. Była też okazja spotkać sługę Bożego po Mszy św. – Był zwyczaj, że ksiądz po Eucharystii wychodził zamienić kilka słów. Pamiętam ks. Blachnickiego bardzo wyraźnie. Był szczupły, skromny, zamyślony, miał wtedy na sobie czarną koszulę z krótkim rękawem. Zapytał, jak się czuję, jak przeżywamy oazę. To była życzliwa rozmowa – wspomina pan Henryk. Osobiste spotkanie z ks. Franciszkiem Blachnickim było jednym z najważniejszych momentów oazy 1981 r. Państwo Czaińscy z tamtego czasu zachowali nie tylko dedykację sługi Bożego, ale również s. Jadwigi Skudro. Napisała: „Niech słowo Boże będzie waszym światłem i siłą”. To zdanie stało się streszczeniem ich życia. Potwierdza to córka, która uczestniczyła wraz z rodzicami w pamiętnej oazie 1981 r.: – Byłam wtedy z rodzicami w Krościenku, gdy przeżywali oazowe spotkanie pierwszy raz z ks. Blachnickim. Nie pamiętam wiele, ale myślę, że całe ich późniejsze życie, pełne problemów i trudnych doświadczeń rodzinnych, jak opieka nad schorowanymi rodzicami czy odejście do wieczności rodzeństwa taty, było oświecone przez Pana: przez to ziarno, które tam wtedy zostało rzucone – wspomina Anna Czaja, córka państwa Czaińskich. – Rodzice nigdy nie narzekali, przyjmowali wszystko w prostocie, z wiarą, że kolejne doświadczenia przejdą z Panem. Mama zawsze z Różańcem, tata z pokorną mądrością. Patrzę na ich życie, jak na wypełnienie misji ks. Blachnickiego. Rodzice są jakby jego dziećmi. Dziś zmagają się z niedomaganiem ostatniego etapu życia, ale nie narzekają. Pan Bóg daje im przeżywać to razem i to jest cud, są dla mnie wielkim świadectwem – podkreśla p. Anna.
Z Sybiru do Polski
Historia pana Henryka sięga jednak jeszcze dalej. Jest zesłańcem Sybiru. Jego ojciec Stanisław Czaiński (1895 – 1985) był leśniczym w województwie nowogródzkim. W 1920 r. brał udział jako ochotnik w obronie Warszawy przed najazdem bolszewickim. Po zakończeniu I wojny powrócił do pracy w administracji Lasów Państwowych dyrekcji wileńskiej. W nocy z 9 na 10 lutego 1940 r. pan Stanisław wraz z rodziną, czyli żoną i 2 synami, m.in. Henrykiem, został aresztowany, a następnie wywieziony z innymi leśnikami do obozu Zielony Bór, znajdującego się na północ od Wołogdy. W czerwcu 1941 r. ojciec pana Henryka został wraz z innymi mężczyznami niespodziewanie aresztowany i bez procesu sądowego osadzony w więzieniu w Wołogdzie. Więźniowie zostali na szczęście zwolnieni po zawarciu układu Sikorski-Majski. W trakcie II wojny Stanisław Czaiński został wybrany mężem zaufania i kierownikiem ewakuacji Polaków. Podróżując drugim transportem wraz z rodziną, został zatrzymany przez władze radzieckie i skierowany – zamiast na południe – na wschód na Syberię: przez Omsk, Nowosybirsk, a następnie przez Barnaul do Kraju Ałtajskiego i do sowchozu koło Gordiejewa. Tam pracował jako robotnik przy pracach polowych, a następnie jako taksator przy urządzaniu okolicznych lasów. Starszy syn Janusz wspominał, że przez 3 lata nieraz widział ojca na granicy śmierci z powodu głodu. – Byliśmy tam jako rodzina – wspomina pan Stanisław. – Mój brat, jeszcze jako młody chłopak, pasł krowy na wielkich przestrzeniach Syberii. Tam uszkodził kręgosłup i został inwalidą. Po powrocie do Polski z determinacją ukończył liceum i farmację, a następnie został kierownikiem apteki szpitalnej w Kostrzynie – dodaje. W 1946 r. Czaińscy całą rodziną powrócili w kilkutygodniowej podróży koleją do Polski. Pan Henryk miał wtedy 4 lata. Ojciec Stanisław niedługo potem został przyjęty do pracy jako taksator w Dyrekcji Lasów Państwowych Okręgu Lubuskiego w Gorzowie. To tu – w Gorzowie Wlkp. – dorastał młody Henryk, poznał żonę i do dziś tu mieszkają.
To nie tylko jednorazowe przeżycie
Formacja oazowa, w której państwo Czaińscy trwali przez wiele lat, wydała konkretne owoce. Przede wszystkim pogłębiła więź małżonków i całej rodziny z Panem Bogiem oraz ugruntowała związek ze wspólnotą: – Ruch Światło-Życie zmienił cały mój system myślenia, spojrzenie na świat i przywiązanie do Kościoła. I tak to pięknie trwa przez całe lata – zaznacza Henryk Czaiński. – Nasze życie jest umocnione charyzmatem Ruchu Światło-Życie. Ile przeżyliśmy w naszym mieszkaniu! Ile ludzi się tu przewinęło! Nie mogliśmy się pomieścić! Tu były też spotkania naszego kręgu Domowego Kościoła – dodaje pani Alicja. – Było nas w oazie ok. 10 rodzin. Co miesiąc mieliśmy spotkanie u kogoś innego w mieszkaniu – wyjaśnia pan Henryk. Były też trudne momenty związane z działalnością religijną: – W czasie stanu wojennego, podczas spotkania oazowego w mieszkaniu niedaleko katedry, wtargnęli funkcjonariusze UB i kazali nam się rozejść. Takie były czasy – wspomina pan Czaiński. Małżonkowie od wielu już lat należą do parafii Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski w Gorzowie Wlkp. Formacja oazowa zaowocowała na różnych płaszczyznach życia. Dziś ich córka jest aktywna w życiu Kościoła, formując się na Drodze Neokatechumenalnej. W pierwsze soboty miesiąca miejscowy wikariusz ks. Bartosz Warwarko odwiedza panią Alicję i pana Henryka z posługą sakramentalną, udzielając Komunii św. Wspominając całokształt zaangażowania we wspólnotę Kościoła, małżonkowie zgodnie stwierdzają: – To były cudowne czasy: tyle miłości i tyle otwartości miał jeden do drugiego.
