Reklama
Człowieka trzeba wychowywać – takie przekonanie żywiono już w czasach greckich, a więc u początków kultury Zachodu. Dzisiaj często zderzamy się z problemem zarówno niemocy wychowawczej, jak i bezsensu wychowania. Skąd się to bierze? Może stąd, że wychowanie przekształciło się w indoktrynację? A może stąd, że wielu, w tym nauczycieli, ma problem ze zrozumieniem natury ludzkiej? I proces ten będzie postępował, ilekroć odrzucimy chrześcijańską myśl, która widzi w człowieku jedność duszy i ciała. Jedność stworzoną na obraz Boży. Poniesiemy wychowawcze fiasko, jeśli uwierzymy niektórym ateistom, że człowiek jest jedynie zbiorem genów. A ponieważ dziś genami można sterować, wszelkie wysiłki zmierzające do uczynienia człowieka kimś lepszym są działaniem nie tyle moralnym, ile jedynie technicznym. Ci, którzy podzielają ten pogląd, wykonują także zawód nauczyciela. Są wśród nich zarówno świadomi wiary katolicy, jak i wojujący ateiści, są konserwatyści i lewicowcy. To oczywiste, że będą oni wychowywać swoich uczniów zgodnie z własnymi przekonaniami. A tak szczerze, zapytam ironicznie: jak wiele szkół zawraca sobie jeszcze głowę wychowaniem? Czy polska szkoła jest nosicielem takich wartości jak miłość, prawda, sprawiedliwość, uczciwość, sumienność itp.? Proszę, aby Państwo pomyśleli chwilę nad tym, czy szkoła Waszych dzieci albo wnuków ma jakąś propozycję realizacji tych wartości. Odpowiedzi zapewne nie są proste, ale są niezwykle istotne, bo stawką jest wychowanie młodego pokolenia. A tego nie wolno zostawić edukacyjnym eksperymentom czy politycznej koniunkturze. Stawka jest naprawdę zbyt duża.
Reklama
Dlatego w bieżącym numerze Niedzieli wracamy do tego, co wydarzyło się w szkole podstawowej w Kielnie, w której jedna z nauczycielek na oczach uczniów wyrzuciła krzyż do kosza. W przestrzeni publicznej zdążyło się już pojawić kilka wersji wydarzeń, a sam „incydent z Kielna” wywołał niemałą burzę w całym kraju. Jak było naprawdę, próbujemy dociec w temacie numeru, pytając ludzi, którzy mają o tym wiedzę z pierwszej ręki. Mnie nurtuje jednak jeszcze jedna myśl: czyżbyśmy wracali do czasów, w których uczniowie znów muszą bronić krzyża? Przeżyłem to osobiście w 1983 r., gdy w VII klasie powiesiliśmy krzyż na ścianie w naszej szkolnej sali. Za Polski Ludowej krzyż w miejscach publicznych był znakiem zakazanym, ale my, nastolatki, nie przejmowaliśmy się ani zakazami, ani konsekwencjami. Wiedzieliśmy, że tak trzeba – to był stanowczy sprzeciw wobec komunistycznej władzy. Jedna z nauczycielek, zagorzała komunistka, żądała od nas zdjęcia ze ściany „tego czegoś”. Nie daliśmy jednak za wygraną. I krzyż został. Nauczycielka nie odważyła się go wówczas ściągnąć. Dopiero po remoncie sali krzyż zniknął. Po latach okazało się, że przechowała go nasza wychowawczyni, która nie pozwoliła, by znalazł się w śmietniku. Podobne zdarzenia miały miejsce wówczas w całej Polsce i jak echo powróciło to dziś w postawie uczniów z małego Kielna. Imponuje mi postawa tych nastolatków – bo oni krzyż wieszali w tym roku szkolnym tyle razy, ile razy anglistka go zdejmowała. To nie był jednorazowy akt odwagi, ale upór, przekonanie, że tego znaku trzeba bronić. Nikt im tego nie nakazał, nikt nie bił brawa, nie działali pod czyjeś dyktando. Po prostu tak zostali wychowani.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Nie zawsze młody człowiek ma tyle szczęścia, że spotka mądrych ludzi, którzy wskażą mu najwłaściwszą z możliwych dróg, także tę do Boga – coraz częściej spotyka w szkole nauczycieli o silnej lewicowej, antykatolickiej postawie. My, katolicy, mamy pełne prawo domagać się, by nasze przekonania traktowano z należytą powagą i szacunkiem. Nie możemy przyjmować postawy milczenia wobec aktów agresji wymierzonych w nas czy w sprawy dla nas święte. Grzechem w takiej sytuacji są bierna rezygnacja albo fatalizm. Taka solidarność wierzących utwierdzi w prawdzie tych mniej odważnych. Obojętność czy milczenie są tylko dawaniem przyzwolenia na to, co się dzieje. Naszą siłą zawsze są rozumne serce oraz miłość do Boga i bliźniego, które jednak nie mogą usprawiedliwiać bierności, lecz stanowią wezwanie do działania. Wiele życiowych sytuacji wymaga od nas działania, wiara także...
Tak się zastanawiam – czy gdyby nas spotkała podobna sytuacja, np. w pracy, potrafilibyśmy zachować się jak uczniowie z Kielna? Ludzie wierzący nie mogą przecież być jak dezerterzy z duchowego frontu walki. Trzeba umieć stawiać granice. I to nieprzekraczalne granice.
