Wicepremier Krzysztof Gawkowski z Lewicy oznajmił, że „Polska ma obowiązek uznawać «małżeństwa» osób tej samej płci zawarte legalnie w innych krajach UE”, i poinformował, iż podpisał dokumenty, które rozpoczynają proces zmiany wzorów aktów stanu cywilnego. W nowych formularzach zamiast rubryk „mężczyzna” i „kobieta” wprowadza się nowe: „pierwszy małżonek”, „drugi małżonek” i dalej – „ojciec pierwszego małżonka”, „matka drugiego małżonka”. Ma to związek z orzeczeniem Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej, który postanowił, że kraje członkowskie mają uznawać zarejestrowane związki osób tej samej płci. To po wniosku dwóch mężczyzn, którzy zawarli związek w Berlinie i chcieli, by Polska dokonała transkrypcji tego aktu i traktowała go w urzędzie stanu cywilnego jako zawarty ślub. Sprawa ta bulwersuje na kilku poziomach. Najważniejszy – Polska, wbrew twierdzeniom wicepremiera Gawkowskiego, nie ma obowiązku uznawania takich związków. Powinnością członka polskiego rządu jest to wiedzieć i protestować przeciwko wymuszeniom ze strony TSUE. Kiedy wstępowaliśmy do Unii Europejskiej, sfera religii, wartości, kultury pozostała naszą wyłączną kompetencją jako kraju członkowskiego. I żaden traktat europejski nie dał TSUE prawa ingerowania w nasze prawo rodzinne. Gdyby eurokraci chcieli to zmienić, musieliby przedłożyć nową umowę międzynarodową i poddać ją procesowi ratyfikacji. W naszym przypadku wymagałoby to zatwierdzenia przez Sejm większością 2/3 głosów. Konstytucja jest najwyższym prawem w Polsce i stoi ponad umowami międzynarodowymi, a w niej wyraźnie zapisano, że „małżeństwo jako związek kobiety i mężczyzny znajduje się pod ochroną RP”. Zawiera precyzyjną definicję małżeństwa, która nie podlega interpretacjom. Choć np. Szymon Kacprzak z Partii Razem, w TV wPolsce24 utrzymywał 18 stycznia, że ten zapis „nie mówi, że małżeństwo jest wyłącznie związkiem kobiety i mężczyzny, tylko że to małżeństwo rozumiane jako związek kobiety i mężczyzny jest pod szczególną ochroną państwa”. Tak jakby istniało kilka rodzajów małżeństw (sic!). Działacz próbuje tworzyć nowe definicje, które nie śniły się zapewne twórcom ustawy zasadniczej takim jak... Aleksander Kwaśniewski czy Tadeusz Mazowiecki. Trzeba lewoskrętnym postępowcom powtarzać, że nie ma takiego pojęcia jak „małżeństwa jednopłciowe”. Owszem, oni dokonują zabiegów językowych, upowszechniają fałszywe formy, by zmieniać mentalność Polaków. Słowo „małżeństwo” wywodzi się ze staroczeskiego, weszło do naszego języka w XV wieku i stąd małżonek oznacza prawnie „ślubną żonę” lub „ślubnego męża”. Czeska malženka pochodzi od mal, czyli umowy, i žena, czyli żona, a zatem chodzi o umowę z żoną. I twórcy konstytucji świadomie zapewnili ochronę państwa związkowi, z którego rodzą się i w którym są wychowywane dzieci, które zapewniają trwałość narodu. Kolejne pokolenia to reprezentanci wszystkich profesji, które budują siłę duchową i dochód Polski. I dlatego mamy szczególny status małżeństwa i rodziny. Aż dziw, że tak oczywiste kwestie trzeba dziś wykładać ministrom.Polski rząd powinien się stanowczo sprzeciwić próbom wprowadzenia tylnymi drzwiami legalizacji homo związków zawartych w innych krajach. Minister sprawiedliwości Waldemar Żurek już zapowiada, że to pierwszy krok. Jeśli chce zapewnić im przywileje podatkowe, niech przedstawi projekt w Sejmie. Zobaczymy, czy politycy koalicyjnego PSL go poprą. A i tak na końcu rozbije się o weto prezydenta lub kolejne w tej sprawie orzeczenie TK. Bo jeśli zmienimy pod dyktando eurokratów konstytucyjną definicję małżeństwa, to zaraz się okaże, że homo związki mogą korzystać ze wspólnych rozliczeń podatkowych i świadczeń rodzinnych. Prawa naturalnego nie zmienicie. Krajowym i europejskim lewoskrętnym politykom i działaczom dedykuję zdanie z opowiadania Agathy Christie: „Słowa stały się dla niego narzędziem do ukrywania faktów, a nie ich ujawniania”.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
