Taką dedykację pozostawił w latach 80. ubiegłego wieku Wojciechowi Ziembińskiemu legendarny „Kurier z Warszawy” – Jan Nowak-Jeziorański. Pisał te słowa w czasie, gdy Ziembiński już czwartą dekadę i w różnych formach walczył o niepodległość, nigdy nie pogodziwszy się z porządkiem narzuconym w wyniku zdrady jałtańskiej.
W obronie wolności
Reklama
Wychował się w rodzinie, w której od pokoleń żywa była „idea niepodległościowego czynu”, jak ją nazywał. „To była świętość, a Marszałek Piłsudski jako jej strażnik był dla mnie zawsze wzorem” – opowiadał, gdy miałem okazję spotykać się z nim wielokrotnie w latach 90. ubiegłego wieku. Jako nastolatek rzucił się w wir pracy konspiracyjnej w Szarych Szeregach oraz działających na Pomorzu podziemnych organizacjach „Pobudka” i „Walka”. Chciał jednak bić niemieckiego agresora z bronią w ręku, więc w wieku zaledwie 17 lat podjął próbę przedostania się do Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie. Skończyło się to, niestety, niepowodzeniem. Wpadł w niemieckie łapy i tylko cudem uniknął obozu koncentracyjnego, stając się do końca wojny niewolnikiem przymusowej pracy w Nadrenii. Gdy III Rzesza legła w gruzach, znalazł się w oddziałach gen. Stanisława Maczka. Jak wielu żołnierzy wierzył, że „wolny świat” dokończy dzieła i po pokonaniu Niemiec dojdzie do rozprawy z drugim totalitarnym mocarstwem odpowiedzialnym za wybuch wojny, czyli sowiecką Rosją. Tak się jednak nie stało. Przywódcy wolnego świata postanowili zasiąść do rozmów ze zbrodniarzem wszech czasów Stalinem, w wyniku czego Polska stała się sowiecką kolonią. Młody Ziembiński postanowił wrócić do kraju, o czym w dużej mierze zadecydowały względy rodzinne, czyli pozostawieni w Polsce bliscy. „Ale kąsać czerwonych nie zamierzałem przestać” – opowiadał. W 1947 r. podjął studia prawnicze na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu. Szybko go stamtąd usunięto, bo zaprotestował, gdy czerwone bojówki zetempowców zaczęły usuwać krzyże z akademików. Przyjechał do Warszawy i próbował zarobić na życie jako grafik i redaktor techniczny w Czytelniku, a gdy i stamtąd go wyrzucono, najął się jako robotnik przy odbudowie Teatru Wielkiego. W czasie tzw. odwilży październikowej 1956 r. związał się z Klubem Inteligencji Katolickiej i Klubem Krzywego Koła; tam poznał bliżej Jana Olszewskiego, wówczas dziennikarza Po prostu, a później wybitnego obrońcę w wielu procesach politycznych, wreszcie premiera już odrodzonej Polski. Zostali na zawsze przyjaciółmi. Ziembiński nigdy nie ukrywał, że nie jest w stanie zaakceptować jakiejkolwiek formy uznania PRL za suwerenne państwo. „Dla nas, żołnierzy II RP, walka o niepodległość zaczęła się we wrześniu 1939 r. Naszym obowiązkiem jest wykonać imperatyw zawarty w przykazaniach żołnierzy dawnej Rzeczypospolitej: nie spoczniesz, dopóki kraj twój nie będzie wolny” – powtarzał.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Obudzić ducha narodu
Za szczególnie niebezpieczne uważał zobojętnienie społeczeństwa wobec otaczającej rzeczywistości, co, niestety, w latach 60. XX wieku stawało się zjawiskiem dość powszechnym. Był też zdecydowanym przeciwnikiem jakiejkolwiek formy „finlandyzacji Polski” czy walki o „socjalizm z ludzką twarzą”, co było programem części rodzącej się opozycji. Był po prostu człowiekiem Niepodległości. „Nie mogłem zrozumieć, że tak wielu uważało za pewnik, iż Polska pojałtańska będzie trwała wiecznie” – powiedział mi w 1998 r. „Z niepokojem dostrzegałem, że nawet w kręgach opozycji zapomina się o naszych przedwojennych korzeniach, o naszych bohaterach, o historii. A dla mnie to był oczywisty punkt odniesienia”. Aby walczyć o zachowanie ducha narodu, zaczął działać w tzw. Senioracie – grupie zrzeszającej dawnych oficerów II RP i Polskiego Państwa Podziemnego, którzy pod skrzydłami i z ogromną pomocą kard. Stefana Wyszyńskiego organizowali uroczystości patriotyczne, spotkania, zaczęli odsłaniać w kościołach tablice memoratywne poświęcone bohaterom narodowym. Przywódcami tego środowiska byli najstarsi żyjący w kraju legendarni przedwojenni generałowie Mieczysław Boruta-Spiechowicz i Roman Abraham. Środowisko to stało się początkiem późniejszej opozycji niepodległościowej, a sam Ziembiński – prekursorem czegoś, co dziś nazywamy „polityką historyczną” czy „polityką pamięci”. Za swe działania płacił zresztą wielokrotnie wysoką cenę. Gdy na spotkaniu z młodzieżą harcerską w Piszu opowiedział o wojnie z bolszewicką Rosją i uznał, że prawdziwą granicą z ZSRS powinna być ta wyznaczona traktatem z 1921 r., został skazany z paragrafu „godzenia w sojusze”. Sam Ziembiński śmiał się, że był to „proces piski za traktat ryski”. Premier Jan Olszewski wspominał po latach: „Gdyby w latach 40., gdy byłem w Szarych Szeregach, powiedziano mi, że kilkadziesiąt lat później ktoś mnie skłoni do rozwieszania w nocy zawiadomień o Mszy rocznicowej, to traktowałbym to jako czystą fantazję. A jednak to robiłem. Wojtek miał ogromną energię, nie sposób było się oprzeć. Rozwieszaliśmy z żoną ulotki informujące o Mszy z okazji rocznicy śmierci Piłsudskiego, a przecież byliśmy poważnymi ludźmi, ja adwokatem, żona dziennikarką. No i okazało się, że ta Msza była wydarzeniem, i to nie tylko rocznicowym, ale politycznym. To była wielka manifestacja”. Podobne działania Ziembiński podejmował, gdy w 1976 r. został jednym z założycieli Komitetu Obrony Robotników, a później Ruchu Obrony Praw Człowieka i Obywatela oraz Klubów Służby Niepodległości. „Jego niewątpliwą zasługą było, że do kadrowego wówczas KOR przystąpiły dwie legendarne postacie, które znaliśmy z kart historii – bohaterski kapelan powstańczy ks. Jan Zieja i jeden ze skazanych w procesie szesnastu Antoni Pajdak” – wspominał ostatnio jeden z twórców KOR Antoni Macierewicz. 11 listopada 1978 r. Ziembiński zorganizował uroczystości w rocznicę zakazanego w PRL święta odzyskania niepodległości. Wielotysięczny tłum przeszedł z Katedry św. Jana pod Grób Nieznanego Żołnierza, gdzie przy śpiewie pieśni patriotycznych złożono wieniec ze znamienną szarfą: „Tym, którzy czynem zbrojnym budzili Polskę do zmartwychwstania”. Była to pierwsza w powojennej Polsce tak wielka manifestacja niepodległościowa. Takie działania rozbudzały ducha i bez wątpienia pomogły Polakom wstać z kolan, gdy tworzył się ruch Solidarności. „On dużo takich zwycięstw odniósł” – napisał Stefan Kisielewski, oceniając zaangażowanie Ziembińskiego w walkę o upamiętnianie polskiej historii. Dodawał jednak gorzko, a pisał te słowa w czasie tzw. transformacji ustrojowej: „Powinien być dekorowany jakimś orderem, a nikt tego nie robi. To niesprawiedliwość polska wobec prawdziwych, a cichych bohaterów”.
Ofiarom „nieludzkiej ziemi”
Troska o pamięć o męczennikach Golgoty Wschodu była dla Wojciecha Ziembińskiego jedną z najważniejszych misji. To połączyło go ze współzałożycielem Rodzin Katyńskich ks. Stefanem Niedzielakiem, który zresztą pomagał mu przez wiele miesięcy się ukrywać, gdy ten po wprowadzeniu stanu wojennego ścigany był listem gończym. W 1984 r. odsłonili na Powązkach Sanktuarium „Poległym i Pomordowanym na Wschodzie”. Proboszcz powązkowskiej parafii zapłacił za to życiem – tzw. nieznani sprawcy, czyli komunistyczne komando śmierci, zamordowało go w styczniu 1989 r. Wojciech Ziembiński dokończył zapoczątkowane dzieło upamiętniania męczenników „nieludzkiej ziemi” już w III Rzeczypospolitej. To z jego inicjatywy stanęło na Muranowie jedno z najbardziej przejmujących miejsc pamięci – Pomnik Poległym i Pomordowanym na Wschodzie, gdzie na platformie sowieckiego wagonu umieszczono dziesiątki krzyży chrześcijańskich, a także nagrobki żydowskie i muzułmańskie – symbol cierpienia i śmierci obywateli przedwojennej Polski, którzy padli ofiarą agresji sowieckiej 17 września 1939 r. „Jeden z krzyży, jasny, ze stali, jest poświęcony pamięci ks. Niedzielaka – ostatniej ofiary Katynia” – przypominał wiele razy Ziembiński, który bardzo pragnął, aby przy tym pomniku pomodlił się Ojciec Święty Jan Paweł II. I tak się stało w czerwcu 1999 r. „Teraz to już mogę umrzeć” – powiedział mi półżartem, półserio, gdy odwiedzałem go z młodymi strzelcami, a on, podłączony pod aparaturę tlenową, zmagał się z wyniszczającą go chorobą płuc. Zanim 25 lat temu odszedł na wieczną wartę, stoczył jeszcze ostatnią batalię w obronie godności i honoru poległych za Polskę. W grudniu 1999 r. podjął dramatyczną akcję protestacyjną, gdy ówczesne władze Warszawy na czele z Pawłem Piskorskim wymyśliły zorganizowanie przy Grobie Nieznanego Żołnierza... zabawy sylwestrowej. Dla niego było to oczywiste bluźnierstwo, bo – żeby przywołać raz jeszcze słowa Jana Nowaka-Jeziorańskiego – on „nigdy nie zdjął opaski Armii Krajowej i pozostał w służbie”.
Autor jest historykiem, doradcą prezydenta RP, w latach 2016-24 był szefem Urzędu do Spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych.
