Umowa z krajami Ameryki Łacińskiej stowarzyszonymi w Mercosur była bardzo długo dyskutowana z powodu obaw o europejskie rolnictwo. O wiele większa umowa, która może mieć poważniejsze konsekwencje, przeszła praktycznie bez echa w europejskiej, a zwłaszcza polskiej debacie publicznej. Eksperci twierdzą, że umowa z Mercosur w porównaniu z tym, co szefowa Komisji Europejskiej podpisała z Indiami, to było przedszkole. W tym drugim przypadku mamy bowiem do czynienia z państwem, które ma bardzo młodą populację prawie 1,5 mld ludzi ze średnią wieku 28 lat. To ogromny potencjał, bo Indie są wielkim państwem konsumentów, ale także i zagrożenie, bo starzejąca się Unia Europejska będzie musiała konkurować z młodą, żądną pracy i zysku wielką populacją Hindusów. – Jeżeli chcemy zbudować wielobiegunową Azję, a nie Azję zdominowaną przez chińską potęgę, to warto inwestować w rozwój Indii, wykorzystać ten ostatni ogromny rynek dla dywersyfikacji europejskiego eksportu. Jeżeli wszystko przebiegnie bez zakłóceń, to będzie największa umowa o wolnym handlu na świecie – podkreślił Patryk Kugiel, analityk Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych.
UE finansuje wojnę w Europie
Reklama
Umowa między UE i Indiami jest największym tego typu przedsięwzięciem w historii Unii. Dotyczy bowiem prawie 500 mln Europejczyków oraz ponad 1,470 mld mieszkańców Indii, czyli daje możliwość wspólnego rynku dla prawie 2 mld ludzi, którzy razem tworzą aż 25% światowego PKB. Czas i okoliczności podpisania porozumienia nie spodobały się jednak w USA, bo z jednej strony relacje między Brukselą i Waszyngtonem są w ostatnim czasie napięte z powodu sporu o Grenlandię, a z drugiej – Biały Dom próbuje wymusić na Indiach rezygnację z zakupów rosyjskiej ropy. – USA nałożyły na Indie 50% cła za zakup rosyjskiej ropy, a w tym samym czasie Europejczycy podpisują umowę handlową z New Delhi – powiedział sekretarz skarbu USA Scott Bessent.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Administracja Trumpa nałożyła cła na towary z Indii, w tym kary związane z dalszymi zakupami rosyjskiej ropy przez New Delhi. Choć Europa ograniczyła bezpośredni import energii z Rosji, to nadal kupuje rafinowane produkty naftowe pochodzące z rosyjskiej ropy przetwarzanej właśnie w Indiach. Osłabia to zachodnie wysiłki zmierzające do obniżenia dochodów Moskwy, która prowadzi krwawą wojnę. Bessent stwierdził, że Stany Zjednoczone poniosły większe ofiary gospodarcze niż ich europejscy partnerzy, starając się zakończyć konflikt rosyjsko-ukraiński. – Żeby było jasne, rosyjska ropa trafia do Indii, a Europejczycy kupują te produkty rafinowane. Finansują więc wojnę przeciwko sobie – zaznaczył Bessent.
W trakcie oficjalnych rozmów z Komisją Europejską i wizyty kanclerza Niemiec w Indiach nikt nie poruszał tematu rosyjskiej ropy naftowej, tak, jakby sprawy zupełnie nie było. Indyjskie firmy naftowe podpisują jednak umowy w Afryce i Brazylii, by zmniejszyć zamówienia z Rosji, co należy odczytywać jako ukłon w stronę UE i przede wszystkim skutki presji celnej ze strony USA.
Bezpieczny sektor rolny
Reklama
Umowa handlowa początkowo miała nie dotyczyć produktów rolnych, bo nie chcieli się na to zgodzić Hindusi. Dla New Delhi bardzo ważne są samowystarczalność i bezpieczeństwo żywnościowe, a także wspieranie bardzo rozdrobnionego rodzimego rolnictwa. Zapisy o rynku spożywczym znalazły się jednak w proponowanej umowie. Indyjski minister rolnictwa wspomniał jedynie o szansie na eksport herbaty, kawy i przypraw. W pierwszych latach funkcjonowania umowy konkurencja ze strony indyjskiego rolnictwa raczej nie będzie zagrażać rolnikom z UE i Polski, choć z czasem może się to zmienić, gdy pojawią się tam większe inwestycje. Z drugiej strony mówi się o zniesieniu ceł na wina, alkohole wysokoprocentowe, europejskie piwo i oliwę z oliwek. Swoją niszę na wielkim indyjskim rynku mogą odnaleźć też europejskie firmy przetwórcze. Produkty takie jak wołowina, mięso drobiowe, ryż i cukier są wyłączone z liberalizacji ceł, bo z jednej strony nie zgadzały się na nie europejskie ministerstwa rolnictwa, a z drugiej Indie też ograniczają eksport strategicznych produktów spożywczych, by stabilizować ceny na rynku krajowym.
Głównym celem umowy handlowej jest eksport europejskiego przemysłu motoryzacyjnego, maszynowego, chemicznego i farmaceutycznego. Indie są dziś trzecim co do wielkości rynkiem samochodowym na świecie, po USA i Chinach, ale import był tam obłożony cłami w wysokości 70-110%. Teraz te cła mają wynosić 30% i 10% dla samochodów kosztujących powyżej 15 tys. euro. Poza rosnącym rynkiem na droższe samochody europejskie koncerny motoryzacyjne szykują się do inwestycji w poszukiwaniu nowych klientów. Niemieccy eksperci z branży nie kryją jednak obaw, bo indyjski rynek jest dla nich zupełnie obcy. Europejskie koncerny mają tylko 4% udziału w sprzedaży 4,4 mln aut rocznie. Pozycje liderów mają tam dwa wielkie indyjskie koncerny, Koreańczycy i przede wszystkim japońskie Maruti Suzuki. Japończycy są na tym rynku od 45 lat i produkują tam 2,5 mln małych, niezawodnych, prostych i tanich samochodów, o których Europa już dawno zapomniała.
Zaproszenie do migracji
Reklama
Japońskie koncerny na potęgę inwestują w Indiach, a w ślad za nimi chcą iść także europejskie firmy motoryzacyjne. Nie chodzi więc jedynie o eksport do Indii – chodzi o dostęp do rynku, taniej siły roboczej oraz niskich kosztów produkcji. Tylko w 2025 r. eksport samochodów z Indii do Japonii wzrósł o 400%, a do Europy o 1000%. Branża szuka więc w Indiach tego samego, co przez lata miała w Chinach – tanio produkować i drogo sprzedawać. Niestety, ta historia też może się źle skończyć, bo Hindusi mają co najmniej dwa prężne koncerny motoryzacyjne, które teraz będą miały otwarte drzwi do Europy. Ostatnio indyjskie TATA Motors za 4 mld euro kupiło Iveco – włoską firmę samochodów dostawczych i ciężarowych. „Umowa stworzy również możliwości dla samochodów wyprodukowanych w Indiach, aby uzyskać dostęp do rynku UE” – czytamy w komunikacie indyjskiego rządu.
W pierwszej kolejności Indie będą stawiać na eksport wyrobów tekstylnych, obuwniczych, owoców morza oraz biżuterii. Rząd tego kraju szacuje, że uda się stworzyć 6, a nawet 7 mln miejsc pracy tylko w sektorze tekstylnym, który jest drugim po rolnictwie co do wielkości pracodawcą w Indiach. Umowa zakłada wymianę ludności i pracowników. – Podpisujemy umowę o mobilności, która ułatwi przepływ naukowców, studentów oraz pracowników wykwalifikowanych i sezonowych. Otwieramy też pierwsze w Indiach unijne centrum, które będzie wspierać migrację do Europy zgodnie z potrzebami państw członkowskich – oświadczyła Ursula von der Leyen.
Największe obawy wobec umowy ma europejskie hutnictwo, bo wynegocjowane zapisy dają indyjskiemu przemysłowi preferencyjne warunki w dostępie do rynku UE. Niestety, branża ta od lat przeżywa permanentny kryzys także nad Wisłą, a bez hutnictwa trudno będzie utrzymać w Polsce bezpieczny rozwój np. sektora zbrojeniowego. Dlatego też Europejskie Stowarzyszenie Stali wraz z przedstawicielami przemysłu ceramicznego, aluminiowego i stopów żelaza wydało oświadczenie, w którym wyraziło głębokie zaniepokojenie możliwym negatywnym wpływem na strategiczne sektory przemysłu w Europie. Umowy handlowe nie mogą tworzyć korzyści dla importu kosztem produkcji w UE.
Zbrojeniowa szansa
Na stole negocjacji z Indiami leży także współpraca obronna, wojskowa i rozwój przemysłu zbrojeniowego. Francja już ma podpisaną umowę na sprzedaż samolotów myśliwskich, Hiszpania – na samoloty transportowe, a Niemcy chcą budować dla Indii okręty podwodne. We wzajemnych ustaleniach wiele uwagi poświęca się budowie wspólnego przemysłu obronnego z państwem, które uzależnione było od rosyjskiej zbrojeniówki. Umowa z UE jest próbą przeciągnięcia Indii na demokratyczną stronę zachodniego świata, celem jest także odciągnięcie ich od współpracy z Moskwą. Europa nadal ma nowoczesne technologie zbrojeniowe, których potrzebuje New Delhi, a Indie posiadają infrastrukturę i miliony rąk do pracy, by ten strategicznie ważny przemysł mógł się wreszcie rozwijać, by zapewnić bezpieczeństwo także w Europie.
