Towarzyszył mi Jan Partyka z parafii Raniżów. Od wielu lat jest on zaangażowany w Parafialnym Zespole Misyjnym. Zaprosiła nas siostra Jacqueline, karmelitanka Dzieciątka Jezus.
Czas przygotowań
Na podstawie zaproszenia mogliśmy otrzymać wizę, bilety i przejść wymagane szczepienia, konieczne w kraju tropikalnym. Wyjazd poprzedziły przygotowania. Chcieliśmy przede wszystkim zgromadzić i zabrać materialne wsparcie dla ubogich. Z wielką wdzięcznością chcę przywołać ofiarnych dobrodziejów, dzięki którym mogłem zakupić i w Afryce rozdać tamtejszym biednym równowartość 3 tys. euro. Wśród ofiarodawców byli pan Janek z Raniżowa, parafianie z Trzebosi i mieszkańcy Zakładu Leczniczo-Opiekuńczego „Leśniówka” w Turzy, gdzie obecnie pełnię posługę. Tych dobrodziejów, którzy ofiarowali często swój „wdowi grosz” dla ubogich w Kamerunie było ponad dwudziestu. Również każdy z nas zabrał osobiste oszczędności. Jedna z mieszkanek „Leśniówki” uszyła 4 ornaty maryjne. Otrzymaliśmy także wiele przedmiotów, aby je rozdać w prezencie. Do samolotu mogliśmy zabrać po dwie walizki, każda 23 kilogramy i bagaż podręczny. Tradycyjnie przed odlotem do Kamerunu zatrzymaliśmy się w Konstancinie u Sióstr od Aniołów, skąd zabraliśmy przesyłki dla bp. Jana Ozgi.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
W Duomé i Dimako
Reklama
Lot z Warszawy do Yaounde, stolicy Kamerunu, trwał ponad 16 godzin. Program naszego wyjazdu obejmował najpierw pobyt w Duomé, siedzibie bp. Jana Ozgi, który od 38 lat ofiarnie posługuje w Afryce. Siostra Fabiana, współpracująca z nim, mówi, że ksiądz biskup ma niespożyte siły i energię.
Z Doumé pojechaliśmy do Sióstr Karmelitanek w Dimako, które od wielu lat prowadzą tutaj placówkę misyjną. Zastaliśmy w tej wspólnocie już tylko jedną siostrę z Polski, s. Wirgilię. Pozostałe 4 siostry to Afrykanki, które przejmują to dzieło rozpoczęte przez Polki. W Dimako za każdym razem, gdy tam jestem, spotykam się z muzułmaninem Dibrillą, którego wspieramy materialnie. Siostry są dla niego wielkim wsparciem i pomocą. Jest on kaleką, ma niesprawne nogi.
W Dimako ogromną niespodziankę sprawił mi kleryk William. Jesienią ubiegłego roku wysłałem mu sutannę na obłóczyny. W tej sutannie przywitał mnie, okazując radość z pomyślnie zdanych egzaminów w seminarium w Bertoua. Pan Jan miał okazję zobaczyć szkołę, ośrodki zdrowia, gdzie pracują siostry z tej wspólnoty. Tutaj ofiarowaliśmy dwa ornaty dla klasztoru i ornaty dla trzech prymicjantów, których wyświęcił bp Ozga 7 lutego br.
U Sióstr Karmelitanek
Reklama
Ponieważ s. Jacquelina, która nas zaprosiła, jest przełożoną Domu Sióstr Karmelitanek w wiosce Koudandeng w diecezji Obala, czekało nas siedem i pół godziny drogi z Dimako do tej nieznanej nam jeszcze placówki. Misja została założona 2016 r. Karmelitanki objęły ją po siostrach z Kanady. Okolica jest biedna, ale ludzie radośni i związani z Bogiem. Tutejsi mieszkańcy nie wyrazili zgody na budowę meczetu. Siostry prowadzą przedszkole, sześcioklasową szkołę podstawową, ośrodek zdrowia i odwiedzają chorych w domach. Przez dwa dni mieliśmy okazję być w rodzinach, które są bardzo ubogie. Była okazja, żeby tych ludzi poznać, pobłogosławić i wspomóc materialnie. Oni żyją bardzo skromnie, ale na miarę możliwości sobie radzą. Szczerze się modlą i w sercu noszą wiarę. Tam wszyscy proszą kapłana o błogosławieństwo. Panu Bogu dziękują za obfity las tropikalny, który stanowi dla nich „spiżarnię”. Żyją z uprawy pola. W domach wychowują gromadkę dzieci. Do kościoła na Mszę św. chodzą wcześnie – na godzinę 6. Siostry żartują, że przez cały rok mają Roraty. Spotkaliśmy ludzi gościnnych i serdecznych. Oni nazywają misjonarzy ludźmi Boga. Kościół parafialny ma okazałe ściany i piękne witraże, ale wymaga pomocy, bo nie ma dachu.
Przybyszów z Europy może przerażać ubogi styl życia tutejszych ludzi. To są jednak tylko pozory. Pięknie wyjaśnił mi to miejscowy kleryk Vianney, który stwierdził: „Dużo odwagi, ojcze. Myśmy się tutaj urodzili”. Nam Europejczykom wypada tylko uklęknąć i podziękować Panu Bogu, że mamy tak luksusowe warunki codziennej egzystencji.
Po raz pierwszy w Kamerunie doświadczyłem opadów deszczu, „lało jak z cebra”. Myślałem wtedy o tych ubogich, których tu spotkałem. Zastanawiałem się, jak oni przeżywają te deszcze i czy nie zalewa im łóżek. Poruszanie się po błotnistej drodze jest nie lada wyczynem dla kierowcy, dlatego siostry poprosiły, aby na lotnisko odwiózł nas kierowca z wioski.
Pamięci s. Romany
Dla mnie ten wyjazd miał szczególne znaczenie i wiązał się z wyzwaniem. Udało mi się odnaleźć grób s. Romany Białowąs, mojej rodaczki z Łazów. Jako siostra szarytka ponad 40 lat pracowała w Kamerunie i spoczywa w ogrodzie Sióstr Szarytek w Yaounde. Na jej grobie zapaliłem polski znicz, pomodliłem się i zamówiłem Msze święte o spokój jej duszy. Siostra Brigitta, która dobrze znała s. Romanę, dała o niej piękne świadectwo. Była oddana i kochana przez ludzi. Nie wróciła do swoich, pozostała wśród tych, których misyjnym sercem ukochała. Do dzisiaj w tej wspólnocie są cztery siostry, mają duży klasztor, gdzie panuje duch św. Wincentego a Paulo.
Z miejsc naszych odwiedzin pozostały żywe i niezatarte wspomnienia. Robiliśmy dużo zdjęć, filmików, aby podzielić się tym, co zobaczyliśmy w Kamerunie z bliskimi i dobrodziejami. Biskup Jan Ozga, mój kolega „kursowy”, powiedział do mnie w Doumé 29 stycznia br.: „Masz tu być dziesięć razy. Następnym razem ja cię zapraszam”. Dziesięć razy? Byłem już cztery razy! Ale chyba ten obecny pobyt nie był ostatni!
