Za tydzień Wielkanoc. Przed nami święte dni Kościoła, najważniejsze w roku. W ciągu kilku dni przejdziemy od niedzielnej radości do rozpaczy i bólu Wielkiego Piątku. Wiwatujący na widok Jezusa wjeżdżającego do Jerozolimy tłum krzyczał: „Hosanna!”, a zaledwie po pięciu dniach wrzeszczał: „Ukrzyżuj Go!”. Minęło ponad 2 tys. lat, a sytuacja niewiele się zmieniła. Także w Kościele. Ci, którzy jeszcze niedawno uchodzili za gorliwych katolików, za twarze Kościoła, dziś czasami wręcz pałają do niego nienawiścią. Gdy koniunktura i przewrotność biorą górę, jakże łatwo może dojść do balansowania między owym: „Hosanna!” a „ukrzyżuj Go!”.
Reklama
Wielki Tydzień jest dla nas kolejną okazją do przeprowadzenia solidnego rachunku sumienia. Mamy ponownie szansę, by zajrzeć głębiej w siebie i odkryć raz jeszcze sens życia, cierpienia, ofiary i zmartwychwstania. Szczególnie bliskie człowiekowi jest cierpienie. Ono zawsze budzi w nas lęk, strach, boimy się bólu. Zbyt często o nim słyszymy, widzimy cierpienie innych i sami go doświadczamy. Robimy wszystko, by go uniknąć, szczególnie tego fizycznego. Pomimo tego liczne przeciwności, choroby cielesne i duchowe są niemal naszym chlebem powszednim. Czy można ich uniknąć? Czy można przed nimi uciec? Można próbować, ale nie uda się to nawet za cenę naszej wytrwałości i zaradności. Jeżeli zrzucimy krzyż z jednego ramienia, pojawi się on na drugim. Jeżeli unikniemy go dzisiaj, już drugi jest przygotowany na jutro. Czy warto się temu opierać? Czy opór coś pomoże? Cierpienie wywraca do góry nogami całe nasze życie, ale nierzadko ci, którzy go doświadczyli, przyznają, że prowadzi też do lepszego zrozumienia siebie i innych. Wydaje się, że ten, kto nigdy nie cierpiał, zna życie tylko powierzchownie.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Wielu naukowców twierdzi, że cierpienia nie można wyjaśnić. Jest ono wielką tajemnicą życia, przyczyną niewiary i buntu przeciw Bogu. Tylko ludzie głębokiej wiary w cierpieniu dostrzegają sens i pozytywne rozwiązanie. Rzeczywiście, cierpienia nie da się zrozumieć i wyjaśnić, jeśli nie ma ono oblicza męki i śmierci Chrystusa. Chrystus cierpiał, upadał pod krzyżem, ale niósł go do końca. Sam powiedział: „Kto chce iść za Mną, niech się wyrzeknie samego siebie; niech weźmie swój krzyż i niech Mnie naśladuje” (Mt 16, 24).
Reklama
Czy można zrozumieć cierpienie, oswoić je, wycisnąć z niego jakieś dobro? Na to niełatwe pytanie stara się odpowiedzieć ks. Andrzej Cieślik (s. 22-23). Cierpienie przynosi choroba, ale mogą to być też dręcząca duszę samotność czy współcierpienie z osobą doznającą bólu. Można cierpieć z powodu życiowych niepowodzeń, zawodów miłosnych, rozczarowań, planów, które spaliły na panewce. Bywa i cierpienie, do którego człowiek przywykł, które stało się jakby towarzyszem jego codzienności. Cierpienie cierpieniu nierówne, ale w każdym przypadku – zarówno wtedy, gdy boli ciało, jak i wtedy, gdy cierpi dusza – dobrze jest spojrzeć na Chrystusa przybitego do krzyża. On daje realne pocieszenie i wsparcie. W ocenie ludzkiej przecież Jemu też nie wyszło. Miał być Mesjaszem, miał wyzwolić Izraela – tęskniono za Nim, oczekiwano, że przyjdzie w glorii chwały... Tymczasem okazał się całkiem inny. Niektórzy byli rozczarowani, bo nie na takiego Mesjasza czekali. Nawet gdy już konał na krzyżu, nie przestali z Niego kpić. A jednak w tamtym, po ludzku kompletnie upokarzającym momencie dokonał On największego dzieła: odkupił świat!
Człowiek, jeśli zamknie się we własnym cierpieniu, szybko się załamie. Wtedy będzie trudniej, dlatego gdy pojawi się cierpienie, zamiast pytać Boga: dlaczego?, za jakie grzechy? – zapytajmy Go: dla kogo to cierpienie? Tylko Bóg wie, co jest dla nas naprawdę dobre, bo On patrzy inaczej na nasze życie – widzi je w całości.
Chrześcijaństwo nie umniejsza cierpienia, nie uważa go za karę Boską, za karmę czy wynik kosmicznego wyrównywania energii. Docenia jego przemieniającą moc. Sens cierpienia na zawsze pozostanie dla nas tajemnicą. Jako chrześcijanie ufamy jednak, że tylko w Bogu odnajdziemy jego zrozumienie i doznamy ulgi.
