W katolickim dwutygodniku przeczytałem tekst o wspólnocie działającej przy pewnej parafii. Powstała i rozwijała się spokojnie – od małych do większych i jeszcze większych inicjatyw. Teraz liczy już 20 lat i integruje nie tylko parafię, ale także okoliczne społeczeństwo. Małe miasteczko zaczyna być wspólnotą, obudziło ukryty potencjał, jego mieszkańcy występują z propozycjami, współdecydują o wielu sprawach, organizują wydarzenia. Ludzie stali się odpowiedzialni za swój kościół i swoją parafię.
Coś jak spełniona synodalność, prawda?
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Reklama
Zatrzymałem się przy drugim zdaniu artykułu. Jest w nim słowo o początkach owej wspólnoty. To dla mnie jak drogowskaz! Proboszcz nie ogłosił z ambony, że coś organizuje. Nie zaprosił zainteresowanych. Sam, jako ojciec parafii z długim stażem, wybrał ludzi, którzy, jego zdaniem, mogliby coś zrobić. Nie tych z pierwszych ławek. Nie tych, co zawsze otaczają kapłanów bliskim kołem i przynoszą im ciasteczka. Nie potakiwaczy ani nie zapatrzone weń bezkrytycznie „żeńskie szeregi”. Nawet nie radnych, którzy... poniekąd sami chcieli nimi być. Proboszcz przebił się poza ten krąg. Wybrał niewidocznych, ale regularnie chodzących na Mszę św., przystępujących do Komunii św., w czasie dziękczynienia długo rozmodlonych. Mających rodziny, w których dzieci tulą się do mamy i taty, ale i samotnych, którzy przychodzą cicho na Msze św. w dni powszednie i po nich znikają jak dobre duchy. Im zaproponował współpracę. Nie tym, co sami się pchali, nie tym, co byli już w kilku wspólnotach i stowarzyszeniach. Proboszcz nie chciał tych, którzy chcieli być kimś przynajmniej w parafii, skoro nie udało im się wypłynąć na szersze wody. Tu się pokażą i wykażą? Otóż nie.
Nie wiem, czy wszyscy, których zaprosił na plebanię, się zgodzili... Ale ci, co powiedzieli „tak”, byli konsekwentni w swej zgodzie jak Najświętsza Maryja Panna w swym poddaniu się działaniu Boga.
Synodalność. W mojej diecezji „szef” napisał list na temat przygotowywanego synodu. Podzielił się w nim z nami nadzieją na jego owoce. A ja potrząsam głową i mówię: nic z tego nie będzie.
Nie mam pojęcia, kogo ksiądz arcybiskup czy proboszcz będą się radzili w sprawach synodu, ale mam uzasadnione obawy, że będzie to wspomniany „bliski krąg”. I boję się, że na synodzie naszymi reprezentantami będą inni ludzie niż ci, których do współpracy zaprosił niewielkomiasteczkowy proboszcz. Przyjdą „chętni”. Potakujący i chwalący, pragnący zaistnieć i ogrzać się przy kościelnym piecu. A jak się przy nim staje? Na pewno nie będąc prorokiem, który powiedziałby coś nieoczekiwanego.
Prawdziwa synodalność miała miejsce we wspomnianej niewielkiej parafii. Nie ma ona nic wspólnego z synodem, który zgromadzi „bliski krąg”.
Dlaczego tak sądzę? Bo w innej parafii proboszcz przeprowadza reformy, których ci z drugich i kolejnych rzędów nie akceptują. Nowy ojciec parafii nawet o tym nie wie. „Docierają do mnie liczne głosy” – mówi. Owszem, z pierwszego, krótkiego rzędu.
Reklama
Usunąć sprzed plebanii figurę Matki Bożej, która stała tam od lat? Dlaczego nie? Ludzie kościelni wyjaśniają „niedoinformowanym”, że Ksiądz Proboszcz (koniecznie z wielkich liter) ją zabrał i przeniósł w inne, nieznane nikomu miejsce. I że, oczywiście, „dobrze zrobił”. Ktoś miał pokusę wywiesić mu kartkę na furtce: „Zabrałeś Maryję, Ona zabierze ciebie”, ale... to nic nie zmieni. Klakierzy go obronią.
Ale czy przed Nią? Sorry, wątpię.
Taka synodalność nie ma nic wspólnego z synodalnością. Wiem, zaraz usłyszę, że ci z dalszych ławek nie chcą się zaangażować. Cóż, pozostawiam ich z pytaniem: dlaczego?
