Dariusz Żurański pochodzi z katolickiej rodziny z Łężycy k. Zielonej Góry. Dziadek podarował mu mały akordeon guzikowy. – Dziadek Marian był samoukiem. Grał trochę na akordeonie, trochę na skrzypcach. Swoją wielką miłość do muzyki przelał na mnie. Pierwsze kroki w muzyce stawiałem pod jego okiem. Później uczęszczałem do Państwowej Szkoły Muzycznej I i II stopnia w Zielonej Górze w klasie akordeonu – opowiada pan Dariusz. Muzyka stała się jego pasją. Obok wiary jest drugim skrzydłem, które niesie go przez życie.
Chciałem grać przeboje
Swoje umiejętności miał okazję udoskonalać w różnych miejscach, m.in. w Społecznym Ognisku Artystycznym, gdzie grał w kwintecie akordeonowym. – To była wielka frajda grać razem z nauczycielem, który był dla mnie autorytetem. Występowaliśmy najpierw w Zielonej Górze, a później nawet w Niemczech. Byłem również członkiem kapeli Lubuskiego Zespołu Pieśni i Tańca w Zielonej Górze, z którym koncertowałem w wielu krajach Europy. W tym wszystkim łączyłem wiele obowiązków, poza występami wciąż uczęszczałem do szkoły muzycznej, kontynuowałem też naukę w szkole podstawowej. Intensywnie ćwiczyłem grę na akordeonie, bo chciałem grać wielkie przeboje! – śmieje się Dariusz. Jak mówi, sam talent to jakieś 10% sukcesu. Reszta to ciągła praca oraz wiele wyrzeczeń. Wiedzę na temat kościelnej muzyki organowej pogłębiał w Diecezjalnym Studium Organistowskim przy Instytucie Filozoficzno-Teologicznym im. Edyty Stein w Zielonej Górze. Przez wiele lat występował również jako muzyk rozrywkowo-estradowy na mniejszych i większych scenach w Europie. – W tym roku w czerwcu kończę 50 lat i wiem, że można grać jeszcze lepiej. Wszystko w życiu „zawsze można lepiej”. Toteż budzą się we mnie jeszcze większe ambicje i coraz większa motywacja do osiągania wyższych celów. Mam wiedzę, ale wciąż jeszcze jestem jej ciekawy i głodny, bo muzyka to temat rzeka, takie neverending story – dodaje muzyk.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
