Kiedyś człowiek pisał list miłosny i drżała mu ręka, a serce waliło młotem. Dziś co najwyżej wibruje telefon. Kiedyś człowiek siedział nad kartką, skreślał, poprawiał, szukał słów, które będą trochę mądre, trochę śmieszne, trochę czułe. Teraz wpisuje: „Napisz romantyczną wiadomość do inteligentnej dziewczyny, ale pisz z dystansem, najlepiej w stylu dowcipnej hybrydy Miłosza, Bayrona i Tarantino” – uwodzicielsko, ale z klasą. Że doceniam, ale że nie zależy mi aż tak bardzo. Podoba mi się, nawet bardzo, ale że wybór jest szerszy. I dostaje gotowca. Dopieszczone zdania. Błyskotliwe metafory. Aluzje do filmów, których nigdy nie oglądał. Cytaty z książek, których nigdy nie przeczytał. Wrażliwość, której nigdy nie ćwiczył.
Ona – błyskotliwa, on – oczytany?
Witamy w epoce „sapiens bez homo”. Człowiek niby jest, rozum niby działa, ale coraz mniej w tym wszystkim człowieczeństwa. Sztuczna inteligencja przestała być już tylko narzędziem służącym do pracy. Jeszcze chwilę temu pomagała pisać maile, robić prezentacje i poprawiać przecinki. Dziś pomaga flirtować, uwodzić, prowadzić relacje, podtrzymywać rozmowy, a czasem nawet... zastępuje drugiego człowieka. I nie jest to scenariusz nowego odcinka Black Mirror – to się już dzieje, w każdym mieście i na każdym osiedlu.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Reklama
Kilka tygodni temu opowiadał mi znajomy psycholog o dwójce młodych ludzi. Poznali się przez internet. Ona – błyskotliwa. On – jak twierdziła – „niesamowicie oczytany, dowcipny i uważny”. Ich rozmowy trwały godzinami. Cytaty z Lema mieszały się z dialogami Woody’ego Allena. Żarty polityczne przeplatały się z filozofią i osobistymi wyznaniami. Po kilku dniach byli przekonani, że spotkali „bratnią duszę”. On napisał do niej: „Najbardziej boję się świata, w którym ludzie przestaną zadawać pytania większe niż oni sami”. Ona odpowiedziała: „A ja świata, w którym pytania będą mądrzejsze od ludzi”. Oboje korzystali z AI. On generował większość wiadomości. Ona poprawiała nimi własne odpowiedzi. Oboje zakochali się nie tyle w sobie, ile w jakości języka produkowanego przez algorytmy. Po 2 tygodniach postanowili się spotkać. I wtedy stało się coś brutalnego. Zapadła cisza. Nie taka romantyczna. Taka ciężka. Krępująca. Jak awaria internetu podczas webinaru o komunikacji. Okazało się, że w realu on nie potrafi utrzymać rozmowy dłużej niż 3 minuty. Ona – poza gotowymi cytatami – panicznie boi się spontaniczności. W sieci byli jak duet intelektualnych akrobatów. W kawiarni przypominali dwójkę ludzi czekających na autobus zastępczy. Nie było Lema i jego sepulek, nie było Woody’ego Allena z jego Zeligiem. Nie było subtelnych metafor. Było:
– No... fajnie.
– Tak...
– Ładna pogoda.
I koniec. Romans zakończył się szybciej niż okres próbny w aplikacji premium.
„Duchowe” życie AI
W lutym tego roku spotkałem w Ottawie błyskotliwego księdza profesora teologii moralnej z tamtejszego uniwersytetu. Rozmawialiśmy o sztucznej inteligencji. Profesor był sceptyczny. Uważał – skądinąd rozsądnie – że możliwości AI są mocno przereklamowane. Że to wciąż tylko sprawne składanie danych. Że do prawdziwego myślenia, syntezy i subtelności rozumu człowieka jeszcze bardzo daleko.
Po mniej więcej 20 minutach powiedziałem: – To proszę zadać jej trzy pytania. Takie naprawdę trudne. Z dziedziny księdza profesora.
Uśmiechnął się lekko. Chyba nawet z odrobiną pobłażliwości. Zaczął układać pytania z teologii moralnej. Nie szkolne, nie encyklopedyczne. Takie, które – jak sam przyznał – miały „wywrócić studenta”. Wielopiętrowe zależności. Paradoksy odpowiedzialności. Konflikty dobra i sumienia. Wszystko to, na czym wielu studentów wykłada się po pierwszym zdaniu.
Po chwili przeczytałem mu odpowiedzi wygenerowane przez AI.
Milczał chwilę, zamyślony i jakiś smutny. Wreszcie stwierdził: – Panie Rafale... próbowałem zadać pytania tak złożone, które powinny zagiąć najlepszego studenta. I muszę przyznać, że musiałbym postawić piątkę.
Reklama
To jest moment naprawdę niepokojący. Bo jeszcze niedawno człowiek pocieszał się, że AI jest tylko kalkulatorem dla humanistów. Tymczasem okazuje się, że algorytm coraz sprawniej porusza się także po obszarach, które wydawały się zarezerwowane dla sumienia, doświadczenia, intuicji i duchowej wrażliwości.
Oczywiście – nadal nie cierpi, choć znajdzie milion cytatów o cierpieniu. Nie kocha, choć wypisze tysiąc najbardziej znaczących par w historii literatury. Nie modli się, choć napisze ci przepiękną i wzruszającą modlitwę. Nie drży nad losem własnego dziecka, choć świetnie udaje empatię wobec ciebie. Coraz skuteczniej udaje kogoś, kto rozumie człowieka.
Ona się rozkręca
I być może największe zagrożenie polega nie na tym, że maszyny staną się ludźmi, lecz na tym, że ludzie zaczną funkcjonować jak maszyny wspomagane emocjonalnymi protezami. Dawniej człowiek musiał nauczyć się rozmawiać. Musiał doświadczyć kompromitacji, odrzucenia, niezręczności. Musiał ćwiczyć poczucie humoru. Czytać. Słuchać. Obserwować ludzi. Dziś można wygenerować osobowość.
Potrzebujesz być romantyczny? Klik.
Dowcipny? Klik.
Empatyczny? Klik.
Tajemniczy intelektualista po przejściach? Proszę bardzo.
Reklama
Powoli wchodzimy w epokę emocjonalnego outsourcingu (strategia zarządzania polegająca na przekazaniu wybranych procesów lub funkcji firmy zewnętrznym usługodawcom – przyp. red.). Już nie tylko księgowość oddaliśmy maszynom. Oddajemy też flirt, rozmowę, czasem nawet własną duszę. A przecież relacja bez ryzyka nie jest relacją. Miłość bez bezradności staje się projektem marketingowym. Najbardziej fascynujące jest jednak to, że AI dopiero się rozkręca. I choć naprawdę daje ludziom ogromne możliwości i nie ma sensu udawać, że jest wyłącznie demonem, to nie wiemy, dokąd pociągnie ludzkość za kolejne pół roku.
Dla człowieka samotnego może być pierwszym krokiem do otwarcia się, ale też rozczarowaniem i stratą. Dla nieśmiałego – pomocą w przełamaniu lęku, ale też wygodnym erzacem relacji. Dla małżeństw – inspiracją do rozmowy, której od dawna nie umieli zacząć, ale też powodem, by żadnej rozmowy już nie prowadzić. Dla ludzi pogubionych – czasem jest wręcz lustrem pokazującym ich chaos, ale też sposobem, by zagubić się jeszcze bardziej w szukaniu prawdziwego siebie.
Problem zaczyna się wtedy, gdy narzędzie przestaje pomagać człowiekowi, a zaczyna go zastępować. Bo można poprawić stylistykę, ale nie da się wygenerować charakteru. Na razie. Można stworzyć błyskotliwy flirt, ale nie da się wygenerować odwagi do bycia sobą. Na razie. Można napisać perfekcyjny list miłosny, ale nadal trzeba umieć spojrzeć drugiemu człowiekowi w oczy podczas ciszy przy stoliku. Na razie. I właśnie tam AI przegrywa. Jeszcze.
Choć mam wrażenie, że coraz więcej ludzi wcale nie chce już prawdziwych relacji. Prawdziwe relacje są bowiem niewygodne. Wiążą się ze stresem, z kompromisem, cierpliwością. Człowiek w realu zacina się, myli, bywa nudny, zmęczony, rozczarowujący.
Algorytm jest zawsze gotowy. Nigdy nie ma gorszego dnia. Nie zapomina o rocznicy. Nie obraża się o głupoty. Nie milczy ze złości. Nie boli go głowa.
I tu kryje się największa pokusa naszych czasów: stworzyć sobie świat relacji bez cierpienia. Bez ryzyka. Bez człowieka. Tyle że wtedy zostaje już tylko „sapiens”. Bez „homo”. Istota sprawna poznawczo. Skuteczna komunikacyjnie. Technologicznie zaawansowana. Ale coraz bardziej samotna. Bo człowieczeństwo rodzi się właśnie tam, gdzie coś nie działa idealnie. W drżącym głosie. W źle opowiedzianym żarcie. W niezręcznej randce. W milczeniu, którego nie da się przykryć cytatem wygenerowanym w 3 sekundy. Paradoksalnie więc może się okazać, że w epoce sztucznej inteligencji najbardziej luksusową cechą stanie się autentyczność. I urocza niedoskonałość. Nie perfekcja. Nie błyskotliwość. Nie wygenerowany urok. Tylko prawdziwe człowieczeństwo. Czyli co?
Trener terapii uzależnień, prezes Stowarzyszenia Ocaleni
