W historii Polski są daty, które nie stały się świętami państwowymi, nie doczekały się pomników na miarę wielkich bitew i nie są tak powszechnie rozpoznawalne jak sierpień 1980 r. A jednak bez nich nie byłoby późniejszego zwycięstwa wolności. Do takich dat należy czerwiec 1976 r., gdy robotnicy Radomia, Ursusa i Płocka powiedzieli „dość” komunistycznej dyktaturze.
Gospodarka kłamstwa
Reklama
Mijało ponad 30 lat od czasu, gdy Polska znajdowała się w sowieckiej strefie wpływów. Wprawdzie rządzący nie stosowali już takiego terroru jak w czasach nocy stalinizmu, ale fundament władzy nadal opierał się na przemocy, kłamstwie i podporządkowaniu Moskwie. Władza Edwarda Gierka, która na początku lat 70. ubiegłego wieku budziła nadzieje części społeczeństwa, coraz wyraźniej ujawniała swoją nieudolność. Hasło: „Aby Polska rosła w siłę, a ludzie żyli dostatniej”, okazywało się propagandową iluzją, w dodatku opartą na niebotycznych kredytach. W połowie dekady zaczął przychodzić rachunek za tę politykę. Ukrywana przez państwo inflacja rosła, produkcja była niewydolna, coraz więcej pieniędzy znajdowało się w kieszeniach obywateli, ale coraz mniej towarów na sklepowych półkach. Komunistyczna władza stanęła przed wyborem: albo reformować system, albo podnieść ceny, co – jak to zawsze przewrotnie w komunizmie – określano „zmianą struktury cen podstawowych artykułów żywnościowych”. Wybrała to drugie, robiąc już od wiosny 1976 r. propagandową zasłonę dymną w postaci materiałów prasowych i telewizyjnych o rosnącym bezrobociu w Europie i USA, kryzysie żywnościowym i wzroście cen na światowych rynkach.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Komitet w płomieniach
Reklama
Ani dla władzy, ani dla środowisk opozycyjnych nie było jasne, jak zachowa się społeczeństwo. Komuniści opracowali precyzyjny scenariusz działania, któremu nadano kryptonim „Lato 76”. W stan gotowości zostały postawione jednostki podległe MSW, przygotowano wolne miejsca w aresztach, wprowadzono przyspieszony tryb w postępowaniu przed sądami i kolegiami do spraw wykroczeń. Dla złagodzenia wydźwięku komunikatu o konieczności podwyżek dzień po jego ogłoszeniu w największych zakładach pracy miały się odbyć inscenizowane „konsultacje społeczne”. 24 czerwca 1976 r. premier Piotr Jaroszewicz ogłosił w Sejmie, że mięso zdrożeje o 69%, cukier – o blisko 100%, masło – o ponad 50%. Dla milionów rodzin oznaczało to gwałtowne obniżenie poziomu życia. Nazajutrz o świcie stanęło 97 zakładów pracy, m.in. w Radomiu, Ursusie i Płocku. Tłum robotników z radomskich zakładów metalowych noszących imię jednej z ikon komunistycznego systemu, czyli osławionego gen. Świerczewskiego ps. Walter, wyjechał na ulice na wózkach akumulatorowych, które przystrojone w biało-czerwone flagi stały się jednym z symboli protestu. Tysiące ludzi dotarło pod gmach komitetu wojewódzkiego partii. Do pacyfikacji pokojowej manifestacji wysłano ZOMO z Łodzi, Kielc, Lublina i Golędzinowa, a wieść o tym doprowadziła do eskalacji protestu. Gmach znienawidzonej partii komunistycznej stanął w płomieniach. Tym dramatycznym gestem polscy robotnicy po raz kolejny przypomnieli, że nie można ich zastraszyć, oszukiwać i bez końca upokarzać. W tym samym czasie w Ursusie robotnicy słynnej fabryki ciągników zablokowali newralgiczną dla kraju linię kolejową Warszawa – Katowice, wyciągając elementy infrastruktury kolejowej. W Radomiu walki uliczne trwały przez cały dzień, a do pacyfikacji protestu użyto prawie 1,5 tys. uzbrojonych po zęby milicjantów i funkcjonariuszy bezpieki. Zaczęło się polowanie na ludzi, a do tragicznych symboli tamtych dni przeszły tzw. ścieżki zdrowia: zatrzymanych robotników prowadzono między szpalerami funkcjonariuszy, którzy bili ich pałkami, kopali i poniżali.
Moralne zwycięstwo
Skala protestów stawała się ogromna: na terenie całego kraju zastrajkowało 112 zakładów. Nie był to już lokalny bunt – był to sygnał, że niezadowolenie społeczne obejmuje znaczną część kraju. To przeraziło władze. Jeszcze tego samego dnia Gierek zdecydował o wycofaniu się z podwyżek cen, ale władza nie zamierzała darować upokorzenia. Rozpoczęły się masowe represje. „W całym kraju ze skutkiem natychmiastowym zaczęto usuwać z fabryk i zakładów za tzw. wichrzycielstwo robotników podejrzanych o wpływ na załogę i nielojalne zachowanie wobec dyrekcji i władzy. Sądy pracy otrzymały instrukcje, aby zatwierdzać decyzje o zwolnieniach” – wspominał obrońca w procesach politycznych i późniejszy premier odrodzonej Polski Jan Olszewski. Rozpędzono gigantyczną machinę propagandową, opisując robotniczy protest jako wystąpienia chuligańskie, których celem były grabieże i niszczenie mienia. Starano się przekonać opinię publiczną, że nie był to spontaniczny protest ludzi pracy, lecz wybryk grup przestępczych. W archiwach IPN zachowało się wiele relacji świadczących o tym, że do tej akcji włączeni byli od samego początku prowokatorzy bezpieki. Przykładowo na ul. Żeromskiego w Radomiu niezidentyfikowane osoby wybijały w sklepach szyby i wynosiły z nich towary, a robiły to na oczach patroli milicyjnych, które w ogóle nie interweniowały. Setki robotników aresztowano, poddano torturom, postawiono przed stronniczymi sądami, które wydawały wyroki wieloletniego więzienia. Za okazywane wsparcie dla robotników zapłacił życiem ks. Roman Kotlarz. Był proboszczem parafii w Pelagowie. Przypadkiem znalazł się w Radomiu i był świadkiem robotniczego protestu. Według relacji uczestników, błogosławił demonstrujących, wykonując znak krzyża nad tłumem przechodzącym ulicami miasta. Dla funkcjonariuszy komunistycznego państwa był to czyn niewybaczalny. Władza mogła jeszcze tolerować księży milczących, ale nie mogła zaakceptować kapłana okazującego solidarność z prześladowanymi, zwłaszcza że wygłosił szereg kazań, w których mówił o potrzebie solidarności z ciemiężonymi robotnikami. „Módlmy się za tych i pomagajmy tym, których spotkała krzywda” – powiedział w jednej z homilii. Te słowa były dla władz PRL bardziej niebezpieczne niż niejeden polityczny manifest. Bezpieka zatrzymywała księdza wielokrotnie, był on nękany, przesłuchiwany, wreszcie pobity przez „nieznanych sprawców”, co najpewniej stało się przyczyną jego nagłego zgonu w sierpniu 1976 r.
Od czerwca do sierpnia
Wołanie o pomoc dla cierpiących przyniosło efekt. „Zrozumieliśmy, że solidarność społeczna i narodowa musi zostać przeciwstawiona komunistycznej władzy” – wspominał Antoni Macierewicz, który był jednym z twórców powstałego we wrześniu 1976 r. Komitetu Obrony Robotników. Komunistyczna władza była przekonana, że represjonowani robotnicy pozostaną sami, bo tak działo się przecież wcześniej: po Poznaniu 1956 r. wielu uczestników protestów pozostawiono własnemu losowi, po marcu 1968 r. represjonowani studenci często nie mogli liczyć na szeroką pomoc społeczną. W 1976 r. stało się jednak coś nowego. W apelu założycielskim KOR napisano słowa, które przeszły do historii: „Ofiarom represji należy się pomoc i solidarność”. To zdanie było prostym zaprzeczeniem logiki komunizmu, który opierał się na izolowaniu ludzi, wzajemnej nieufności i strachu. Po raz pierwszy od zakończenia wojny na taką skalę powstała trwała współpraca między robotnikami, inteligencją, środowiskami katolickimi i niepodległościowymi. Był to fenomen niezwykły. Komunistyczna władza przez 30 lat konsekwentnie dzieliła Polaków, przeciwstawiała robotników inteligencji, wieś – miastu, wierzących – niewierzącym, starsze pokolenie – młodszemu. Tymczasem po czerwcu 1976 r. coraz więcej ludzi zaczynało rozumieć, że wolności nie odzyska żadna grupa społeczna działająca samotnie. Potrzebna była wspólnota. To właśnie wtedy – jak wspomina Zofia Romaszewska – zaczęła się rodzić idea, która wzmocniona słowami Jana Pawła II: „Nie lękajcie się”, po 4 latach przyjmie nazwę „Solidarność”.
Autor jest historykiem, doradcą Prezydenta RP Karola Nawrockiego, w latach 2016-24 był szefem Urzędu do Spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych.
