Oczywiście ten smok, wawelski. Jaki by inny? Jedziemy na wycieczkę do Krakowa. Zapowiadana była od dawna, przygotowania trwały wiele dni. Gros kosztów finansujemy z dochodów własnych z kolędy. Każdy przeznaczał na to jakiś procent. Niespodziewanie proboszcz chce partycypować w wyprawie – funduje obiad i dokłada się do biletów. Co za hojność. Chłopcy podekscytowani. Dla wielu z nich to pierwsza tak daleka wyprawa w życiu. Pierwszy pociąg, tramwaj i duże miasto. Ekscytacja sięga zenitu. Wyjeżdżamy z naszej miejscowości autobusem do miasta, tam przesiadka na pociąg, cudowna rzecz, w sezonie bezpośredni. Wszystko to zaczyna się bardzo wcześnie rano. Starsi przychodzą sami, młodsi z mamami, najmłodszy Adaś jest przyniesiony, śpi.
– W pociągu się obudzi. Niech ksiądz na niego uważa. Tak chciał jechać, że chyba by odchorował, jakbym go nie przyniosła.
Nie ma rady, biorę go i bronię przed chłopakami, którzy sobie tylko znanymi metodami chcą go doprowadzić do przytomności. Mamy szczęście, bo pociąg nawet nieprzeładowany, mieścimy się w trzech sąsiednich przedziałach. Jest nas piętnastu ministrantów, ze mną szesnastu osobników z prowincji. Żałuję, że nie dało się namówić nikogo z dorosłych do opieki i pomocy. Wszyscy pracują albo w mieście, albo w polu i nikt nie może sobie pozwolić na zmarnowanie, jak mówią, całego dnia. To połowa lat 70., więc robimy za szkolną wycieczkę, jakiegoś koła, i mają się zwracać do mnie „proszę pana”. Kamuflaż od początku udaje się mocno połowicznie, bo nawyk jest nieprzezwyciężony. Rodzi to tylko komiczne sytuacje.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
