Można by rzec, że podróże kształcą, ale należy doprecyzować – nie robią już tego automatycznie, jak kiedyś. Dawniej sama wyprawa w nieznane była doświadczeniem formującym: zmuszała do wysiłku, konfrontacji z obcością, pokory wobec świata. W epoce, gdy świat był mniej dostępny, każdy wyjazd miał w sobie element odkrycia – także wewnętrznego. To nie zwiedzanie jednak się zmieniło, tylko sposób jego przeżywania. Począwszy od tego, że informacje są dostępne natychmiast i wszystko można zobaczyć wcześniej w internecie, a kończąc na tym, że zamiast poznawania często tylko „zaliczamy miejsce”. W efekcie rzesza ludzi wojażuje dużo, ale niekoniecznie głębiej poznaje świat.
W świecie, w którym wszystko jest dostępne, wartość ma nie sam fakt dotarcia do danego miejsca, lecz sposób, w jaki to doświadczenie zostaje przeżyte i zinterpretowane. To właśnie od tego aspektu zależy, czy peregrynacja stanie się źródłem wiedzy, czy jedynie kolejnym epizodem.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Reklama
Na placu przed paryską Wieżą Eiffla wszystko dzieje się błyskawicznie. Para turystów podbiega i zatrzymuje się dokładnie w miejscu, które – jak podpowiadają media społecznościowe – zapewnia „ekskluzywne ujęcie”. Telefon w górę, szybki uśmiech, jedno zdjęcie, drugie na wszelki wypadek. Nie patrzą już na samą wieżę. Nie podnoszą wzroku. Po 30 sekundach odchodzą. Cel został osiągnięty – nie doświadczenie, lecz jego dowód.
Podobna scena rozgrywa się w Rzymie przy Fontannie di Trevi. Tłum gęstnieje, ale każdy chce mieć swoje 5 sekund „intymności” z zabytkiem. Turysta przeciska się przez ludzi, odwraca plecami do fontanny, wykonuje szybkie selfie. Nie rzuca nawet monety – nie ma czasu na życzenie ani refleksję. Jest tylko obraz, który ma potwierdzić obecność.
W Barcelonie pod bazyliką Sagrada Família grupa młodych zatrzymuje się na chwilę. Nikt nie słucha przewodnika, nikt nie analizuje detali architektury. Każdy zajęty jest ustawieniem kadru: filtr, światło, odpowiedni kąt. Świątynia Gaudíego staje się tłem – scenografią do autoprezentacji. Po chwili grupa znika w autokarze. Kolejny punkt „zaliczony”.
Jeszcze bardziej symboliczna scena rozgrywa się na stołowej górze Tepui w Wenezueli, gdzie turyści ustawiają się w kolejce – nie do podziwiania widoku, lecz do miejsca, z którego najlepiej wychodzi fotografia „na krawędzi”. Gdy przychodzi ich kolej, robią zdjęcie, niekiedy nawet nie odwracając się w stronę panoramy. Widok istnieje tylko jako tło – nie jako przeżycie.
Reklama
Nie chodzi o to, by potępiać selfie. Problem zaczyna się wtedy, gdy zdjęcie zastępuje przeżycie, a obecność w miejscu sprowadza się do krótkiego „dowodu bycia”. Turysta przestaje być uczestnikiem świata, staje się jego konsumentem – i to w najszybszej, skróconej wersji. W rezultacie powstaje paradoks: człowiek odwiedza coraz więcej miejsc, ale doświadcza ich coraz mniej. Wędrówka przestaje być drogą, a staje się serią przystanków między jednym ujęciem a drugim.
Istotną rolę odgrywają tu media społecznościowe, które wpływają na sposób dokumentowania i przeżywania. Obraz staje się ważniejszy niż doświadczenie, a obecność w danym miejscu bywa podporządkowana potrzebie jej udokumentowania. Czy w takich warunkach podróżowanie nadal może pełnić funkcję dokształcającą? Współczesny jego model staje się bowiem formą konsumpcji opierającej się na krótkim pobycie, szybkim przemieszczeniu się i koncentracji na najbardziej rozpoznawalnych turystycznych perłach.
Mimo wszystko podróżowanie nadal kształci, jeśli prowadzi do spotkania z drugim człowiekiem, a nie tylko do utrwalenia obrazu, a przy tym jeśli jest świadome, a nie konsumpcyjne. Krótko mówiąc: podróże już nie uczą same z siebie – edukują tylko tych, którzy chcą się oświecać. I to jest dziś bliższe prawdy niż kiedykolwiek wcześniej.
