Latem 2003 r. Europę nawiedziła fala upałów, która przeszła do historii jako jedna z najbardziej zabójczych katastrof klimatycznych naszych czasów. Termometry w Paryżu, Mediolanie czy Madrycie pokazywały wartości, które mieszkańcom kontynentu wydawały się niemal niewyobrażalne. A ja w tym samym czasie znajdowałem się na Saharze, w Nigrze, gdzie prowadziłem wyprawę survivalową. Nie było w tym żadnej brawury. Przynajmniej tak sobie wtedy tłumaczyłem. Od lat zajmowałem się przetrwaniem w skrajnych warunkach i wiedziałem, że pustynia jest najlepszym egzaminatorem, jakiego stworzyła natura. Sahara uznaje tylko fakty: ile masz wody i jak gospodarujesz siłami.
Słońce i piach
Mieliśmy spędzić 7 dni w karawanie, przemierzając pustynny obszar w warunkach, które już od początku zapowiadały się ciężko. Przez 4, może 5 dni temperatura w cieniu dochodziła do 45°C. Człowiek nie tyle chroni się przed gorącem, ile próbuje ograniczyć jego władzę nad własnym organizmem.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Reklama
Wyruszyliśmy wczesnym rankiem, kiedy nocny chłód jeszcze trzymał się przy ziemi. Na Saharze świt jest chwilą łaski. Powietrze bywa wtedy zaskakująco rześkie, niebo jasne i czyste, a człowiek popełnia pierwszy błąd: uwierzy, że może nie będzie tak źle. Wielbłądy ruszyły ospale, kołysząc się swoim odwiecznym rytmem. Nie lubię romantycznych opisów karawan. Wielbłąd nie jest poetycki. Prycha, protestuje, pluje, wstaje w sposób, który grozi złamaniem kręgosłupa nieuważnemu jeźdźcowi, i patrzy na człowieka z wyniosłą obojętnością. Ale na pustyni jest doskonały. Każdy jego ruch mówi o tysiącach lat przystosowania.
Pierwszego dnia jeszcze rozmawialiśmy. Ktoś próbował żartować, ktoś inny robił zdjęcia. Po kilku godzinach rozmowy ucichły. Upał odbiera człowiekowi potrzebę mówienia. Każde słowo kosztuje wilgoć. Usta wysychają, język staje się szorstki, gardło przypomina rurę oblepioną kurzem. Piasek wciska się wszędzie: do butów, ubrania, aparatu fotograficznego, uszu, zębów. Człowiek zaczyna rozumieć, że pustynia nie jest krajobrazem. Jest żywiołem, który przenika ciało. Słońce wznosiło się szybko. O godz. 9 było już bezlitosne, o 11 stawało się wszechobecne, a w południe przestawało być częścią nieba i zamieniało się w fizyczny nacisk. Skóra piekła mimo osłony. Powietrze drgało, horyzont pływał, a miraże układały się w obrazy tak przekonujące, że nawet doświadczony podróżnik przez moment chciał im wierzyć.
Cenniejsza niż złoto
Na pustyni woda ma bezgraniczną wartość. Każdy łyk trzeba było pić rozumnie. Zbyt mało – groziło odwodnieniem. Zbyt dużo naraz – dawało chwilową ulgę, ale przyspieszało utratę zapasów i mogło zaburzyć równowagę organizmu. W ekstremalnym upale człowiek nie ufa już pragnieniu, bo ono pojawia się za późno. Trzeba pić według planu, zanim usta spękają i zanim ból głowy stanie się pierwszym ostrzeżeniem.
Reklama
Wstawaliśmy przed świtem. Składaliśmy obóz szybko i ruszaliśmy, zanim słońce objęło pełną władzę. Najdłuższy postój przypadał na godziny południowe. Rozciągaliśmy płachty, ale materiał nagrzewał się od góry, piasek oddawał ciepło od dołu, a gorące powietrze stało nieruchomo. Leżeliśmy, starając się nie wykonywać zbędnych ruchów. Oddychanie stawało się pracą. Pot spływał po plecach, ale wysychał niemal natychmiast, zostawiając na koszuli białe ślady soli. Oczy szczypały. Serce biło szybciej, choć ciało pozostawało nieruchome. W takich warunkach organizm wydaje fortunę energii tylko na to, aby utrzymać normalną temperaturę.
Trzeci dzień był najtrudniejszy psychicznie. Pierwszy niesie jeszcze emocje, drugi mobilizację, trzeci odsłania prawdziwy wymiar drogi. Do końca daleko, zmęczenie już narasta, a krajobraz nie daje żadnej pociechy. Piasek, kamienie, sucha przestrzeń, niebo bez jednej chmury. Człowiek zaczyna liczyć godziny, potem kroki, potem łyki wody. Myśli kurczą się do rzeczy podstawowych. Czy bukłak jest dobrze zamknięty? Czy nakrycie głowy nie zsunęło się z karku? Ile zostało do postoju? Czy ten ból głowy to tylko słońce, czy już początek odwodnienia?
Zwykły luksus
Wieczorem pustynia zmieniała twarz. Temperatura spadała, światło miękło, wydmy nabierały długich cieni. To była pora, kiedy wracała człowiekowi zdolność myślenia. Przy ognisku twarze ożywały. Herbata miała smak nagrody. Nikt nie potrzebował wykwintnych potraw. Kuskus, daktyle, coś słonego – wszystko wydawało się doskonałe. Pustynia brutalnie koryguje nasze pojęcie luksusu. Luksusem jest łyk chłodniejszej wody. Cień. Zdjęcie butów.
Reklama
Noc na Saharze potrafi być piękna niemal do przesady. Niebo jest tak głębokie, że człowiek czuje się pod nim mniejszy niż ziarnko piasku. Gwiazdy nie migoczą gdzieś daleko. Wiszą nisko, ostre i liczne. Ale nawet to piękno ma swoją surowość. Po całym dniu upału ciało jest rozbite, mięśnie są napięte, skóra gorąca, usta spękane. Sen przychodzi krótki i czujny. Wiatr zmienia kierunek, wielbłądy pomrukują, coś szura po piasku.
O świcie poganiacz wielbłądów rozgarniał piasek w miejscu, gdzie pod cienką warstwą nadal żarzyły się węgle z nocnego ogniska. Z mąki, wody i szczypty soli ugniatał prosty, płaski placek, kładł go bezpośrednio na rozgrzanym podłożu, przykrywał żarem, a następnie zasypywał piaskiem. Po kilkunastu minutach wydobywał chleb patykiem, otrzepywał go i opukiwał dłonią. Skórka była twarda, miejscami przypalona i chrzęściła od pojedynczych ziaren piasku, ale wnętrze pozostawało miękkie i pachnące dymem. Jedzony jeszcze gorący, z gorzką herbatą, smakował lepiej niż najwytworniejsze pieczywo.
Byle przeżyć dzień
Czwartego dnia temperatura ponownie sięgnęła ok. 45°C. Upał nie był już wydarzeniem. Stał się systemem. Twarz każdego z nas nosiła ślady zmęczenia. Rysy się wyostrzyły, spojrzenia spoważniały, ruchy zostały ograniczone do niezbędnych. Nikt nie chciał marnować energii na narzekanie. To jest moment, który szczególnie cenię w wyprawach: kiedy opadają społeczne maski. Człowiek przestaje grać rolę. Nie jest już dyrektorem, lekarzem, biznesmenem, intelektualistą ani bohaterem. Jest organizmem, który chce przeżyć dzień.
Reklama
Jeden z uczestników zaczął słabnąć. Najpierw szedł wolniej, potem przestał reagować na żarty, wreszcie usiadł bez słowa. Skóra była gorąca, twarz nienaturalnie blada, spojrzenie nieobecne. To nie był czas na dyskusje. Zatrzymaliśmy karawanę, znaleźliśmy cień, rozluźniliśmy ubranie, schładzaliśmy kark i pachy, podawaliśmy wodę małymi porcjami. Na pustyni nie wolno czekać, aż objawy staną się dramatyczne. Udar cieplny rozwija się szybciej, niż ludzka duma potrafi przyznać, że potrzebuje pomocy. Po pewnym czasie odzyskał kontakt, ale ten incydent zmienił atmosferę. Każdy zrozumiał, że nie uczestniczymy w egzotycznej zabawie. Sahara nie potrzebuje przepaści ani lawiny, żeby zabić człowieka. Wystarczą słońce, niewłaściwe tempo, źle oceniony zapas wody i kilka minut lekceważenia.
Reżim pustyni
Siódmego dnia rano światło było łagodniejsze. Może dlatego, że wiedzieliśmy, iż to ostatni etap. A może organizm przyzwyczaił się już do reżimu pustyni. Człowiek jest stworzeniem zadziwiająco adaptacyjnym. Potrafi przystosować się do bólu, głodu, gorąca, niewygody. Ale nie należy tego przeceniać. Granice są realne. Doświadczenie nie czyni nas niezniszczalnymi. Czyni nas jedynie bardziej świadomymi chwili, kiedy trzeba się zatrzymać.
Gdy po tygodniu dotarliśmy do kresu karawany, nie było euforii. Była ulga. Twarze mieliśmy spalone, ubrania sztywne od soli i kurzu, usta popękane, stopy obolałe. Ale każdy wiedział, że wydarzyło się coś ważniejszego niż pokonanie trasy. Sahara odebrała nam iluzję kontroli i w zamian dała rzecz cenniejszą: prostą wiedzę o sobie. Nauczyła uczestników, że człowiek może wiele, ale nie wszystko. Że woda jest ważniejsza od ambicji, cień od dumy, a właściwa decyzja od odwagi na pokaz.
