Jedną z rzeczy, które zadecydowały, że zostałem księdzem, była młodzieńcza fascynacja postacią Thomasa Mertona. „Wpadł mi w oko”, gdy miałem 18 lat. Byłem w liceum, nie wiem, jak to się stało, że zacząłem czytać jego autobiografię, a zarazem najbardziej znaną jego książkę Siedmiopiętrowa góra. Pamiętam jak dziś ten klimat. Leżałem w niedzielne popołudnie w rodzinnym sadzie na trawie, w cieniu drzew chroniących przed letnim słońcem, i zaczytywałem się jego autobiograficzną opowieścią o tym, jak błąkał się przez 27 lat po świecie, by odnaleźć sens życia u trapistów w Klasztorze Gethsemani w stanie Kentucky (USA). Wokół pachniała trawa, gdzieniegdzie rozrzucone były przejrzałe jabłka, a ja „nurkowałem” w kolejnych rozdziałach autobiografii, w której Merton pisał, jak krok po kroku wspinał się na swoją górę i prosił Boga, aby go tam wciągnął. Zdawał sobie bowiem sprawę, że bez Boga jest zupełnie bezsilny, że potrzebuje modlitwy i Jego łaski. I ja odczuwałem wtedy taką potrzebę wejścia w świat Boga, a nade wszystko fascynację, zaskoczenie, ciekawość, podziw, chęć uchylenia rąbka tajemnicy świata Mertona, który pragnąłem poznać. A trzeba powiedzieć, że był to barwny świat.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
