Pielgrzymi mijali figurę prymasa Stefana Wyszyńskiego. Jedni kierowali się do sanktuarium, inni wychodzili zza klasztornych murów i schodzili w stronę straganów z dewocjonaliami. Tego dnia na stoisku Niedzieli dyżur pełniła Weronika Swodczyk – studentka ratownictwa medycznego Uniwersytetu Jana Długosza w Częstochowie.
Szybka akcja
Weronikę, która zmierzała w stronę Jasnej Góry, zaalarmował przeraźliwy krzyk kobiety. – „Pomocy!” – to było pierwsze słowo, które usłyszałam – wspomina. Kilka metrów dalej na ziemi leżał mężczyzna. Jego żona klęczała obok niego i krzyczała jego imię. Chwilę wcześniej stracił przytomność i upadł. Jak się okazało, sytuacja była znacznie poważniejsza niż zwykłe zasłabnięcie. – Dla mnie słowo „pomoc” jest sygnałem ostrzegawczym, który skłania do działania – mówi Weronika. Chwyciła rękawiczki jednorazowe, które – jak przyznaje – zawsze nosi w torebce, i pobiegła do poszkodowanego. Przy mężczyźnie klęczał już inny człowiek. Z jego zachowania i podejmowanych działań wynikało, że prawdopodobnie miał wykształcenie medyczne. Zdążył obrócić poszkodowanego na plecy i sprawdzić podstawowe parametry życiowe. – Oddechu ani tętna nie było. Oboje wiedzieliśmy, że doszło do zatrzymania krążenia – relacjonuje Weronika. Jedna osoba została poproszona o wezwanie pomocy. Oni sami natychmiast rozpoczęli resuscytację. Już po 6 minutach od wezwania przybył zespół ratownictwa medycznego, który szybko wykonał defibrylację, dzięki czemu serce mężczyzny zaczęło pracować w prawidłowy sposób. Ale jak podkreślają świadkowie, było to możliwe dzięki szybkiej akcji Weroniki i drugiego anonimowego bohatera. – Gdyby nie ta dwójka, aż strach pomyśleć, co by się stało z tym biednym mężczyzną – mówi Krzysztof Kołaciński, świadek zdarzenia.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
