Wszystkie drogi, jak mówi znane powiedzenie, prowadzą do Rzymu. I te, które rzeczywiście tam w starożytności prowadziły, były znakomite. Podczas ich budowania wyrównywano teren, robiono wykop i rowy odwadniające. Sama droga składała się z kilku warstw żwiru łączonych zaprawą, a na wierzchu układano płyty kamienne. Na terenach bagiennych posiłkowano się wbijanymi w ziemię palami, a na rzekach budowano kamienne mosty. Niektóre z tych dróg przetrwały do dziś w takim stanie, że nadal można po nich jeździć.
Wszystko to błazeństwo
Po upadku cesarstwa rzymskiego nie miał kto dbać o drogi i z czasem uległy zniszczeniu. Wprawdzie Karol Wielki próbował je odnowić, ale nie było już ani specjalistów, którzy by potrafili to zrobić profesjonalnie, ani zrozumienia celu takich działań. W końcu nikt o zdrowych zmysłach dobrowolnie nie podróżował. Dróg więc było niewiele i najczęściej przypominały dzisiejsze udeptane ścieżki, które wiosną i jesienią zamieniały się w nieprzejezdne bagniska. Z większymi podróżami czekano czasem do zimy, kiedy mróz ścinał błoto, a po śniegu czy nawet po zamarzniętych rzekach można było przejechać saniami. Tyle że wtedy nie było odpowiedniej ilości paszy dla koni.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Reklama
Teoretycznie o stan dróg powinni się troszczyć król lub lokalni władcy. Ale o ile prawo to działało jako tako w Europie Zachodniej, szczególnie w Anglii i Niderlandach, to już w Rzeczypospolitej nikt nie był w stanie zmusić szlachcica, który był właścicielem drogi lub mostu, do napraw. Za to chętnie pobierał on opłaty za korzystanie z nich. Nieważne, że most był dziurawy, myto się należało jak za dobry: od 10 baranów albo pięciu wieprzy lub jednego konia miedziany grosz (dzisiejsze 10 zł). Cudzoziemcy, którzy odwiedzali Polskę, zawsze ganili jej drogi – powtarzano sobie dowcip, że do przejechania przez polski most trzeba mieć tyle odwagi, ile do przejechania przez najgłębszy bród, gdyż niebezpieczeństwo było jednakowe. Sami Polacy powtarzali chętnie przysłowie: „Polski most, niemiecki post i cygańskie nabożeństwo, wszystko to błazeństwo”. Ksiądz Benedykt Chmielowski, autor pierwszej polskiej encyklopedii, w XVIII wieku gorzko stwierdził: „Złe są rządy i złe drogi w Polszcze, złe i mosty. Złych ludzi jest bez liczby, że nie mają chłosty”. Nie pomagało nawet to, że na skutek zaniedbań często zdarzały się nieszczęścia. Kronikarz Jan Długosz opisuje, jak łamały się koła uwięzionego w bagnie powozu wiozącego do ślubu narzeczoną króla Władysława Jagiełły. A lekarz, który spieszył na ratunek choremu Janowi Olbrachtowi, tak ugrzązł przy karczmie w Prądniku, że osiem koni nie było w stanie wyciągnąć go, a ponieważ błota nie sposób było wyminąć, król umarł.
Ten stan trwał prawie do czasów nam współczesnych. W połowie lat 30. ubiegłego wieku tylko część dróg w Polsce było bitych, tzn. utwardzonych w jakikolwiek sposób, najczęściej prymitywnie – żwirem lub „kocimi łbami”. Minister spraw wewnętrznych Felicjan Sławoj Składkowski napisał: „Prowadziłem mozolnie samochód do stacji kolejowej Nałęczowa po straszliwie wyboistej, szerokiej, nieuregulowanej drodze, gdzie w jesienie bryczki i dorożki łamały resory i tonęły w błoci. Niestety, nic nie zmieniło się od czasów rosyjskich”. A Maria Dąbrowska wspominała o drodze do Zamościa: „Z obawy przed zagrzęźnięciem zostawiamy auto na szosie, a sami najętą furmanką polnymi drogami jedziemy”.
Smarować nogi wódką
Reklama
Obok złych dróg groziły także inne niebezpieczeństwa. Najnowszy przewodnik podróżny przez Niemcy, Francyą, Włochy i Szwajcaryą: bardzo użyteczne i wygodne dziełko doręczne dla podrożujących wszelkiego stanu..., wydany we Wrocławiu w 1832 r., daje w tym względzie wiele bardzo praktycznych rad. Przykładowo: „Jadąc powozem z oknami śklanemi, trzeba je zawsze na niebespieczniejszych miejscach kazać spuścić; nic bowiem nie jest szkodliwszego jak kawałki takich okien, a osobliwie, gdy są ze śkła zwierciadlanego. Tę ostrożność zachować także należy w lasach, gdzie gałęzie łatwo okna powybijać mogą”. Był także sposób na chorobę lokomocyjną: „Jest wiele osób, a osobliwie dam, które nie mogą jechać, zwłaszcza gdy tyłem do koni siedzieć muszą; takie osoby niechaj sobie położą na gołe ciało w okolicy żołądka gruby niebieski papier od cukru, zwinąwszy go kilka razy”. A na ból zęba: „Jeżeli trzymanie ciepłej wody w gębie żadnej ulgi nie przynosi, wtedy, rozgniotłszy głowkę czosnku, nakłaść tej massy po trosze w uszy albo tylko za ucho na téj stronie, na której ząb chory się znajduje”. Swoją drogą, ciekawe, czy pomagało?
Dla wędrującego pieszo podstawową informacją była prognoza pogody. Kilka stron w przewodniku jest temu poświęconych, ale najlepszym wskaźnikiem w końcu okazywał się... pająk: „Im bardziej siatkę rozszerza i nici przedłuża, im z większą pilnością naprawia szkody, które taż siatka poniosła od nawałnicy, tem pewniej na piękną i trwałą pogodę rachować można”. Warto też było zadbać o nogi: „Bardzo dobrą jest rzeczą dla wędrownika umyć sobie co wieczór przed spaniem nogi i uda wódką. (...) Gdy się pęcherzy po nogach od chodzenia dostanie, nie trzeba ich przecinać, lecz za pomocą igły poprzewłoczyć przez nie nici i w małej odległości od skory poprzycinać; można także to miejsce łojem jelenim nasmarować, a nazajutrz pojdzie się znowu, jak gdyby nigdy nic nie było”.
Najbardziej jednak bano się bandytów. W tym celu do zestawu najbardziej potrzebnych rzeczy w czasie podróży dołączano broń: „Najlepsze są ku obronie pistolety dubeltowe (...). Gdy nam niebespieczeństwo grozi, zachować się trzeba jak najspokojniej, nie strzelać za prędko i za daleko, a zawsze brać człowieka przez pół na cel; szrotem strzela się w nogi”. Pistolet w tamtych czasach był jednak niepewny. Nie zawsze wypalał i często chybił, nawet z niewielkiej odległości. Znaleziono i na to sposób: „Podpora podróżnego niech razem będzie jego bronią, t.j. prosty, ale mocny i ważny kij, dobrze w żelazo okuty (...), a garść tabaki pomieszanej z pieprzem tłuczonym i piaskiem, którą w skórzanej kieszeni w pantalonach nosić trzeba, zastąpi proch i ołów. W przypadku napaści udaje się, iż się chce wyciągnąć kieskę lub zegarek, a zamiast tego rzuca się śmiało i prędko owej gryzącej mieszaniny przeciwnikowi w oczy”. A najlepiej ubrać się w drogę podobnie jak autor Najnowszego przewodnika...: „Sprawiłem sobie już znacznie przechodzony surdut, parę szarych pantalonów płociennych i stosowną czapkę i w tym ubogim ubiorze szedłem często późno w noc przez najosławieńsze okolice włoskiej ziemi”.
Wzbogaceni o tę niezbędną i praktyczną wiedzę sprzed 200 lat nie mamy zatem innego wyboru, jak przygotować się stosownie i... wyruszyć w drogę!.
