Pięćdziesięcioletni włoski arystokrata Francesco Luciani Ranier był po dwóch amputacjach prawej nogi. Miał wysoką gorączkę, tracił przytomność i nie poznawał najbliższych. W majaczeniu coś recytował, gwałtownie poruszał rękami, jakby dyrygował orkiestrą, której nikt poza nim nie widział. Diagnoza przerażała jego bliskich. Pacjent umierał z powodu sepsy. Nawet współcześnie śmiertelność w przypadku sepsy wynosi od 30 do ponad 50% w najcięższych przypadkach, a co dopiero siedemdziesiąt parę lat temu. Nic więc dziwnego, że 4 sierpnia 1950 r. medycy ocenili, iż Francescowi pozostało zaledwie kilka godzin życia. W takiej sytuacji najbliższym po głowie chodziła myśl: „Dobrze, że rodzinny grobowiec znajduje się niedaleko”.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
