Mariusz Rzymek: Zdziwiło mnie jak dużo ludzi u was na moje pozdrowienia odpowiadało staropolskim „Szczęść Boże”. Wiele okolicznych wiosek zasiedlonych przez górali czadeckich zachowały jeszcze polski klimat?
S. Bronisława Drozdek: Sołoniec, Plesza i Pojana Mikuli – tutaj czuje się polskiego ducha. Małżeństwa są wymieszane, ale dominują kultura i tradycja polska. W Kaczyce jest sanktuarium Matki Bożej Częstochowskiej, a w jego głównym ołtarzu znajduje się kopia Czarnej Madonny. Przed kościołem stoi Pomnik św. Jana Pawła II. Tam jednak jest już mało Polaków. Jeśli w rodzinie nie przechowa się języka przodków, nie przekaże się ich spuścizny dzieciom, to wszystko zanika.
Nie ukrywam, że poziom polszczyzny wśród miejscowych pozytywnie mnie zaskoczył. Kto o to zadbał?
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Pomógł Zbigniew Kowalski, który z początkiem lat 90. ubiegłego wieku, wysyłając zaproszenie na festiwal „Bukowińskie Spotkania”, zainspirował górali czadeckich do większej troski o polskie dziedzictwo. Dużo zasług ma w tym także Gerwazy Longher, polskiego pochodzenia poseł w parlamencie rumuńskim, który urodził się w Kaczyce. Jego zaangażowaniu zawdzięczamy powstanie w każdej z naszych wiosek Domu Polskiego. O poziom języka dbają również zespoły ludowe, Związek Polaków, no i kościół parafialny.
Reklama
Jak ten język polski, którym się posługujecie, ewoluował na przestrzeni lat?
U nas zachowała się specyficzna gwara góralska, o której starzy ludzie mówili, że to taki „brudny polski”. Dopiero od rewolucji, która obaliła Ceau?escu, jesteśmy nauczani poprawnej polszczyzny. W komunistycznej szkole zajęcia odbywały się w języku rumuńskim, ale raz w tygodniu mieliśmy naukę polskiego. Wszędzie w placówkach publicznych, w sklepach rozmawiało się po rumuńsku. Język ojczysty pielęgnowano w domu i w kościele.
Skoro w czasach komunistycznych marginalizowany był język polski, to pewnie wcale nielepiej było z praktykami religijnymi?
Komuniści przeszkadzali, jak mogli. Mieliśmy jednak po swojej stronie ks. Kazimierza Kotylewicza, który pochodził z Mołdawii; dzieli ją od nas ok. 150 km, a do granicy ukraińskiej mamy 15 km. Na nasze szczęście został on duszpasterzem w Nowym Sołońcu. Obsługiwał także Pleszę, Pojanę Mikuli, a więc polskie wsie, oraz wieś Solka, gdzie było duże skupisko Niemców. Komuniści utrudniali mu życie, ale on się nie poddawał. Był inwigilowany, zabierany na przesłuchania, lecz to go nie zniechęcało. Głosił kazania, katechizował po polsku, robił wszystko, aby związek z krajem przodków nie zaginął. Ksiądz Kotylewicz zmarł w 2022 r. – w wieku 96 lat. W kościele w Nowym Sołońcu wisi poświęcona mu pamiątkowa tablica.
A skąd się wzięła Siostra w Nowym Sołońcu?
Reklama
Jestem prawnuczką polskich osadników. Moi pradziadowie wyjechali z Polski za pracą. W drogę wyruszyli wozami zaprzęgniętymi w konie. Wtedy granicy jako takiej nie było, bo zarówno na Śląsku Cieszyńskim, w Małopolsce, na Węgrzech, jak i w Rumunii rządzili Habsburgowie. Ostatecznie pradziadkowie zatrzymali się tutaj. Od miejscowego bacy, który hodował owce, wykupili małą polanę, wykarczowali ją i założyli wioskę. Pojana Mikuli to po polsku Mała Polana. Wraz z Polakami zamieszkiwali w niej Niemcy i Austriacy. Pod koniec II wojny światowej na skutek jakiegoś donosu Niemcy podpalili wioskę. Pożoga strawiła nie tylko zabudowania, ale i katolicki kościół, który wspólnymi siłami wznosili Polacy i Niemcy. Ludzie uciekali i szukali miejsca u znajomych i krewnych. Dlatego moja mama urodziła się nie w Małej Polanie, ale w innej wiosce, w której schronili się jej rodzice. Mieszkańcy wrócili na swoje włości dopiero wtedy, gdy działania wojenne się zakończyły. Część z nich zdecydowała się na powrót do ojczyzny. Rodzina od strony mojej mamy dotarła w okolice Wrocławia. Każdy decydował o sobie. Pradziadkowie przenieśli się do kraju swych przodków, a dziadkowie zdecydowali się zostać w Pojanie Mikuli.
Co zmieniło się w tej enklawie polskości na przestrzeni półwiecza?
W czasach komunistycznych życie tutaj było ciężkie. Wypasało się bydło, a większość prac wykonywało się ręcznie. Każdy wiedział, co musiał zrobić, i wywiązywał się ze swych obowiązków. Jak był czas na pracę, to pracował, a jak na modlitwę, to się modlił. Ksiądz Kotylewicz odprawiał Mszę św. w kilku miejscowościach i nieraz, kiedy szedł pieszo leśnymi szlakami, zdarzało mu się spóźnić. Bywało, że czekało się na niego i 2 godziny. A on nie zaczynał Liturgii, póki nie wyspowiadał wszystkich chętnych. Ludzie mieli cierpliwość. Teraz jest inaczej. Obecnie jeśli Msza św. przeciągnie się o pół godziny, to już jest za długo. Powoli przesiąkamy tym światem. Dla starszego pokolenia nie do pomyślenia było to, co wydarzyło się w czasie epidemii COVID-19. Kościoły zostały zamknięte, bo jakaś tam choroba. A starsi przypominali, że dawniej, gdy były wojna czy morowe powietrze, to szło się do kościoła, aby prosić Boga o pokój i zdrowie. Podkreślali, że ciężkie czasy można było przetrwać tylko dzięki wierze i modlitwie.
A tutaj są młodzi? Angażują się w życie religijne?
Teraz jest bardzo trudno. Powiesz coś dzieciom czy młodzieży – to już krzywda. Dawniej był większy szacunek dla starszych. Ludzie byli bliżej siebie i do sąsiada/sąsiadki zwracano się: „wujku”/„ciociu”. Zresztą nie mówiło się „Dzień dobry”, tylko „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus”. Wiara była codziennością, czego uczyło najstarsze pokolenie. To właśnie w domu rodzinnym dbało się o zachowanie tradycji, kultury polskiej oraz wiary katolickiej. Nie można jednak powiedzieć, że młodych ludzi nie ma w kościele. Katecheza odbywa się w szkole i prowadzi ją świecka osoba. Do bierzmowania w ub.r. przygotowywało się 60 kandydatów, a sakramentu udzielał nuncjusz apostolski. Poza tym młodych widać też na tradycyjnej pielgrzymce do sanktuarium Matki Bożej Częstochowskiej w Kaczyce.
