Dzisiaj znamy na nie odpowiedź. Ma ona nazwę, mundury, remizę, samochód, motopompę i około trzydziestu druhów. Ma również swoją syrenę, która przez lata była jednym z dźwięków tej miejscowości. Jednak najważniejszym jej elementem pozostają ludzie.
Pod koniec sierpnia mieszkańcy Hoszni Abramowskiej spotkali się przy remizie, aby świętować jubileusz 60-lecia miejscowej Ochotniczej Straży Pożarnej. Była Msza św., meldunek, flaga państwowa, odznaczenia i oficjalne przemówienia. Była muzyka, występy, rodzinny festyn i dyskoteka pod gwiazdami. Wszystko to było potrzebne, aby święto miało swój rytm. Jednak pomiędzy kolejnymi punktami programu kryła się opowieść znacznie większa od jubileuszowej daty. Bo sześćdziesiąt lat OSP to właściwie sześćdziesiąt lat pewnego sposobu myślenia o wspólnocie.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Reklama
Początek tej historii nie jest związany z uroczystym przecięciem wstęgi ani z gotowym budynkiem remizy. Nie ma nawet dokładnej daty zebrania założycielskiego. Nie zachował się protokół, który mógłby wskazać konkretny dzień. Zachowała się jednak lista pierwszych członków. Dwadzieścia sześć nazwisk. Władysław Głowala, Julian Matek, Stanisław Momot, Zenon Szewczak, Władysław Omiotek, Aleksander Kapica i kolejni mieszkańcy Hoszni Abramowskiej oraz przylegającej części Majdanu Abramowskiego. To właśnie oni dali początek jednostce. Bezpośrednim impulsem był pożar zabudowań Mariana Marka w Hoszni Ordynackiej. Mieszkańcy Hoszni Abramowskiej uczestniczyli wtedy w akcji ratunkowej. Zobaczyli ogień z bliska. Zobaczyli także, jak bardzo potrzebna jest zorganizowana pomoc. I wtedy wydarzyło się coś, co często stanowi początek rzeczy naprawdę ważnych: doświadczenie zagrożenia zostało zamienione w odpowiedzialność.
Dziś, po sześciu dekadach, łatwo patrzeć na tę historię jak na zamknięty rozdział. Tymczasem ona nadal trwa. Prezes OSP Adam Misiura mówił podczas jubileuszu, że jednostka liczy około trzydziestu osób, a wśród nich są zarówno druhowie honorowi, jak i aktywni. Są też młodzi, którzy dopiero uczą się strażackiego świata. To właśnie oni są odpowiedzią na pytanie, czy sześćdziesiąt lat może być początkiem, a nie końcem historii.
Podczas jubileuszowej Mszy św. ks. Adam Czupich zwrócił uwagę na rzecz, o której podczas strażackich uroczystości mówi się zdecydowanie za rzadko. Kiedy strażak jedzie na akcję, nie rusza sam. Za nim pozostaje dom. Pozostaje żona, mąż, rodzice, dzieci, rodzeństwo. Pozostają ludzie, którzy słysząc syrenę, wiedzą, że ich bliski może za chwilę znaleźć się w miejscu, którego oni nie widzą i nad którym nie mają żadnej kontroli. – To, że strażak jedzie na akcję, to jest też i lęk, i obawa w domu – przypomniał proboszcz parafii w Radzięcinie. To jedno zdanie pozwala spojrzeć na strażacką służbę z zupełnie innej strony. Mundur jest widoczny. Oczekiwanie rodziny już nie. Samochód wyjeżdżający z remizy można zobaczyć. Ciszy w domu, kiedy bliska osoba czeka na jego powrót, nie widać. Dlatego jubileusz OSP jest również świętem tych, którzy nigdy nie wyjechali do akcji, a jednak przez lata żyli w rytmie strażackiej służby swoich najbliższych.
Reklama
Straż pożarna okazuje się tutaj czymś znacznie szerszym niż formacją reagującą na zagrożenia. Staje się częścią codziennego życia mieszkańców. Pomaga wtedy, kiedy trzeba ratować. Pomaga również wtedy, kiedy trzeba zorganizować wspólne wydarzenie, przygotować uroczystość czy zwyczajnie zrobić coś dla sąsiadów. Właśnie dlatego Andrzej Szarlip mówił o OSP jako o sile scalającej lokalną społeczność. – Ochotnicza Straż pełni rolę scalania tej społeczności – podkreślał starosta biłgorajski. W Hoszni Abramowskiej widać to bardzo wyraźnie. Może dlatego podczas jubileuszu równie ważne jak oficjalne przemówienia były chwile, kiedy ludzie po prostu byli ze sobą.
Przy remizie przygotowano rodzinny festyn. Była Gminna Orkiestra Dęta z Goraja, pokaz Kimbo Team MMA, część artystyczna i prezentacja historii OSP oraz Hoszni Abramowskiej. Koła Gospodyń Wiejskich przygotowały zaplecze gastronomiczne. Była darmowa grochówka, regionalne potrawy, loteria i atrakcje dla dzieci. Można spojrzeć na ten program jak na zwykły festyn. Można też dostrzec w nim coś więcej. Wioska potrzebuje miejsc, w których mieszkańcy spotykają się bez konkretnego powodu. Potrzebuje przestrzeni, gdzie starszy człowiek może porozmawiać z młodszym, gdzie dziecko może zobaczyć mundur strażaka, gdzie ktoś, kto dopiero niedawno zamieszkał w okolicy, może poznać sąsiadów. Takie spotkania budują więzi, których nie da się stworzyć uchwałą ani zarządzeniem. I być może właśnie dlatego OSP od sześćdziesięciu lat pozostaje w Hoszni Abramowskiej czymś więcej niż jednostką.
Współczesna OSP w Hoszni Abramowskiej dysponuje nowoczesnym sprzętem, jednostka uczestniczy w zawodach, zabezpiecza wydarzenia, angażuje się w życie lokalne i chce rozwijać działalność ratowniczą. To konkret. Za tym konkretem stoi jednak coś, czego nie można kupić za żadne pieniądze. Zaufanie. Mieszkańcy wiedzą, że w razie potrzeby mogą liczyć na swoich druhów. A druhowie wiedzą, że kiedy zakładają mundur, stają się częścią historii rozpoczętej przez poprzednie pokolenie. Ksiądz Adam Czupich podczas Mszy św. przypomniał patrona strażaków, św. Floriana. Wskazał na jego odwagę, wierność wierze i gotowość do obrony. W tej perspektywie strażacka służba otrzymuje jeszcze jeden wymiar. Jest szkołą odpowiedzialności. Uczy, że własny czas można oddać drugiemu człowiekowi. Że bezpieczeństwo wspólnoty nie jest wyłącznie zadaniem instytucji. Że czasami trzeba wstać od własnego stołu, zostawić swoje zajęcia i pojechać tam, gdzie ktoś potrzebuje pomocy. A potem wrócić.
Sześćdziesiąt lat OSP w Hoszni Abramowskiej można policzyć na wiele sposobów. Można policzyć prezesów. Można policzyć samochody i motopompy. Można policzyć odznaczenia, zawody, remonty i wydarzenia. Można też policzyć pokolenia. I właśnie ten sposób wydaje się najważniejszy. Pierwsi druhowie stworzyli jednostkę po doświadczeniu pożaru w sąsiedniej miejscowości. Potem zbudowali remizę. Kolejni dbali o jej rozwój, zdobywali sprzęt, szkolili się, uczestniczyli w zawodach i pomagali mieszkańcom. Następne pokolenie przejęło mundury, obowiązki i pamięć. Dzisiaj przyszła kolej na następnych. Jubileusz 60-lecia nie powinien więc być kropką. Bardziej przypomina przecinek, bo historia OSP w Hoszni Abramowskiej nadal się pisze. Może jej kolejne rozdziały zaczną się od nowych młodych druhów. Może od nowego samochodu. Może od kolejnego remontu. Może od zwyczajnego spotkania przy remizie. A może pewnego dnia znów zabrzmi syrena. Wtedy ktoś przerwie rozmowę, ktoś odłoży telefon, ktoś zostawi swoje zajęcie i pobiegnie założyć mundur. I właśnie wtedy okaże się, że sześćdziesiąt lat nie minęło bez śladu. Bo prawdziwa historia Ochotniczej Straży Pożarnej zaczyna się zawsze od człowieka, który słyszy wołanie o pomoc i odpowiada: jadę. A zanim zabrzmi syrena, musi być jeszcze coś ważniejszego – gotowe serce.
