Renata Czerwińska: Uczy Pan religii od 43 lat. Jak się zrodziło pana powołanie?
Adam Ślusarz: Wszystko zaczęło się od rodziców i dziadka, którzy od najmłodszych już lat wpajali mi wartości. Potem rozwijało się to poprzez katechezę szkolną, która odbywała się nawet u mnie w domu. Przez pewien czas mama użyczała pokoju na lekcje religii. Kiedyś sto metrów od mojego domu stała ośmioklasowa szkoła, ale do kościoła parafialnego w Sarnowie, w którym byłem chrzczony, przyjmowałem I Komunię św. i bierzmowanie, mieliśmy 10 km. Dlatego ówczesny proboszcz poprosił moją mamę o pomoc. Tutaj też wydarzył się epizod, że kiedy byłem w szóstej klasie, sam uczyłem swoją klasę z książki. Potem uczyłem się katechezy w szkole średniej, a po jej ukończeniu wróciłem do siebie. Jednak w 1981 r. ówczesny ksiądz proboszcz, nieżyjący już Jerzy Pawłowski, spytał mnie, czy mógłbym mu pomóc w katechezie. Lekcje odbywały się w Kaplicy Matki Bożej Nieustającej Pomocy w Działowie. Był to punkt filialny naszej parafii. Baliśmy się trochę, żeby nas nie odwiedziły organy państwowe, ale wszystko się udało.
Zatem jako katecheta naucza Pan już 45 lat?
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Reklama
To prawda. Pierwsze dwa lata związane były z pomocą przy parafii na zasadzie wolontariatu. Dopiero po skończeniu pierwszego etapu studiów w 1983 r., otrzymałem misję od biskupa diecezji chełmińskiej Mariana Przykuckiego. Uczyłem katechezy w Działowie przed Mszą św. i po niej. Jedna grupa to były klasy 1-4, druga – pozostałe. Musiałem też mieć jedną godzinę dla klas trzecich. W tym czasie wyjeżdżałem do Wałdowa – to też parafia Sarnowo, czasem na zastępstwo w Robakowie. Kiedy jechałem do tej ostatniej miejscowości (ode mnie to 7,5 kilometra, ale miałem rower Ukraina), zatrzymała mnie milicja. Funkcjonariusz przebadał moją teczkę, czy nie mam ulotek, które Solidarność rozkładała na przystankach. Ale że nie miałem nic z tamtych materiałów, puścił mnie dalej. W 1984 r. zostałem wysłany na punkt katechetyczny do kaplicy w Robakowie. Dzięki uprzejmości ówczesnej dyrekcji przychodziły tam dzieci i miały zajęcia przed szkołą i po szkole. Różne były warunki w tej kaplicy, trwały prace wykończeniowe. Dzieci były ubrane ciepło. Chodziłem też pieszo, na przykład do punktu katechetycznego w Oborach, zimą, a to było 10 km. Pracowałem tam przez całe pięć lat. Ale podobnie dzieci chodziły do szkoły. Były to czasy naprawdę bardzo ciężkie. Wreszcie od 1991 r. zacząłem pracę jako katecheta w szkole w Robakowie. Nigdy nie miałem swojej sali, co trochę utrudniało pracę, ale zawsze miałem kontakt z dziećmi. Zawsze na koniec lekcji pytałem, czy mają jakieś pytania… ale takich nie było. Myślałem sobie wtedy, jakie ja mam mądre dzieci. Oczywiście, podejmowaliśmy też życiowe sprawy.
Katecheta w swojej pracy musi być bardzo twórczy...
Tak! Na początku nie mieliśmy katechizmów, potem ksiądz sprowadził podręczniki z diecezji warmińskiej. A bez materiałów przygotowywałem sobie konspekt sam. Zbierałem obrazki, pomoce w formie rysunków. Materiały zresztą zawsze się zbiera. Kiedy pracowałem w parafii w Wabczu, ówczesny ksiądz proboszcz miał ładne książeczki do kolorowania dla młodszych dzieci. Rozmawialiśmy o Bogu w różnych formach, na przykład podczas rekolekcji, które odbywały się początkowo w kościele parafialnym w Sarnowie, gdzie były dowożone dzieci z Robakowa, ale też z parafii Wabcz czy Wielkie Łunawy, ponieważ właśnie tam chodziły do szkoły. Było kiedyś rozporządzenie, że rekolekcje mają trwać tak długo jak lekcje w szkole. Siedzieliśmy więc sześć godzin w kościele, chociaż było bardzo zimno. Mieliśmy Mszę św., filmy religijne. Rekolekcje przygotowywał ks. Jerzy Pawłowski i głosił dla dzieci słowo Boże. Oczywiście, były przerwy, żeby dzieci się rozgrzały.
Reklama
W szkole w Robakowie natomiast odbył się konkurs recytatorski poezji św. Jana Pawła II i Dzień Kultury Chrześcijańskiej pod patronatem szkoły i proboszcza ks. Pawłowskiego. Zawsze miałem dobrą współpracę z gronem pedagogicznym i mile ją wspominam. Pani z biblioteki udostępniała pokój, robiła wystawę książek. Dzieci mogły obejrzeć m.in. Pismo Święte, i to bardzo stare, kroniki szkolne, stare książki religijne, modlitewniki, które przynieśli rodzice. Przyjechała do nas wtedy na wizytację diecezjalną s. Elżbieta Sozańska, urszulanka.
Ponad 40 lat pracy to także doświadczenie wielu zmian społecznych i kulturowych
Na przestrzeni 43 lat widzę, że dzieci się bardzo zmieniły. Kiedy dziś rozmawiam z dawnymi rocznikami, też dostrzegają tę różnicę. Uczniowie inaczej zachowują się w kościele, szkole, środowisku. Mam wrażenie, jakby byli pozbawieni opieki rodzicielskiej, a wychowywał ich komputer czy smartfon. Dziś dzieci jeżdżą samochodami, dawniej schodziły się w punkcie zbornym, zabierał je szkolny czy gminny autobus. Owszem, jest większy ruch na drogach i tu się zgodzę, ale czy to rzeczywiście powód, żeby rezygnować z przyjazdu z rodziną do kościoła w niedzielę? A dzieci patrzą na to, co robią rodzice. Na szczęście Duch Święty jeszcze o mnie nie zapomina, dlatego robię, co mogę. Patrzę na te lata z pryzmatu przemijania. Moi profesorowie już nie żyją, moi pierwsi proboszczowie też nie. Niech zostanie po nich pamięć chociaż w moich wspomnieniach.
Jakie pan ma życzenia dla młodych katechetów?
Cierpliwości! Siły i cierpliwości. Światłości Ducha Świętego! Młodzi katecheci często odchodzą, zmieniają pracę, muszą utrzymać rodzinę. Mnie się jeszcze udało. Chyba jestem urodzony pod szczęśliwą gwiazdą.
Na koniec chciałbym podziękować bp. Arkadiuszowi Okrojowi za medal, ale także bp. Józefowi Szamockiemu, który przez długie lata opiekował się bracią katechetyczną.
