Reklama

Azymut Afryka

Niedziela kielecka 1/2010

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera

Jadł mięso krokodyla i chrzcił trędowatych, a teraz buduje kościół w Polsce. Ks. Leszek Dziwosz jest kapłanem od 22 lat i jako wikariusz w kilku miejscach, a dzisiaj proboszcz parafii bł. Józefa Pawłowskiego we Włoszczowie doświadczył różnorodności kapłańskich wyzwań i pracy. Ale o ileż uboższy byłby to obraz i na ile inna posługa, gdyby nie Kongo. Misje w Afryce nadają kapłaństwu specyficzny azymut. Misje hartują
Pochodzi z Książa Małego. Tam nie było misjonarzy i niewiele wiedziało się o Afryce - wtedy, w latach 60., dostęp do informacji był ograniczony, nie poczytało się o misjach w Internecie.

Początki

Reklama

Kapłaństwo było świadomym wyborem i naturalną konsekwencją rodzinnego wychowania, ministranckiej służby. Gdy od któregoś z wychowawców w Seminarium dostał książkę o pracy wśród trędowatych - idea wyjazdu na misje opanowała go na tyle, że myślał nawet o zakonie misyjnym. Niemniej Seminarium w Kielcach ukończył planowo (1987) i swe kapłaństwo rozpoczął tradycyjnie - najpierw jako wikariusz we Włoszczowie (gdzie po latach wróci jako proboszcz). Przez 3 lata, pracując w parafii Wniebowzięcia NMP - miał szansę rozeznać, na ile silne i prawdziwe jest to pragnienie misji? Było.
Wtedy w Afryce byli już księża: Tadeusz Musiał, Andrzej Wilczyński, Marek Łabuda. Bp St. Szymecki mając na uwadze misyjne wezwania Jana Pawła II, ucieszył się z nowego kandydata. Na misję wybierało się już w sumie kolejnych trzech młodych księży: Antoni Sokołowski, Grzegorz Ziarnowski, Leszek Dziwosz. Rozpoczęli roczne przygotowania w warszawskim Centrum Formacji Misyjnej, korzystając tam z doświadczenia misjonarzy, ucząc się francuskiego (także na parafiach we Francji), wykonując badania i niezbędne szczepienia, wpisywane do tzw. żółtej książeczki.
Przed wyjazdem do Afryki - jeszcze ostatnie pożegnania w domu i Warszawie, i szokująca wiadomość: na malarię mózgową zmarł w Kamerunie misjonarz z Poznania. „Zwłok nie sprowadzamy”, zastrzegają w CFM. A więc rzeczywiście każdy scenariusz jest możliwy, no ale przecież o tym się wiedziało. Dla rodziców tam, w Książu, to ogromne przeżycie, obawy. Zatem Kongo, mniej więcej środek Afryki i dziewiczy posterunek misyjny, opuszczony przed laty przez księży afrykańskich.

Pomóż w rozwoju naszego portalu

Wspieram

Uderzenie Afryki

Reklama

1991 r., lądowanie w stolicy Konga. Wszystko jest inaczej niż w książkach i w filmach. Niemożliwie gorące i wilgotne powietrze dosłownie zwala z nóg. Lotnisko jest brudne i nędzne, fruwają śmieci, przy odprawie funkcjonariusze dają odczuć białym, że tutaj nie zapomniano im niewolnictwa. Czeka biskup kongijski i dwóch białych misjonarzy. Biskup zaprasza na kolację do rodziny afrykańskiej. Podają mięso z małpy (jak to przełknąć?), maniok - więźnie w gardle jak wielka a mdła, twardawa klucha; saka-saka - coś jak posiekana i skropiona oliwą trawa. Dobrze, że są banany, tylko jak długo można żyć bananami? Pierwsza noc nieprzespana - bo emocje, zaduch, wilgotność. Od rana - poznawanie stolicy, ale już niemal za zakrętem kończy się murowane miasto i droga, i elektryczność. Zajrzyjmy więc na targ. - Wtedy, po tym targu, straciłem apetyt na kilka dni. Zwierzęta upolowane w dżungli - przeróżne gatunki małp, słonie - zwozi się tutaj całe, z wnętrznościami, skórą i porcjuje na miejscu - opowiada ks. Dziwosz. Nad targowiskiem unosi się fala smrodu i chmary insektów, obsiadających każdy skrawek tego mięsa. Jak przywyknąć?
Misjonarz wyjaśnia, że Kongijczycy wszystko, co się rusza, fruwa czy pływa, uznają za odpowiednie do konsumpcji. Przed większymi uroczystościami wyruszają na kilkudniowe polowania w głąb dżungli. Jedyną stosowaną formą konserwacji dużej ilości ubitej zwierzyny jest wędzenie. I jak smakuje takie uwędzone mięso? Zależy, ale np. trąba słonia - wyśmienicie.

Na misji

Reklama

30-tysięczne miasto Ouesso, prawie na granicy z Kamerunem, ponad 200 km obszaru do ogarnięcia przez dwóch misjonarzy: ks. Leszka Dziwosza i ks. Grzegorza Ziarnowskiego.
To północ Konga, a więc znaczenie słabsze zaludnienie (80 proc. ludzi żyje na południu). 1/3 populacji to Pigmeje, prowadzący koczowniczy tryb życia w poszukiwaniu łownej zwierzyny. Jeśli się osiedlają, to z dala od wioski murzyńskiej. - Pigmej dla Murzyna to ogniwo pośrednie między zwierzęciem, a człowiekiem - wyjaśnia misjonarz. Natomiast Murzyni Bantu to plemiona surowe, wpółdzikie, hermetyczne - trudno do nich dotrzeć, trudno je rozgryźć. Zachowują wiele barbarzyńskich zwyczajów, zakazanych kongijskim prawem, ot choćby obrzezanie ok. 20-letnich mężczyzn. Dowodem największego zaufania było dopuszczenie białego misjonarza do tego rytuału. Nawet w głowie nie postała myśl odmowy tym bardziej, że Murzyni zaczęli nazywać księdza „ojcem”. Po dwóch dniach tańców, śpiewów, picia ktoś ze starszyzny przeprowadzał ów akt za pomocą zardzewiałego noża i „opatrunku” z liścia palmy. Obrzezany siedział potem miesiąc w chacie i albo przeżył tę inicjację, albo nie.
Problemem Afryki wciąż pozostaje brak dostępu do leczenia, do leków i analfabetyzm, sięgający wtedy, w latach 90. - stu procent. Gdy do szpitala trzeba wędrować pieszo 200 km, to naturalna selekcja załatwia sprawę. Przerażająca była śmiertelność dzieci. Natomiast głód nie dokucza - dżungla to bogactwo zwierząt.
Podział ról społecznych jest nieskomplikowany. Mężczyzna to myśliwy. Gdy upoluje jedzenie, ma prawo do leniuchowania pod palmą i upijania się winem (z pnia palmy). Do kobiety należy reszta: uprawa poletek z maniokiem (jeśli są), opieka nad dziećmi i skromniutkim dobytkiem.
Obrazek: Idzie mężczyzna, luzem, swobodnie, za nim kobieta, na głowie może mieć kosz z maniokiem, pod pachą wiązki drewna, na plecach - dziecko. Tak jest od zawsze, tak jest dobrze i trudno byłoby cokolwiek w tym układzie zmienić. Najgorsze dla Murzyna? Być samotnym. - Pamiętam, że gdy w pierwszych dniach na misji przysiadałem gdzieś sam na schodkach, zaraz ktoś do mnie się dosiadał. Siadam przy stole z zamiarem poczytania, ktoś wchodzi i siada obok mnie. Żebym ani przez chwilę nie poczuł się sam, poza grupą - opowiada ks. Dziwosz. Misjonarz nie może schować się za zamkniętymi drzwiami (okien i tak nie ma). Trudno też Europejczykowi pojąć afrykańskie poczucie czasu czy raczej zupełny brak kontroli nad czasem. Coś organizujemy, planujemy - i umawiamy się, powiedzmy na 16. Schodzą się od 13 do 18 i mówią: „ale o co chodzi, przecież przyszliśmy - jesteśmy…”. Przyszłość nie istnieje, nie robi się planów, przeszłość - bardzo wybiórczo. Liczy się tu i teraz. Życiem - czasem - steruje słońce.

Siew pod przyszły plon

Reklama

My - z naszej części świata, lubimy sobie coś założyć. Tymczasem na misji nie wolno niczego zakładać i oczekiwać rezultatów. - Nieraz na różnych spotkaniach pytają mnie: ilu ochrzciłem? Nie wiem. Nigdy też nie pytałem: po co tu jestem? Po ludzku - tyle utrudnień, rezultat minimalny. Ale zawsze wiedziałem, że jest Boża Opatrzność, że działa Duch Święty. Ktoś musi siać pod przyszły plon.
Misjonarzowi pomaga katechista - miejscowy, ochrzczony, czasami bierzmowany, żyjący w małżeństwie monogamicznym. Służy za tłumacza i emisariusza, nadzoruje budowę kaplic i przygotowanie do sakramentów, choć i tutaj nie wszystko jest przewidywalne, bo nigdy nie wiadomo, w jaki sposób katechista przetłumaczy słowa misjonarza? - Mówiłem rzeczy smutne lub doniosłe - oni wybuchali śmiechem, mówiłem krótko - katechista się rozwodził… Dylematów ewangelizacyjnych pojawiało się mnóstwo, choćby sprawa poligamii - powszechna, podbudowana tradycją, nobilitująca. Kto ma więcej żon, ma dużo rąk do pracy, jest ważniejszy. Trudno to zmienić, podobnie jak i to, że w obliczu ciężkiej choroby nawet katechista biegnie do czarownika.
Ogromną satysfakcję dawała praca z dziećmi, młodzieżą: biblioteka, choćby bardzo skromna dla umiejących czytać, jakaś piłka na misji, wdzięczność i miłość dzieciaków. Ewangelizacja? Jak najbardziej, ale należało zaczynać od podstaw: oduczyć ich, aby np. nie pili z malarycznej kałuży.
W takich mniej więcej realiach pracowali we trzech: ks. Leszek Dziwosz, ks. Grzegorz Ziarnowski, ks. Józef Ziobroń (z diecezji tarnowskiej). Wioski były bardzo oddalone od siebie, docierało się do nich zdezelowanym samochodem terenowym lub jakąś rzeczną pirogą, bowiem większość tamtejszych terenów to rzeki i bagna. Nieopisanie piękne w swej dzikości zakątki naszej Ziemi.

Smak krokodyla

Samochód misjonarzy miał dawno za sobą czasy świetności, niemniej jeździł. W podróżach - wciąż nowe lekcje Afryki. Powalone drzewa na byle jakim trakcie, ogromne niewysychające kałuże - trzeba wskoczyć po szyję do takiej metrowej kałuży (w której na pewno coś pływa) i wypchnąć samochód. No i oby nie pojawiła się pantera albo goryl! - Gdy do bardzo odległej wioski dotarliśmy po raz pierwszy, gościnni mieszkańcy sprezentowali nam żywego krokodyla i kilka żółwi - opowiada misjonarz. Zwierzęta zabrano do pirogi, ale nie były grzeczne: żółwie właziły na krokodyla (pysk zawiązano mu lianą), słońce grzało, piroga się chybotała. - Nie można ich było wypuścić do rzeki? - Ależ chcieliśmy spróbować tych afrykańskich specjałów. - I co, smakował krokodyl? - Nawet bardzo. Coś pośredniego między rybą a kurczakiem.
Gdy po dwóch latach misjonarze zostali uznani za swoich, gdy ewangelizacja nabrała rumieńców - nieoczekiwana decyzja biskupa diecezji Songha - Likouala - zmiana miejsca.

Liranga nad brzegiem Ubangi

Niegdyś, przed 30 laty, była tu - w tym nowym miejscu - misja spirytynów i pierwszy kościół na północy Konga. Nie wiadomo, czemu misjonarze odeszli, czemu opustoszała i podupadła misja. W całej okolicy, zamieszkałej m.in. przez potomków dawnych kanibalów, nie było dróg lądowych, tylko wodne. Tamte obszary Konga to była zsyłka - czy to dla księdza, czy dla lekarza. Sytuacji nie poprawiał fakt, że wybuchła wojna w Zairze, no i że nikt nie przejmował ich pierwszej misji. To bolało, bo los opuszczonej misji mieli właśnie przed oczyma. Stary Murzyn, nazywany „dziadkiem Kazimierzem”, pytał z nostalgią: „czy wrócą tutaj Francuzi?”. Leciwi Murzyni opowiadali dziwy o istniejącej niegdyś hodowli byków, plantacjach fasoli, cegielni. Właśnie tutaj misjonarzom udawało się realizować koncepcję całościowego wychowania dziecka, które otrzymywało naukę, modlitwę, zajęcie (w stolarni, ogrodzie), rozrywkę, posiłek. Ale to była przeszłość, po której pozostała ruina. Kiepski nastrój misjonarzy potęgowały nękające ich choroby. Ks. Dziwosz, wykończony kilkoma malariami, zdecydował się podreperować zdrowie w kraju. Wrócił do Polski w 1993. Nigdy więcej nie dotknął stopą afrykańskiej ziemi. Był tam zaledwie 2 i pół roku. Wydaje się, że 20.

Polskie czasy

Rozpoczął pracę w parafii garnizonowej w Kielcach, o tyle specyficznej, że proboszcz ks. Skrzyniarz był wojskowym, zaangażowanym w różne manewry, od kieleckiej Bukówki po Wzgórza Golan. On jako kapłan „bardziej cywilny” i tuż po Afryce, przypominał sobie zasady funkcjonowania polskiej parafii. Kolejny rok to parafia w Pińczowie, pod obstrzałem duszpasterskich pomysłów śp. ks. Zdradzisza, co okazało się niezłą szkołą kapłańską. W 2009 r. minęło 10 lat, gdy otrzymał nominację na proboszcza nowej parafii we Włoszczowie. Zatoczył duże koło i wrócił w miejsce, gdzie stawiał pierwsze kroki jako ksiądz.

2010-12-31 00:00

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

O. Marcin Ciechanowski: Kościół widzi w seansach spirytystycznych śmiertelne zagrożenie, ponieważ złe duchy to mistrzowie fałszu

2026-09-16 20:44

[ TEMATY ]

o. Marcin Ciechanowski

Karol Porwich/Niedziela

O. Marcin Ciechanowski

O. Marcin Ciechanowski

Dlaczego Kościół uznaje spirytyzm i wywoływanie duchów za tak niebezpieczne, nawet jeśli udział w seansie jest motywowany jedynie ciekawością?

Ludzka dusza jest jak dom, który nigdy nie pozostaje pusty. Jeśli nie zamieszkuje go Bóg, natychmiast wprowadzają się tam inni, mroczni lokatorzy. Spirytyzm i wywoływanie duchów – nawet motywowane jedynie dziecięcą ciekawością – są w rzeczywistości otwieraniem drzwi, przez które do wnętrza człowieka wślizguje się duch zamieszania.
CZYTAJ DALEJ

Warszawa: Msza pogrzebowa śp. ks. Stanisława Małkowskiego w Świątyni Opatrzności Bożej

2026-09-17 15:00

PAP

Metropolita warszawski abp Adrian Galbas podczas Mszy świętej pogrzebowej w intencji ks. Stanisława Małkowskiego w Świątyni Opatrzności Bożej w Warszawie

Metropolita warszawski abp Adrian Galbas podczas Mszy świętej pogrzebowej w intencji ks. Stanisława Małkowskiego w Świątyni Opatrzności Bożej w Warszawie

- Stasiu, wymódl nam dla naszego kraju Orłów. "Bożych Szaleńców", jak ty - mówił ks. infułat Jan Sikorski w homilii podczas Mszy św. pogrzebowej śp. ks. Stanisława Małkowskiego. Liturgii sprawowanej w Świątyni Opatrzności Bożej przewodniczył metropolita warszawski abp Adrian Galbas. - Dla mojego pokolenia postawa księdza Stanisława Małkowskiego pozostaje świadectwem tego, że wierność sumieniu ma swoją cenę. Ale są wartości, których nie wolno porzucić bez względu na cenę - napisał Prezydent RP Karol Nawrocki w liście, który został odczytany przed Mszą św. Śp. ks. Stanisław Małkowski zmarł 7 września 2026 r. w wieku 82 lat. Spocznie na Powązkach Wojskowych.

Wokół trumny śp. ks. Stanisława Małkowskiego w Świątyni Opatrzności Bożej w Warszawie zgromadziło się bardzo liczne grono duchownych i wiernych świeckich. Przy ołtarzu modliło się kilkudziesięciu kapłanów, a wśród nich ks. infułat Jan Sikorski, który wygłosił homilię, ks. prof. Waldemar Chrostowski, który odczytał modlitwę powszechną a także ks. dr hab. Jarosław Wąsowicz, kapelan Prezydenta RP. Mszy św. przewodniczył metropolita warszawski abp Adrian Galbas.
CZYTAJ DALEJ

Bp Bab: Stanisław Kostka do młodych o ich własnej drodze życia

2026-09-18 15:58

[ TEMATY ]

św. Stanisław Kostka

Papież Leon XIV

Bp Bab

@Vatican Media

Św. Stanisław Kostka do dziś inspiruje wielu, nie tylko młodych

Św. Stanisław Kostka do dziś inspiruje wielu, nie tylko młodych

„Mam duszę, mam serce i tam w głębi samego siebie mogę prowadzić dialog z Kimś istotnym, poważnym, czyli z samym Panem Bogiem” – mówi pomocniczy biskup lubelski Adam Bab. W święto św. Stanisława Kostki biskup, który sam pielgrzymował jego śladami do Rzymu i odebrał relikwie patrona młodzieży, wskazuje, że także dziś XVI-wieczny święty ma młodym ludziom wiele do powiedzenia.

Dla bp. Baba Stanisław Kostka nie jest jedynie postacią z odległej historii. „To nie jest postać tylko z przeszłości, a ktoś, kto w naszej kościelnej wspólnocie wciąż jest obecny jako świadek” – podkreśla. Relikwie świętego zostały przekazane diecezjalnym strukturom Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży. Wrześniowe wspomnienie liturgiczne jest okazją, by przy nich się modlić, ale – jak zaznacza biskup – przede wszystkim przeżywać tajemnicę świętych obcowania.
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

REKLAMA

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję