Reklama

Spotkałem dobrych ludzi

Znają go wszyscy księża archidiecezji. Jak twierdzą, jest on żywą legendą stołecznego Kościoła. Skoro tak, to nie pozostało nam nic innego niż namówić ks. inf. Grzegorza Kalwarczyka na wspomnienia

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera

Powołanie

W moim przypadku miało ono charakter opatrznościowy. Mama modliła się, abym został księdzem. Ja sam też dojrzewałem do tej decyzji, choć rozważałem też inne wybory, m.in. studia na kierunku kartografii i geodezji.
Kiedy skończyłem XI klasę, poprosiłem siostrę uczącą nas katechezy, aby napisała mi opinię do seminarium. W domu jednak nikomu o tym nie powiedziałem, pismo włożyłem do walizki i schowałem pod łóżkiem. Tuż po maturze mama porosiła mnie, bym pojechał do proboszcza parafii w Lubani i zapisał ją oraz ojca na pielgrzymkę na Jasną Górę. Pojechałem tam rowerem. W drodze powiedziałem sobie, że jak proboszcz mi powie, żebym poszedł do seminarium, to pójdę. Na miejscu załatwiłem sprawę z pielgrzymką i pożegnałem się z kapłanem. Kiedy podszedłem do roweru, proboszcz wyszedł na werandę, przeciągnął się i zapytał, czy nikt z mojego rodzeństwa nie uczy się w gimnazjum. Odpowiedziałem, że nie oraz dodałem, że właśnie zdałem maturę. Na to proboszcz: „No to może poszedłbyś do seminarium”. Słowo się rzekło i kilka dni później zapukałem do drzwi seminarium przy Krakowskim Przedmieściu. Oczywiście, z sobą miałem dwie pozytywne opinie: mojego proboszcza ks. Bolesława Śmiałka i siostry Kingi Dąbrowskiej.

Z „Trybuną Ludu” na katechezę

Reklama

24 maja 1964 r. była niedziela i święto Matki Bożej Wspomożycielki. Tego dnia przyjąłem święcenia kapłańskie z rąk Prymasa Stefana Wyszyńskiego. Przez kolejnych 7 lat byłem wikarym w Mszczonowie, Stanisławowie i Kobyłce. Do moich obowiązków należała m.in. katecheza. Uczyłem dzieci od wieku przedszkolnego do matury.
Kiedy dzisiaj czytam o problemach z młodzieżą, to ja o swoich wychowankach mogę bez żadnej przesady powiedzieć, że byli wspaniali. W tamtych czasach problemem było zupełnie coś innego. Np. dodarcie do punku katechetycznego, który oddalony był o kilkanaście kilometrów. A czym tam docierałem? Jak było można to koleją lub rowerem. A jak nie to wozem drabiniastym, albo na piechotę.
Z uśmiechem wspominam tamte „podróże”, nawet te kiedy wozy trzeba było wyciągać z błota. Zupełnie jednak nie jest mi do śmiechu, gdy myślę o antykościelnej polityce komunistycznych władz. Pamiętam atak na Kościół po liście biskupów polskich do niemieckich czy nagonkę na Prymasa Wyszyńskiego, kiedy nazwał on ustawę zezwalającą na aborcję zbrodniczą. Atak na Prymasa był niesamowity. Młodzież czuła się zdezorientowana. Dlatego na katechezę przyniosłem „Trybunę Ludu”, by wszystkie te kłamstwa obnażyć. W przypadku ustawy proaborcyjnej spytałem młodych czy wiedzą ile osób zamordowano w Auschwitz? Kiedy odpowiedzieli, to powiedziałem, że wskutek antyludzkiego prawa w Polsce zabija się milion dzieci rocznie. Przemnóżcie to przez lata, w których to prawo obowiązuje i powiedzcie czy Prymas miał prawo powiedzieć, że to jest prawo zbrodnicze - spytałem. Młodzi przyznali mi rację, ale milicja nie. Zostałem wezwany na komisariat, gdzie mówiono mi, jakim to jestem „niedostosowanym obywatelem”.
Kilka lat później zostałem wezwany przez UB. Było to po pierwszych w PRL kościelnych dożynkach, w których wziął udział Prymas Polski. My po tej uroczystości zawieźliśmy kard. Wyszyńskiemu wieńce ze zboża i tym podpadłem ubekom. Repertuar rozmowy był ten sam, jak na milicji - szantaż i połajanki. Ale po tej rozmowie przez rok nie chciano mi wydać nowego dowodu osobistego.
Było to w 1970 r., a więc w 50. rocznicę Cudu nad Wisłą. Moi ministranci zakradli się w nocy na poligon w Ossowie. Oczyścili z chwastów i krzewów teren, gdzie był cmentarz żołnierzy poległych w bitwie 1920 r. Z darni ułożyli dwanaście symbolicznych mogił, na których zamocowali brzozowe krzyże. Dzisiaj jest tam centrum spotkań patriotycznych i rocznicowych obchodów Cudu nad Wisłą.

Pomóż w rozwoju naszego portalu

Wspieram

Skok przez płot

Nidy w życiu nie przeskakiwałem przez płoty, ale kiedy zobaczyłem jak pali się kościół w Kobyłce, to płot i parkan pokonałem kilka razy niczym zawodowy sportowiec. Zatrzymałem autobus z robotnikami, którzy narażali życie, by uratować zabytkową świątynię. Ogień poparzył mi rękę, kiedy chcieliśmy ocalić ołtarz. Nie udało się. Potem okazało się, że ogień zaprószył złodziej. Człowiek ten ukradł kilkanaście złotych z puszki, a odbudowa świątyni kosztowała 6 mln zł. Zniszczeniu uległa znaczna część zabytkowej świątyni. Mogli zginąć ludzie. A kiedy ujęto sprawcę, to o mało co nie doszło do linczu.
Przypominam to zdarzenie, aby przestrzec przed czynieniem zła. Tak to już jest, że zło sprowadza jeszcze większe zło. Dlatego każdy w życiu musi się starać, aby „zło dobrem zwyciężać”. Tego uczył nas bł. ks. Jerzy Popiełuszko, którego poznałem wiele lat później, gdy już pracowałem w kurii.

Przez Lublin na Miodową

Reklama

Kilka dni po pożarze zostałem wezwany do kurii. Jechałem tam z myślą, że będę musiał wyjaśnić, jak doszło do tragedii. Tymczasem na miejscu ks. prał. Stefan Piotrowski zapytał mnie czy lubię prawo, bo jest propozycja, abym rozpoczął studia w tym zakresie na KUL-u. Odpowiedziałem, że prawo nie było moim ulubionym przedmiotem w seminarium. „Ale kolega nie ma nic przeciwko studiom prawniczym” - dopytywał ks. Piotrowski. Powiedziałem, że przed odpowiedzią chciałbym się jeszcze zastanowić. Ostatecznie zgodziłem się, choć wtedy - po 7 latach posługi w parafiach - ciężko było mi sobie wyobrazić, że zamiast uczyć dzieci i młodzież sam będę się uczył i to jeszcze prawa kanonicznego.
Trzy lat studiów zmieniło całkowicie moją ocenę prawa, jako dyscypliny naukowej. Dość powiedzieć, że jeszcze przed obroną pracy magisterskiej zaproponowano mi otwarcie przewodu doktorskiego. Kiedy w rozmowie telefonicznej powiedziałem o tym ks. Piotrowskiemu, ten w charakterystyczny dla siebie sposób odpowiedział: „Ależ kolego! Pracując w kurii powinien sobie kolega z doktoratem poradzić”. I tak 1 lipca 1974 r. przyszedł po raz pierwszy do pracy na Miodową.
Doktoratu z prawa nie zrobiłem, ale z lubelską uczelnią jestem związany do dzisiaj. Członkowie Towarzystwa przyjaciół KUL wybrali mnie prezesem tego Stowarzyszenia.

U boku dwóch Prymasów

Reklama

W latach 1974-1992 byłem notariuszem kurii, a przez kolejnych 18 lat kanclerzem. W ramach powierzanych mi zadań byłem np. pięciokrotnie sekretarzem komitetu organizującego pielgrzymki Jana Pawła II do Polski. Materiał z pierwszej wizyty Ojca Świętego był tak intrygujący, że napisałem niewielką książkę. W druku ukazała się ona dopiero po odzyskaniu niepodległości, bo wcześniej moja skromna relacja nie spodobała się PRL-owskim cenzorom.
Jeszcze gorzej wypadłoby, gdybym chciał w krótkiej notce mówić o ludziach, jakich spotkałem oraz z którymi współpracowałem w budynku przy Miodowej. Do tego potrzebna jest obszerna książka i publicznie zobowiązuje się taką napisać. Korzystając z okazji pragnę jednak wszystkim biskupom, księżom, siostrom zakonnym i wiernych z całego serca podziękować. A przede wszystkim podziękować Panu Bogu, że dał mi okazję spotkać tak wielu dobrych i wartościowych ludzi.
Zdaję sobie sprawę, że to był wielki przywilej pracować obok Prymasa Wyszyńskiego i blisko współpracować z Prymasem Glempem. Brzemię odpowiedzialności oraz skala obowiązków, jakim musieli sprostać, była przeogromna. Wystarczy powiedzieć, że kiedyś archidiecezja warszawska i gnieźnieńska zajmowały niemal 2/3 kraju. A prymasom do obowiązków metropolity dochodziły jeszcze sprawy związane z kierowaniem Episkopatem, utrzymywanie trudnych wówczas stosunków z władzami i wiele innych. Obaj więc w pełni zasłużenie należą do panteonu wielkich ludzi Kościoła. A jedyna różnica między nimi jest taka, że Prymas Wyszyński zawsze o głowę wystawał ponad swoje otoczenie, a Prymas Glemp jest średniego wzrostu.
Pozwalam sobie na tę żartobliwą uwagę, bo sam też średniego wzrostu. A w życiu trzeba umieć się śmiać, także z siebie. Ponadto trzeba być pokornym i życzliwym dla innych, a przed wszystkim zaufać Opatrzności Bożej. Taki był Prymas Wyszyński i taki jest Prymas Glemp. Wiele życzliwości zaznałem również od obecnego metropolity, kard. Kazimierza Nycza.

Domowe dłubki i mapa

Należę do takich „domowych dłubków”. Dodatkową pracę zawsze zabierałem do swojego mieszkania, które mieści się przy katedrze. To tam przez 20 lat jednoosobowo redagowałem i pisałem „Wiadomości Archidiecezjalne Warszawskie”. W mieszkaniu przy ul. Kanonii opracowałem również dokładną mapę archidiecezji z podziałem na dekanaty i parafie.
Zajęło mi to bagatela tylko 2 lata. Z bardzo ogólnych map oraz dzięki konsultacjom z księżmi proboszczami udało się wykreślić bardzo precyzyjną mapę. Mam satysfakcję z tego dzieła. Po pierwsze dlatego, że z niewielkimi zmianami - powstały nowe parafie - wykreślona przeze mnie mapa obowiązuje do dzisiaj. Po drugie, jak mówiłem w młodości myślałem czy nie zostać kartografem. Nie zostałem, ale jakiś dorobek w tej dziedzinie posiadam. (śmiech)

Emerytura? Jaka emerytura?

Wraz z rozpoczęciem pracy w kurii zostałem rezydentem w parafii katedralnej św. Jana Chrzciciela. Do moich obowiązków należało odprawianie w dni powszednie Mszy św. oraz spowiedź. Eucharystię sprawowałem zawsze przy ołtarzu Pana Jezusa Cudownego, w ostatnich latach o godz. 8. Godzinę później byłem już na Miodowej w pokoju 202. Po 38 latach pracy w kurii archidiecezji warszawskiej odchodzę na emeryturę. Ale przecież wraz z nią nie kończy się życie.
Kard. Kazimierz Nycz powierzył mi udzielanie sakramentu bierzmowania. Znowu będę miał więc kontakt z młodzieżą. Pewnie wśród bierzmowanych będą dzieci i wnuczki tych, których kiedyś uczyłem katechezy.

Wszystkich Czytelników „Niedzieli” zapraszam zaś na Msze św. do katedry św. Jana Chrzciciela. Szczególnie 28. każdego miesiąca. Tego dnia modlimy się o beatyfikację sługi Bożego Stefana Wyszyńskiego

2012-12-31 00:00

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Leon XIV udaje się do Angoli, jednego z najbardziej katolickich krajów Afryki

2026-04-18 07:09

[ TEMATY ]

Afryka

Angola

kraj

Leon XIV w Afryce

najbardziej katolicki

Vatican Media

Papież Leon XIV w Afryce

Papież Leon XIV w Afryce

Ostatni dzień pobytu Papieża Leona XIV w Kamerunie upłynie pod znakiem modlitwy i spotkania z wiernymi w Jaunde. W sobotę 18 kwietnia 2026 r. Papież będzie przewodniczyć Eucharystii dla 20 tys. wiernych na lotnisku w Jaunde, a następnie wyruszy do Luandy, gdzie rozpocznie się nowy rozdział pielgrzymki, skoncentrowany na nadziei, pojednaniu i pokoju. Angola należy do najbardziej katolickich krajów Afryki - prawie 60 proc. mieszkańców stanowią katolicy.

Dzień rozpocznie się Mszą św. sprawowaną na lotnisku miejskim w Jaunde. Będzie to ostatnie spotkanie liturgiczne Papieża z wiernymi w Kamerunie, podsumowujące dni naznaczone przesłaniem pokoju, jedności i sprzeciwu wobec społecznych nierówności. Wydarzenie zgromadzi licznych wiernych, którzy w ostatnich dniach towarzyszyli Ojcu Świętemu podczas wizyty w różnych częściach kraju.
CZYTAJ DALEJ

Nasze Emaus

2026-04-14 11:20

Niedziela Ogólnopolska 16/2026, str. 20

[ TEMATY ]

Emaus

o. Waldemar Pastusiak

Wikipedia.org.

W drodze do Emaus, Robert Zünd, 1877

W drodze do Emaus, Robert Zünd, 1877
Ten piękny tekst Ewangelii wg św. Łukasza, wielokrotnie przytaczany w okresie wielkanocnym, jest odzwierciedleniem przeżyć nie tylko Apostołów, ale chyba też każdego z nas. Choć droga uczniów trwała zaledwie jeden dzień, to fragment ten często jest streszczeniem całego naszego życia i relacji między nami a Jezusem. Każdy z nas ma swoje plany i oczekiwania. Niejednokrotnie chcemy układać życie po swojemu. Często jednak nic z tego nie wychodzi. Nieraz nawet rozmawiamy o swoich planach z Jezusem, przypominając Mu, że to nasza wola ma się wypełniać, a nie Jego. Im bardziej stawiamy na siebie, tym bardziej jesteśmy tym zaślepieni i nie dostrzegamy Chrystusa. Im bardziej dochodzą do głosu mój egoizm i moja pycha, tym mniej dostrzegam Jezusa. Jak mówi Ewangelista, „oczy ich były jakby przesłonięte, tak że Go nie poznali”. Gdy idziemy przez życie, czasem nam się wydaje, że Boga nie ma obok nas. Problem jednak jest nie w tym, czy On jest, ale w tym, czy umiem Go dostrzec. Bóg, idąc koło nas, nie chce się chować, ale cierpliwie czeka, aż będziemy gotowi, aby z Nim rozmawiać. Zanim jednak zaczniesz do Niego mówić, najpierw Go posłuchaj. Uczniowie wyrazili swoje, powiedzielibyśmy, bolączki związane ze śmiercią Jezusa, swoje oczekiwania i nadzieje, rozumiane, oczywiście, po swojemu. Rzeczywistość zweryfikowała ich patrzenie dość okrutnie. Do ich dobrze ułożonego planu na życie dochodzi jeszcze głos kobiet, mówiących, że miały widzenie aniołów, którzy zapewniali, iż Jezus żyje. Mimo że doświadczyli w wielu cudach Jego nadprzyrodzonej mocy, w zmartwychwstanie uwierzyć nie mogli. Może nawet byli już pogodzeni ze śmiercią Jezusa, ponieważ wiadomość o tym, że żyje, wywołała w nich niepokój. Jakby Jezus nie chciał ich zostawić w spokoju, ale ciągle czymś zaskakiwał. Jak tylko coś już się ułożyło, pogodziliśmy się z czymś, pojawia się kolejna „trudność”. Czasem nam się wydaje, że jesteśmy blisko Boga, i pewnie tak bywa. Apostołowie byli blisko Niego. Ale przychodzi dzień refleksji, w którym i sam Jezus nami „potrząśnie”, może, mówiąc delikatnie: „o nierozumni”, a czasem i mocniej. Zacznij w końcu wierzyć – wierzyć naprawdę. Zmartwychwstanie to nie bajka, to rzeczywistość; nieśmiertelność jest rzeczywistością przygotowaną dla każdego z nas. Po co jesteś uczniem Jezusa? Właśnie po to, aby żyć wiecznie. Spójrz: od początku, od Mojżesza, przez wszystkich proroków o to właśnie chodzi Bogu, byś uwierzył w życie wieczne. Życie, które daje wiara w Jezusa Chrystusa Zmartwychwstałego. Gdzie dokonuje się jej uobecnienie i jednocześnie budzi się nadzieja na jej dopełnienie? W Chrystusie obecnym w Eucharystii. Choć wielu teologów spiera się o to, czy w Emaus była Eucharystia, czy nie, to Apostołowie poznali Go przy łamaniu chleba. W zbliżaniu się do Chrystusa przychodzi nieraz moment ciemności, wtedy Apostołowie wołali – a i my wraz z nimi wołamy: „Zostań z nami, Panie, gdyż ma się ku wieczorowi i dzień się już nachylił”. Doświadczamy całkowitej niemocy i ciemności umysłu, serca i wiary i wołamy: PANIE! Eucharystia rozjaśnia nasz umysł i nasze serce. To podczas niej rozeznajemy wszystko to, co nas dotyka i czego doświadczamy. W Eucharystii wracamy do momentu, w którym zrodziła się nasza wiara. Do momentu, kiedy zagubiliśmy istotę relacji z Bogiem. Do Jeruzalem. Do wspólnoty, do braci, do tych, którzy także, tak jak my, powiedzą: „Pan rzeczywiście zmartwychwstał”.
CZYTAJ DALEJ

Jubileusz werbistów we Wrocławiu

2026-04-18 22:55

Marcin Cyfert

Msza św. w kościele Najświętszego Serca Pana Jezusa we Wrocławiu

Msza św. w kościele Najświętszego Serca Pana Jezusa we Wrocławiu

Polska prowincja Zgromadzenia Słowa Bożego obchodzi jubileusz 90-lecia istnienia. Mszy św. we Wrocławiu przewodniczył o. Franciszek Wojdyła, modląc się za misjonarzy, dobrodziejów zgromadzenia oraz o nowe powołania dla Kościoła.

W homilii o. Franciszek przypomniał, że każdy w Kościele ma swoją rolę w głoszeniu Ewangelii.
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

REKLAMA

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję