Reklama

Opowieści (58)

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera

Przycichły wprawdzie wieści o oderwaniu od Polski wschodnich terenów, ale sytuacja nie była do końca klarowna. Coś wisiało w powietrzu. Na wieżach postawionych w polu wieczorami pojawiali się jacyś ludzie, nikt z miejscowych nie wiedział, kto tam jest i co robi. Widziano tylko jakieś świetlne znaki przekazywane z jednego obiektu na drugi. Czasem przelatywał samolot, który wystrzelił coś w rodzaju sztucznych ogni, które wyglądały jak niewielka choinka rozjaśniona tysiącami światełek. Wszystko było owiane tajemnicą, dlatego ludzie bali się, że to nie wróży nic dobrego. Najbardziej obawiano się teraz nowej wojny. Nie zagoiły się jeszcze rany po strasznej ostatniej wojnie, nowa stałaby się klęską jeszcze większą i bardziej bolesną. Na początku lata pojawiły się na niebie jakieś tajemnicze obiekty. Okazało się, że są to niewielkie balony wysyłane z Niemiec albo z innych wolnych krajów, w których umieszczono kolorowe ulotki. Władze komunistyczne ostrzegały przed zabieraniem i czytaniem tych ulotek i groziły nieposłusznym wysokimi karami. Na Dębice spadło kilka takich balonów. Powłokę balonu wykonano z przezroczystej folii, której tutaj wcześniej nie znano. Okazała się ona cennym materiałem do wykonywania nieprzemakalnych płaszczy, dlatego prawie nigdy nie trafiła do rąk milicji. Milicja zabierała najczęściej jakieś urządzenia techniczne, czasem ulotki. Większość ulotek trafiała jednak do ludzi, którzy je czytali i udostępniali innym. Taką kolorową ulotkę z wizerunkiem Jezusa ukrzyżowanego i z obrazkiem Matki Bożej Katyńskiej znalazł Piotrek Dobrzyk. W największej tajemnicy nawet przed rodzicami czytał o wymordowaniu przez Rosjan polskich oficerów w Katyniu. Słowo Katyń już wcześniej słyszał z ust swego stryja Władka, ale wtedy niewiele rozumiał i prawie o nim zapomniał. Po przeczytaniu ulotki chłopiec przeżył szok. Jak to możliwe, aby przyjaciele ze Związku Radzieckiego mogli dopuścić się takiej zbrodni? W szkole uczono o wielkiej przyjaźni z ludźmi radzieckimi, z wojskiem i z ogromnym krajem, a tu nagle taka straszna sprawa. Pomyślał, że ulotka zawiera same kłamstwa. A może tak zapytać ojca? Trochę się bał, bo najpierw musiał przyznać się do posiadania ulotki. - Tato, co to jest Katyń? - zapytał nieśmiało. Ojciec zmarszczył czoło, popatrzył na chłopca i powiedział: Co ci przyszło do głowy, skąd znasz to słowo? - Znalazłem ulotkę i wszystko przeczytałem. Tato, czy to jest prawda o tym Katyniu? Ojciec chciał się wykręcić od wyjaśniania tematu, ale Piotrek nalegał. - Tato, ja już nie jestem dzieckiem, wiem, że za mówienie o pewnych sprawach może być więzienie, ale chcę znać prawdę. Sam uczyłeś mnie, że najważniejsze jest mówić prawdę. - Tak, to wszystko jest prawdą, ale jeśli zdradzisz się, że cokolwiek o tym wiesz, to nas wszystkich za mówienie o tym może spotkać podobny los jak tych naszych żołnierzy. - A więc ta przyjaźń polsko-radziecka to wielka lipa? - Sam widzisz jak jest. - Dlaczego oni to zrobili? - Z nienawiści synu, z nienawiści do Polski. Zapytaj stryja Władka, on służył w wojsku na wschodniej polskiej granicy w Równym. - W jakim Równym, przecież na mapie Polski nie ma takiego miasta?

- Teraz nie ma, ale przed wojną było to nasze miasto i polscy żołnierze pilnowali tam wschodniej granicy, gdzie zostali zaatakowani przez Sowietów.

Stryj Władek długo nie chciał nic Piotrkowi opowiedzieć, dopiero rozmowa z ojcem chłopca skłoniła go do ujawnienia swoich wojennych przeżyć. W Równym służyli razem z sąsiadem Sewerkiem, starali się być zawsze razem, bo tak było najlepiej. Niewielkie oddziały Korpusu Ochrony Pogranicza miały jako zadanie bronić wschodniej rubieży przed Niemcami, nikomu natomiast nie przyszła do głowy myśl, że przyjdzie im walczyć z Sowietami. Spodziewano się armii niemieckiej, a tu niespodziewanie pojawiły się czołgi sowieckie i zaczęły strzelać do naszego wojska. Polacy stawiali zaciekły opór, ale nie mieli wielu ludzi pod bronią, nie mieli także czołgów, dlatego nierówną walkę musieli przegrać. Rosjanie obiecali im ludzkie traktowanie, jeśli się poddadzą. Nie było innego wyjścia, rozbite i okrążone oddziały musiały się poddać. Zabrano broń, zdarto polskie orzełki i popędzono gdzieś w nieznane. Szli kilka dni bez jedzenia, zmęczeni, brudni i poniżani. Nazywano ich "polskimi pomieszczykami" albo "polskimi panami". Jeśli przechodzili przez polską miejscowość, to ludzie ukradkiem wciskali kawałek chleba, Ukraińcy patrzyli na nich z wyraźną pogardą i żadnej pomocy nie udzielali. Po wielu dniach uciążliwego marszu doszli do jakiejś niewielkiej miejscowości, gdzie znajdowała się stacja kolejowa. Tam czekał na nich pociąg z wieloma bydlęcymi wagonami, w które poupychano ich jak śledzie w beczce. Zanim zostali wepchnięci do wagonu Władek zdążył nawiązać kontakt z sowieckim żołnierzem. Żołnierz ten próbował zapalić papierosa wykonanego z machorki i kawałka gazety, ale prymitywna zapalniczka nie chciała zapalić. Niepewnym krokiem podszedł Władek do tego wojskowego, który wyglądał na porządnego człowieka i dał mu kilka swoich papierosów oraz zapalniczkę wykonaną własnoręcznie z gilzy naboju. Zapalniczka działała niezawodnie, trzeba tylko od czasu do czasu uzupełnić w niej benzynę. Sowiecki żołnierz popatrzył z niedowierzaniem na ten gest polskiego jeńca, z początku wahał się, ale w końcu dar przyjął. Zanim pociąg ruszył tłumaczono jeńcom, że jadą zobaczyć szczęśliwych ludzi wielkiego Związku Sowieckiego. Do każdego wagonu był przydzielony sowiecki żołnierz, Władek zobaczył swego znajomego, który próbował rozmawiać. Trudno im było się dogadać, bo Władek nie znał rosyjskiego a żołnierz polskiego. Gdy w lesie pociąg nieco zwolnił, żołnierz powiedział: "Polaczok ty ubieżaj, ty uchodi, ty jediosz na smiert". Władek i Sewerek tyle zrozumieli, skinęli głową na znak podziękowania i podeszli pod same drzwi wagonu, których Rosjanin nie zamknął na skobel. Sowiecki żołnierz tylko zastukał, co było znakiem, że droga wolna. Chłopcy lekko je uchylili i upewniwszy się, że nikt nie pilnuje, wyskoczyli w krzaki. Gdy byli już jako tako bezpieczni i pociąg przejechał kilka kilometrów, żołnierz zaczął krzyczeć, że kilku jeńców uciekło, gdy on wchodził do wagonu z pitną wodą. Sowieci pościgu nie zarządzili, a obydwaj jeńcy uniknęli wywiezienia do Katynia. Okazało się o wiele później, że inni koledzy tam wylądowali i zostali straceni. Znaleźli się teraz sami w ogromnym i nieznanym lesie, głodni i zmęczeni.

Całe szczęście, że w lesie jeszcze coś można znaleźć, aby głód oszukać, trochę odpoczęli i zaczęli wędrować na zachód. Szli kilka dni i nie widzieli żadnego człowieka, wreszcie doszli do jakichś zabudowań. Okazało się, że to polska leśniczówka, ale to, co zobaczyli, przeraziło ich. Obok na polanie leżała wymordowana cała rodzina. Zabrali ze sobą trochę żywności oraz cywilne łachy, które tam znaleźli i poszli dalej. Minęło dwa tygodnie zanim znaleźli się nad Bugiem, trudno przedostać się przez pilnowaną rzekę, ale zamieszkujący tam ludzie przeprawili ich na drugi brzeg nocą przez znany sobie płytki bród. Znaleźli się wreszcie w powiecie chełmskim, to jakby już w domu. Trzeba było jednak uważać, bo raz spotykło się jeszcze Sowietów, a innym razem Niemców. Przechodząc przez jakieś małe miasteczko mijali żydowski rozbity sklep, a w nim kilka nowych rowerów, trochę podniszczonych, ale nadających się do jazdy. Zbliżyli się do tego obiektu, patrząc czy nikt nie będzie strzelał i wyciągnęli z rumowiska dwa niezłe jednoślady. Mają już rowery, tylko problem w tym, że nie potrafią na nich jechać, nigdy wcześniej nie posiadali takich pojazdów i nie zdążyli się nauczyć jeździć, postanowili więc zdobycz prowadzić do samego domu. Prowadzili tak ze 20 km, gdy niespodziewanie pojawili się niemieccy żołnierze, na ich widok nasi chłopcy rowery porzucili, a do domu wrócili na piechotę. Piotrek słuchał opowieści stryja i płakał. W końcu powiedział: Wojna to straszna rzecz, dzieło szatana i złych ludzi.

Pomóż w rozwoju naszego portalu

Wspieram

2002-12-31 00:00

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Świadectwo Marii Magdaleny jest pełne: „Widziałam Pana”

[ TEMATY ]

rozważania

Glossa Marginalia

Domena publiczna

Św. Maria Magdalena

Św. Maria Magdalena
Pieśń nad Pieśniami osiąga tutaj jeden z najwyższych szczytów całej księgi. Oblubienica prosi: „Połóż mnie jak pieczęć na twoim sercu, jak pieczęć na twoim ramieniu”. W świecie starożytnym pieczęć potwierdzała własność, chroniła i uwierzytelniała. Zostawiała znak, który każdy umiał rozpoznać. Prośba dotyka więc trwałości więzi. Serce oznacza wnętrze człowieka, jego pamięć i wolę. Ramię oznacza działanie. Miłość ma przeniknąć jedno i drugie: być obecna w sercu i w czynie. To przynależność przeżywana całą osobą, trwalsza niż chwilowe wzruszenie. Dalej pada zdanie: „Miłość jest potężna jak śmierć”. W ludzkim doświadczeniu śmierć sięga po każdego. Pieśń zestawia z nią miłość, by ukazać jej siłę i nieustępliwość. Kolejny obraz mówi o żarliwości nieustępliwej jak Szeol - o przywiązaniu, które obejmuje serce całe i niepodzielone. W samym środku wersetu pojawia się zwrot rzadki: „płomień Pański”. Hebrajskie słowo zachowuje skróconą postać imienia Boga. Miłość okazuje się więc ogniem, którego ostateczne źródło bije w samym Panu. Wielkie wody i rzeki nie zdołają jej zagasić. W Biblii wody oznaczają zwykle chaos i zagrożenie; tutaj przegrywają. Ostatnie zdanie odrzuca handel: miłości nie kupuje się za cały majątek domu. Hipolit Rzymski, autor najstarszego chrześcijańskiego komentarza do tej księgi, w szukającej Oblubienicy widział niewiasty, które o świcie biegły do grobu Jezusa. Orygenes odczytywał te słowa jako wezwanie do więzi obejmującej pamięć, wolę i wierność. Kościół słyszy w nich także miłość Boga do duszy i do Kościoła. Ten ogień pozostaje jedyny.
CZYTAJ DALEJ

Znalezione na kościelnym strychu

2026-07-22 13:31

mat. pras

Odnaleziony portatyl w Pakosławsku

Odnaleziony portatyl w Pakosławsku

Kościoły na Dolnym Śląsku mają swoją, często trudną historię. W wyniku wojny wiele z nich zostało zniszczonych, później odbudowanych. Od tego czasu kolejne pokolenia dbały o ich piękno. Zdarzały się także takie sytuacje, że wiele pięknych i ważnych dla danej wspólnoty rzeczy zostało wyniesionych na strych, z czasem o nich zapomniano, a po latach zostały “odnalezione i przypomniane” lokalnej społeczności wiernych.

W ostatnim czasie takimi znaleziskami pochwalili się proboszczowie z Pakosławska i Lutyni. Na strychach tamtejszych świątyń odnaleziono konkretne przedmioty. W Pakosławsku, w kościele Najświętszego Serca Pana Jezusa, ks. Tobiasz Matkowski natrafił na zabytkowy portatyl z relikwiami męczenników. Z kolei w Lutyni, ks. Janusz Betkowski odnalazł gipsowe figury Apostołów.
CZYTAJ DALEJ

Włochy: Sycylia ogarnięta falą pożarów

2026-07-22 17:48

[ TEMATY ]

pożar

Karol Porwich/Niedziela

ZDJĘCIE ILUSTRACYJNE

ZDJĘCIE ILUSTRACYJNE

Sycylia ogarnięta została falą pożarów, który wybuchły w wielu miejscach z powodu upałów. Temperatura powietrza nierzadko przekracza 40 st. C, a płomienie podsycane są podmuchami gorącego wiatru.

W centrum wyspy ewakuowanych zostało ok. 100 mieszkańców i 22 pacjentów tamtejszej kliniki - poinformowali w środę strażacy. Pożary szaleją tam od kilku dni, mimo że do ich gaszenia używa się samolotów do zrzucania wody.
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

REKLAMA

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję