Reklama

Dworzec bezdomnych serc

Niedziela Ogólnopolska 16/2001

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera

Zauważyli mnie, gdy stanęłam w drzwiach dworca. Założyli obóz niedaleko kas. Młodzi, hałaśliwi, z butelkami piwa w rękach. W tym mieście samotna kobieta w środku nocy na dworcu kolejowym jest wyzwaniem rzuconym Opatrzności. Nikt przy zdrowych zmysłach nie pojawia się tu po zmroku sam. Ostatnio, gdzieś między drugim a trzecim peronem, między reklamą piwa a reklamą eleganckiej bielizny, zasztyletowali rosłego mężczyznę. Nie znaleziono sprawców, nie było świadków. Nikt nie słyszał zwierzęcego wrzasku mordowanego harcerską finką człowieka.
Tak więc zauważyli mnie i powolnym, niespiesznym ruchem jeden z nich wskazał mnie palcem. Poczułam na twarzy zimny pot. W tyle głowy, poza strefą panicznego strachu biorącego we władanie całe moje jestestwo, pojawiła się ostra i jasna myśl, że ucieczka stanie się w momencie zachętą do pościgu. A za drzwiami dworca czekała mokra, zła noc, niechętna wędrowcom i zagubionym.
Nie mogłam się cofnąć, mimo że każdy krok odbijał się w mojej głowie głuchym łoskotem. Za kwadrans, czyli piętnaście minut po północy, na peron pierwszy wjedzie pociąg z Wrocławia. Wysiądzie z niego moja nastoletnia bratanica. Nie mam odwrotu.
Podeszłam do ławek i wtedy zobaczyłam ich. Nie, to nie jest dokładne określenie... Zobaczyłam kłębowisko szmat i ludzkich ciał. Jakąś niewyobrażalną plątaninę nóg, rąk, głów i buroszarych zatęchłych ciuchów. Pod oszkloną ścianą dworca drzemało monstrum, cuchnące brudem, moczem i zgnilizną na kilkanaście metrów. Bezdomni!
W jednej chwili z tego rozłożystego stwora wygrzebała się twarz. Ziemista, spuchnięta, o jasnych, zdziwionych oczach. Usiadłam sztywno naprzeciw twarzy, starając się patrzeć tylko na nią. Jakby od niej, od jej istnienia zależały następne minuty mojego życia. Wolałam bezdomnych brudasów od rozjuszonych bandziorów. Za plecami wznosił się kaskadą chamski rechot tamtych spod kasy, naszpikowany przekleństwami, agresją, nieopanowanym gniewem.
Twarz rzuciła okiem w kierunku kas i chyba zrozumiała. Poczęła wznosić się ku górze z mozołem, okupując bólem każdy centymetr prostowania się. W końcu z kłębowiska szmat powstawał człowiek, odziany w sztywny od brudu chałat i granatową, sfatygowaną czapkę. Przydreptał bliżej, zamarudził nieco przy śpiącym solo osobniku i wreszcie usiadł nonszalancko dwa rzędy dalej. Popatrzył na mnie, popatrzył na bandziorów.
- Nie boi się pani? - zapytał.
- Boję... - przyznałam śmiesznie piskliwym głosem.
- I dobrze, bo to źli ludzie. Młodzi a źli... takie czasy. Miał ładny, jasny głos. Trochę chrapliwy, pewnie od alkoholu i papierosów.
Milczeliśmy chwilę. Tamci przy kasie nie przestawali kląć. Tym razem na bezdomnego. Jakoś jednak nie rwali się do przodu. Przestali podskakiwać jak gotujące się do walki koguty.
- Pan tu mieszka? - zapytałam.
Popatrzył na mnie z pogardą, w której jest poczucie wyższości człowieka znającego ciemne strony życia.
- Nie - pokręcił z niedowierzaniem głową. - Tak w ogólności lubię sobie poleżeć na dworcowej podłodze w styczniu... I zachichotał, rozbawiony własnym porównaniem. - Pani czeka na ten z Wrocławia czy z Gdańska?
- Z Wrocławia.
I znów milczenie.
- Jak się czegoś nie napiję, zacznie mnie rzucać - powiedział głucho, ze wzrokiem wbitym w podłogę. - Pani rozumie, epilepsja alkoholowa. Rzucił na mnie kontrolne spojrzenie.
- Mam panu postawić?
- Czemu nie. Pani mnie wino, a my pani ochronę przed tymi bandziorami.
- My?!
Wskazał bez słowa na górę szmat spod ściany.
- Ilu was jest?
- Ze dwudziestu, ale umowa jest na jedno winko.
Popatrzyłam na dworcowy zegar. Dochodziła 00.10. Pięć minut. Dać parę złotych na odczepnego? I wtedy poderwał mnie głos z megafonu.
- Pociąg pospieszny z Wrocławia do Lublina, planowy przyjazd 00.15, jest opóźniony około trzydziestu minut. Opóźnienie może ulec zmianie.
Bezdomny siedział rozparty na dworcowej ławce z pobłażliwym uśmiechem na opuchniętej twarzy.
- Zawsze się spóźnia w deszcz. Nie wiedzieć czemu... - przemówił łagodnie.
Widział moją niepewność, złość, że pozwoliłam sobie na lekkomyślność przyjścia sama nocą na dworzec. Przecież nawet dziecko wie...
- Pani się nie boi - uspokoił mnie. - My, co prawda, nie wyglądamy jak ludzie, nie żyjemy jak ludzie, nie traktuje się nas jak ludzi, ale coś z człowieka jeszcze w nas drzemie... Najtańsze wino kosztuje 3,80 - zakończył dość konkretnie. - Nie majątek, przynajmniej dla kogoś takiego jak pani...
Poszukałam w kieszeni drobnych. Bezdomny podniósł się dziwnie zwinnie i podszedł do kłębowiska szmat.
- Gajowy, rusz się! Gajowy, wstawaj! Dama potrzebuje pomocy! - przekonywał.
Coś drgnęło, zakotłowało się, zabulgotało wiązanką przekleństw. Ale bezdomny już szeptał nad szmatami tych kilka magicznych słów, które spowodowały nagłe przyspieszenie ruchów.
- To jest Gajowy - dokonał prezentacji. - Mnie wołają Mirek. Gajowy panią popilnuje. Możecie sobie pogadać, to uczony. Ma technikum.
Tamci spod kasy splunęli na podłogę i powlekli się do wyjścia. Stanęli blisko drzwi. Bawiło ich stałe otwieranie się i zamykanie szklanych podwojów. Burczeli coś pod nosami, nie spuszczając z nas oczu. Wreszcie wyszli na zewnątrz. Ich sylwetki majaczyły niewyraźnie za mokrymi szybami.
Gajowy usiadł na skraju przeciwległej ławki, położył dłonie na drelichowych spodniach i mrugał nerwowo oczami. Miał może 50 lat, szpakowatą skołtunioną czuprynę i orli, góralski nos.
- Naprawdę ma pan maturę?
Kiwnął głową.
- Dlaczego, na litość Boską, tkwi pan więc w tym bagnie?
Wzruszył ramionami.
- Wódka. W górach dużo się pije. Czasem od dziecka. Jednym to nie przeszkadza, inni idą na dno. Mnie na szczęście udało się przegrać życie w pojedynkę. Żona i synowie żyją normalnie. Piętnaście lat ich nie widziałem... Może to i lepiej.
Kłębowisko szmat poruszyło się leniwie. Spod sterty ciuchów wyłoniło się kilka nóg i rąk. Sterczały w górę i na boki jak kikuty. Poczerwieniałe, owrzodzone, z plamami brudu i zaschniętej bordowej krwi.
- To wszy - usłyszałam głos Gajowego. - Dlatego siedzę od pani tak daleko. Dlatego te łobuzy nie podejdą bliżej. Nosimy na sobie pełny asortyment pasożytów. Ubraniowe, łonowe, skórne. Do tego świerzb, jakieś grzybice, o chorobach wenerycznych lepiej nie mówić. Z daleka to jeszcze jakoś wygląda, ale z bliska - jedna rana.
Poczułam, jak ściska mnie w gardle. Nie tyle z obrzydzenia, co z wściekłości. Na świat, na obojętność ludzi, na bezwolność tych biedaków czochrających się jak bezpańskie psy.
- Czy w mieście nie ma przytulisk, łaźni, noclegowni?! Nawet tu, niedaleko, jest kościelne schronisko. Przychodnia, gdzie przyjmują ludzi bez ubezpieczenia...Dlaczego żyjecie jak zwierzęta? Dlaczego nie dajecie sobie pomóc?
- Niech sobie pani da spokój...
Wrócił Mirek i stał z butelką taniego wina owocowego. W połowie pustą. Gajowemu na ten widok zapłonęły oczy. Łapczywie przytknął do ust butelkę. Żłopał chciwie.
- My znamy te miejsca...
- Są złe?
- Gdzie tam złe. Eleganckie, szczególnie te kościelne. Tylko nie dla nas.
- Dlaczego?
- Bo my jesteśmy degeneraci. W tych schroniskach trzeba iść do łaźni, a przedtem oddać swoje manele do odwszenia. Trzeba słuchać się regulaminu. Wypić nie dadzą, zakląć nie dadzą. Tego nie wolno, tamtego nie wolno. A ja, pani, jestem bezdomny dla wolności. Mnie nikt rozkazywać nie będzie. To ja już wolę pogrzebać w śmietnikach za żarciem, umyć się w rzece i spać na dworcu.
- Ludzie od tych schronisk są w porządku. Kiedyś chodził tu ksiądz i prosił, żeby pójść z nim, że da jeść, przenocuje w cieple, o nic nie będzie pytał. Ale my, pani, wolne ptaki. Takie życie nam pisane, takie wolimy.
- Chociaż wielu te przytuliska uratowały od delirki, samobójstwa, zrobienia komuś krzywdy. One tylko takim jak my nie pomagają... - westchnął z rezygnacją Gajowy.
Za naszymi plecami zatrzęsły się szyby. Tamci spod kas wrócili. Kopali i pluli. Wierzgali nogami obutymi w wielkie, ciężkie buciory. Zaciskali pięści, grozili.
- Niech pani popatrzy na nich. Jakby mogli, rozgnietliby na miazgę. Panią i nas, bez różnicy. Nocami przychodzą tu, wsiadają do pociągów i okradają śpiących. Katują drobnych pijaczków. Polują na ludzi. Ale im nikt człowieczeństwa nie odmawia. Nikt się nimi nie brzydzi, co najwyżej boi. Pani też o świcie zapomni o nas. Ominie wielkim łukiem.
Senny głos z megafonu zapowiedział pociąg z Wrocławia. Bandziory ruszyli żwawym krokiem na peron. Popychali się i wrzeszczeli. Jeden odwrócił się jeszcze i szerokim gestem przejechał sobie ręką po szyi. Gajowy zmiął przekleństwo.
- Nic pani nie zrobią. Boją się nas. Jak dopadną jednego człowieka, żywy nie wyjdzie, ale dzisiaj jest nas sporo. Nie zaryzykują zadymy.
Wyszliśmy na peron. Najpierw Mirek i Gajowy, potem ja. Pociąg hamował z metalicznym zgrzytem. Żółte światła okien migotały coraz wolniej. Na peron wysypała się niewielka grupa podróżnych. Mój gość wysiadł na końcu, biegł w radosnych podskokach.
- Muszę ci kogoś przedstawić... - powiedziałam po chwili, ale wokół nie było już moich obrońców. Wycofali się taktownie w mrok, poza zimne światło dworcowych latarń. Bandziorów także nie zauważyłam. Zapewne wsiedli do pociągu. Razem z kilkoma osobami wyszliśmy na parking. Taksówki zapalały silniki, furkotały na deszczu wycieraczki. Obejrzałam się jeszcze raz. Dojrzałam ciemność i ruch w półcieniu szklanych szyb. Usadowiłam mojego gościa w bezpiecznym wnętrzu auta. Podeszłam bliżej, w miejsce, gdzie światło roztapia się w miejskim mroku, i wyciągnęłam rękę.
- Dziękuję...
Ręka zawisła w powietrzu. Przypomniałam sobie o wszach i szybko schowałam dłoń w kieszeń. Z ciemności dobiegł mnie chrapliwy szept Mirka.
- Nie ma za co...
- Co ty tam robisz? Z kim rozmawiałaś? - zapytała bratanica.
Obiecałam sobie, że jutro dokładnie opowiem jej całą historię. Teraz należało wygłosić jedynie krótki komentarz, możliwie głośno.
- Z dobrymi ludźmi...

Pomóż w rozwoju naszego portalu

Wspieram

2001-12-31 00:00

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Setki tysięcy Polaków przeciw ideologizacji szkoły. Podpisy trafiły do MEN i KPRM

2026-06-26 16:04

[ TEMATY ]

szkoła

pixabay.com

W dniu zakończenia roku szkolnego przedstawiciele Ordo Iuris oraz Centrum Życia i Rodziny złożyli ponad 200 tysięcy podpisów zebranych pod czterema petycjami dotyczącymi polskiej szkoły. Petycje w sprawie seksualizacji dzieci oraz obecności religii w szkołach trafiły do Ministerstwa Edukacji Narodowej, natomiast apele o dymisję minister Barbary Nowackiej złożono w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów. Wspólnym mianownikiem wszystkich czterech inicjatyw jest obrona konstytucyjnego prawa rodziców do wychowania dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami oraz sprzeciw wobec ideologizacji szkoły.

Przedstawiciele Ordo Iuris oraz Centrum Życia i Rodziny złożyli dziś ponad 200 tysięcy podpisów zebranych pod czterema petycjami dotyczącymi polskiej szkoły. Apele dotyczące zaprzestania seksualizacji dzieci oraz obecności religii w szkołach trafiły do Ministerstwa Edukacji Narodowej, natomiast pozostałe - o dymisję minister Barbary Nowackiej - złożono w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów. Termin nieprzypadkowo zbiegł się z zakończeniem roku szkolnego, stanowiąc symboliczne podsumowanie dotychczasowej polityki oświatowej resortu.
CZYTAJ DALEJ

100 lat temu urodził się prof. Jérôme Lejeune. Gorliwy obrońca życia

2026-06-26 12:00

[ TEMATY ]

100. rocznica urodzin

prof. Jérôme Lejeune

Vatican Media

Są rocznice, które świat chce celowo przemilczeć lub zapomnieć. Taką rocznicą jest niewątpliwie setna rocznica urodzin czcigodnego Sługi Bożego Jérôme Lejeune, francuskiego lekarza, genetyka, który odkrył, że dzieci z zespołem Downa mają dodatkowy chromosom w 21. parze chromosomów (stąd określenie tego zespołu jako „trisomia 21”).

Po tym wstępnym odkryciu zidentyfikował inne zaburzenia chromosomowe zyskując dużą sławę w środowisku naukowym. Jednak w tym właśnie środowisku, był często źle postrzegany – jego „grzech” polegał na tym, że był praktykującym katolikiem, udowadniał, że nauka nie jest sprzeczna z wiarą oraz sprzeciwiał się aborcji eugenicznej. W 1969 r., kiedy otrzymał nagrodę Allen Memorial w San Francisco, wygłosił przemówienie, w którym oficjalnie wezwał swoich kolegów do odrzucenia eugeniki i do obrony życia. Od tego przemówienia był izolowany przez międzynarodową społeczność naukową. W latach 80. XX wieku ograniczono finansowanie jego badań, a jego współpracownicy zostali zwolnieni.
CZYTAJ DALEJ

Biskup Muskus zbierał pieniądze dla chorego chłopczyka… sadząc pomidory!

2026-06-26 21:09

[ TEMATY ]

bp Damian Muskus OFM

zrzut ekranu FB

WALCZĘ O OSKARA!!! Uspokajam – nie chodzi o błyszczącą statuetkę, ale o małego chłopca z Regulic koło Alwerni. Oskar, urodził się zdrowy i do szóstego miesiąca życia rozwijał się prawidłowo. Z czasem zaczął tracić napięcie mięśniowe i z dnia na dzień słabnąć. Dziś już wiadomo, że przyczyną braku sprawności chłopca jest rzadka mutacja jednego z genów, prowadząca do choroby zwanej zespół Leigha. W Polsce takich przypadków jest zaledwie kilka, a możliwości leczenia są bardzo ograniczone - pisał w swoich mediach społecznościowych bp Damian A. Muskus.

HISTORIA POMIDORA PO GÓRALSKU CZ. 1
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

REKLAMA

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję