Tutaj jest cisza, spokój. Umarli uczą spokoju. Najgorzej w tej pracy jest z żywymi - mówi Ireneusz Migdał, który od osiemnastu lat pracuje w prosektorium
Jest już po walce. Czas stoi w miejscu. - Muszę teraz zrobić wszystko, by zmarły wyglądał, jakby na moment zasnął. Zmarły nie powinien przerażać rodziny. Ma być tak przygotowany, by wnosić spokój. By jego wygląd w trumnie koił zrozpaczonych. To najświętsza zasada mojego zawodu - twierdzi Ireneusz Migdał z Gorzowa Wielkopolskiego.
Dzień jak co dzień
Reklama
Ma czterdzieści lat, duże, szerokie brwi i spokojne, skupione oczy, ubrany jest w sportową kurtkę i czapkę z daszkiem. Uśmiecha się przyjaźnie. Jak co rano, pewnym, szybkim krokiem idzie do pracy w prosektorium.
Pierwsza czynność: przebiera się w zielony fartuch. Potem zakłada białe chodaki, na ręce - białe rękawiczki. Idzie do chłodni, sprawdza, kogo od wczoraj dowieziono, i wpisuje do ewidencji. Potem jest tzw. odprawa. Trzeba ustalić, na który dzień i godzinę naszykować każdego zmarłego.
Teraz już może przystąpić do pracy.
Wyciąga z chłodni pierwsze ciało. Na żelaznym łóżku wiezie je na środek dużego, przestronnego pomieszczenia. Po chwili bierze dzbanek i wstawia wodę na kawę. W międzyczasie zdejmuje zmarłemu ubranie, w którym tutaj trafił. W kieszeni spodni znajduje kartkę od rodziny: „Jak będzie za ciasny kołnierzyk - rozpiąć. Podłożyć coś pod poduszkę, żeby głowa była wyżej. Włosy nie mają być płasko, tylko podtapirowane, do góry”. Ogląda kartkę. Pije kawę, wyciąga kanapkę. Je śniadanie. - To nie jest znieczulica - zapewnia.
Teraz musi zmarłego umyć. Najlepiej w dzień pogrzebu, żeby ciało było świeże. Z góry puszcza więc na nie prysznic. Namydla, by się pieniło. Potem, jeszcze mokre, przykrywa ręcznikiem. Czesze, goli, obcina paznokcie. Zamyka zmarłemu oczy, tak, by się nie otwierały. Jeśli trzeba przesunąć datę pogrzebu - całe ciało balsamuje. Wstrzykuje płyny chemiczne, by przywrócić naturalny wygląd, lekko zaróżowić skórę, pokryć zsinienia. A na koniec - ubiera zmarłego. - Nigdy nie rozcinam ubrania - mówi. Nie umie zakładać podartych ubrań. Wreszcie składa zmarłemu ręce, oplata je różańcem. Może już go pokazać rodzinie. Ale tak naprawdę dopiero teraz zaczyna się horror. - Bo najgorzej jest w tej pracy z żywymi - podkreśla. - Jest tyle reakcji na śmierć, ilu jest ludzi. Jedni płaczą, inni zaczynają lamentować nad zmarłym, są tacy, którzy rzucają się na podłogę albo… śmieją się - opowiada. - Ludzie nie wiedzą, że umarły potrzebuje spokoju.
Wielu zmarłych Ireneusz Migdał zna z opowiadań. Bo zdarza się, że rodzina, przynosząc do prosektorium ubranie czy ustalając jakieś szczegóły, przywołuje historię czyjegoś życia. - Ostatnio przygotowywałem do pogrzebu mężczyznę, który miał jeszcze plany, do czegoś dążył, walczył, zabiegał o karierę, pieniądze i nie miał czasu dla bliskich. Zaczął chorować i nagle odkrył, że jest śmiertelny. Takich historii jest wiele. Szczególnie jeżeli ktoś umiera nagle. Miał wszystko i umarł. Skandal - myśli rodzina. Ktoś nas oszukał - złorzeczą. Nie tak miało przecież być. Dlatego ja tak muszę przygotowywać tych zmarłych, by wyglądali jak żywi. Bo ludzie nawet w czasie pogrzebu nie chcą myśleć o śmierci, tak bardzo się jej boją. Ona ich paraliżuje, odbiera sens, by czuć się młodym, bogatym. A to przecież nie ma znaczenia. Niczego nie weźmie się ze sobą. Ludzie o tym nie pamiętają.
Migdał nauczył się, że śmierć trzeba po prostu zaakceptować. Ona jest przecież wpisana w życie. Jest z nami w życiu. - Zwłaszcza jeżeli się wierzy w Boga, ona ma sens. Wiara uczy nas przecież, że życie ma dalszy ciąg. Że tylko się zmienia, nie kończy - mówi. - Akceptując śmierć, łatwiej „przestawić” całe życie, przewartościować.
Czy lubi swą pracę? - pytam. - Lubię, to mało powiedziane. Nie wyobrażam sobie innej, choć mam kilka zawodów - mówi. Nie ukrywa, że są w niej i trudne chwile. - Kiedy ubieram dzieci. I kiedy patrzę na tragedię rodziców.
Do dziś pamięta, że mama kilkuletniego synka, który leżał w trumnie, dostała ataku padaczki. Musiał ją wynieść z prosektorium. Także gdy ktoś ginie tragicznie, np. w wypadku samochodowym, przychodzą refleksje nad życiem. - Zaczynam się zastanawiać, że jutro ja mogę tu leżeć tak jak ten człowiek - mówi pan Ireneusz. Podobnie myśli, gdy ubiera kogoś w swoim wieku. - Wtedy sobie obiecuję, że nie będę „gonić” życia, gonić za pieniędzmi, za tym co nietrwałe i kruche. Ale mam krótką pamięć. Wychodzę z kostnicy i zapominam… Cały świat przekonuje przecież, że śmierć nas nie dotyczy. Reklamy pokazują, że jak wypiję jogurt albo zjem płatki kukurydziane, to będę żył tutaj wiecznie. Słucham tego wszystkiego i - na szczęście - następnego dnia znów przychodzę do kostnicy…
Teologia i powołanie
Ireneusz Migdał wychowywał się w religijnej rodzinie. Całkiem zwyczajnej, jak twierdzi. Ukończył technikum budowlane. To była przeszkoda, by mógł dostać się na polonistykę. Musiał iść do wojska. - Potem świat dla mnie się skończył - wspomina. Bo umarł jego ojciec. - Zobaczyłem go przez chwilę w chłodni. Tu, gdzie dziś pracuję. Leżał ubrany, miał sine palce i uszy. Z mojego taty nic już tam nie było. Był obcy. Nawet w „obcym” garniturze, którego nigdy nie nosił, bo wolał dżinsy i swetry.
Od tamtej pory Migdał zaczął poważnie myśleć o przyszłości, o tym, co dalej ma robić w życiu. Zainteresował się eschatologią, czyli nauką o rzeczach ostatecznych. I zaczął studiować teologię. Zaocznie.
W dzień pracował. Palił w piecu w szpitalnej kotłowni. Pewnego dnia zwolniło się miejsce w prosektorium. Potrzebny był nowy pracownik. I Migdał się zgłosił. - Dziś wiem, że to moje powołanie - zapewnia.
Do dziś pamięta chłód, kiedy po raz pierwszy dotknął zmarłego. - Kobieta, która uczyła mnie fachu, ostrzegała: zawsze będziesz czuł chłód umarłego. Ale przecież ktoś musi to robić. Może inni nie chcą o tym wiedzieć, ale zmarłych ktoś musi ubrać.
Nie pamięta, kiedy przestał się bać. - Wiedziałem, że muszę się zajmować zmarłymi. No i że będę w tym dobry - powtarza.
Od tamtej pory każda czynność wykonana przy zmarłym: mycie, ubieranie, czesanie, była formą zadośćuczynienia za tatę. - Traktuję zmarłych tak, jak bym chciał, żeby tamci ludzie potraktowali mojego ojca. Zmarli do końca są ludźmi, choć ich dusza jest już gdzie indziej. Ale ciału należy się szacunek. Ono jest przecież świątynią Ducha Świętego. Dlatego z ciała zmarłego nigdy nie żartuję. Wierzę, że kiedy kogoś szykuję, ten ktoś jest ze mną, patrzy na mnie i wie, co robię.
Pracę magisterską napisał o śmierci w Nowym Testamencie.
- Dlaczego? - pytam. - Bo chciałem ją poznać.
I poznał. - Przekonałem się, że słowo „śmierć” - greckie „thanatos” - zwłaszcza w Ewangeliach i Dziejach Apostolskich kilkadziesiąt razy zostało użyte w znaczeniu duchowym. „Zmarły” - czyli oporny na Słowo Boże, a więc ten, kto odrzuca zbawienie. Ci natomiast, którzy fizycznie są martwi, tak naprawdę żyją i czekają na zmartwychwstanie. Teologia dała mi zatem poczucie bezpieczeństwa, przywróciła wewnętrzny spokój. No i zaczęła mi pomagać w pracy.
Spokój, który zaczął uwodzić
Dużo ciał widział. Nie może jednak powiedzieć, że jest oswojony ze śmiercią. - Nie jesteśmy przygotowani na śmierć. Ja też nie - mówi Migdał. - Po pracy muszę zapominać o śmierci. Choćby po to, żeby przytulić własne dzieci.
Od kiedy pracuje z umarłymi, bardzo się zmienił, wyciszył. Nie przeszkadza mu już fetor rozkładających się ciał ani chłód. - Nie mam koszmarów, nie boję się, że jakiś zmarły nagle wstanie albo chwyci mnie za rękę. Tak jest tylko w horrorach. W rzeczywistości natomiast umarli uczą spokoju. Ich spokój, ich twarze są dla mnie ukojeniem. I ten spokój, który mam od nich, mogę przekazywać dalej.
Ten spokój zaczął go, jak sam mówi, „uwodzić”. - Tam, za drzwiami jest głośno, żywi nie wiedzą, co robić, gonią za czymś, zawsze im coś ucieka. A ja jestem spokojny.
Ze spokojem pan Ireneusz przeżywa też pierwsze dni listopada. - Kiedy odwiedzam cmentarz we Wszystkich Świętych, czuję się dobrze. To dla mnie bardzo „swojski” dzień - mówi. A kiedy mija groby ludzi, których przygotowywał na drogę do nieba, przypomina sobie ich twarze. I modli się za nich. Raz w roku natomiast zamawia Msze św. za tych „swoich” zmarłych, którzy nie mieli rodzin i za których pewnie nikt się nie modli.
Jest pewien, że kiedyś będzie mógł spojrzeć „swoim umarłym” w oczy. - Mam nadzieję, że kiedyś spotkam tych wszystkich ludzi po drugiej stronie - mówi. I wraca do swojej pracy.
W artykule wykorzystano również materiały z filmu pt. „Balsamista”, reżyseria i scenariusz Ewa Świecińska, montaż Ewa Różewicz, produkcja TVP, Program 2, 2001 r.
Na terenie dawnego gospodarstwa Strażyca w Woli Ostrowieckiej, w miejscu, gdzie ukraińscy nacjonaliści w sierpniu 1943 r. dokonali zbiorowego mordu na Polakach, odnaleziono nieznaną dotychczas mogiłę zbiorową — poinformował we wtorek IPN.
Instytut Pamięci Narodowej przekazał na platformie X, że w pierwszym dniu prac poszukiwawczych prowadzonych w Ostrówkach i Woli Ostrowieckiej odnaleziono szczątki ofiar zbrodni.
Drodzy Bracia i Siostry!
W Rzymie na Awentynie znajduje się opactwo benedyktyńskie św. Anzelma. Jako siedziba Instytutu Studiów Wyższych oraz opactwa prymasa benedyktynów skonfederowanych, stanowi ono miejsce, które łączy w sobie modlitwę, naukę i zarządzanie, czyli te trzy płaszczyzny aktywności, które cechują życie Świętego, któremu opactwo jest dedykowane: Anzelmowi z Aosty, którego 900. rocznica śmierci przypada w tym roku. Liczne inicjatywy, podjęte zwłaszcza przez diecezję Aosty z okazji tej rocznicy, ukazały zainteresowanie, które nadal budzi ten średniowieczny myśliciel. Jest on znany również jako Anzelm z Bec i Anzelm z Canterbury, ponieważ związany był w tymi miastami. Kim jest ta osobistość, z którą trzy miejsca, oddalone od siebie i znajdujące się w trzech różnych krajach - we Włoszech, we Francji i w Anglii - czują się szczególnie związane? To mnich o intensywnym życiu duchowym, znakomity wychowawca młodzieży, teolog o niezwykłych zdolnościach spekulatywnych, mądry zarządca i niezłomny obrońca „libertas Ecclesiae” - wolności Kościoła. Anzelm jest jedną z wybitnych osobowości średniowiecza, potrafił połączyć wszystkie te przymioty dzięki głębokiemu doświadczeniu mistycznemu, które zawsze kierowało jego myślą i działalnością.
Św. Anzelm urodził się w 1033 r. (lub na początku 1034 r.) w Aoście jako pierworodny syn znamienitej rodziny. Jego ojciec był człowiekiem szorstkim, oddającym się rozkoszom życia i trwoniącym swój majątek; matka zaś to kobieta szlachetnych obyczajów i głębokiej pobożności (por. Eadmero, „Vita s. Anselmi”, PL 159, col. 49). To matka zajęła się wczesną humanistyczną i religijną formacją syna, którego następnie powierzyła benedyktynom z przeoratu w Aoście. Anzelm, który jako dziecko - jak opowiada jego biograf - wyobrażał sobie, że dobry Bóg zamieszkuje wysokie, ośnieżone szczyty Alp, miał pewnej nocy sen, że wysłano go do tego wspaniałego królestwa samego Boga, który długo i serdecznie z nim rozmawiał, po czym poczęstował go „śnieżnobiałym chlebem” (tamże, col. 51). Sen ten pozostawił w nim przekonanie, że został powołany do wypełnienia szczytnej misji. Gdy miał piętnaście lat, poprosił o przyjęcie do Zakonu Benedyktynów, ojciec jednak całą swoją władzą sprzeciwił się temu i nie ustąpił nawet wtedy, gdy ciężko chory syn, czując, że koniec jest bliski, błagał o zakonny habit jako ostatnią pociechę. Anzelm powrócił do zdrowia, a potem, po przedwczesnej śmierci matki, przeżywał czas moralnego zagubienia: zaniedbał naukę i porwany ziemską namiętnością, stał się głuchy na napomnienia Boga. Porzucił dom i zaczął włóczęgę po Francji w poszukiwaniu nowych przeżyć. Trzy lata później, gdy dotarł do Normandii, udał się do opactwa Benedyktynów w Bec, przyciągnięty sławą Lanfranka z Pawii, przeora klasztoru. Było to dla niego spotkanie opatrznościowe i decydujące o dalszym jego życiu. Anzelm z zapałem podjął studia pod kierunkiem Lanfranka i w krótkim czasie stał się nie tylko ulubionym uczniem, ale również powiernikiem mistrza. Zapłonęło w nim na nowo jego powołanie zakonne i - po starannym rozważeniu - w wieku 27 lat wstąpił do zakonu i przyjął święcenia kapłańskie. Asceza i studium otworzyły przed nim nowe horyzonty, pozwalając mu odkryć na nowo, i to w znacznie większym stopniu, tę zażyłość z Bogiem, jaką miał jeszcze jako dziecko.
Gdy w 1063 r. Lanfrank został opatem w Caen, Anzelm, po trzech zaledwie latach życia monastycznego, mianowany został przeorem klasztoru w Bec i mistrzem klauzurowej szkoły, wykazując się zdolnościami wychowawczymi. Nie lubił metod autorytarnych, porównywał młodych ludzi do małych roślin, które rosną lepiej, kiedy nie są zamknięte w pomieszczeniach, i pozostawiał im „zdrową” swobodę. Był bardzo wymagający wobec samego siebie i wobec innych, gdy chodziło o przestrzeganie wymogów życia monastycznego, lecz zamiast narzucać dyscyplinę, stosował perswazję. Po śmierci opata Erluina, założyciela opactwa w Bec, w lutym 1079 r. Anzelm wybrany został jednogłośnie na jego następcę. Tymczasem wielu mnichów wezwano do Canterbury, by zanieść braciom zza kanału La Manche odnowę, jaka dokonywała się na kontynencie. To dzieło spotkało się z dobrym przyjęciem do tego stopnia, że Lanfrank z Pawii, opat Caen, został nowym arcybiskupem Canterbury i poprosił Anzelma o pozostanie z nim na jakiś czas, aby uczyć mnichów i pomóc mu w trudnej sytuacji, w jakiej znalazła się jego wspólnota kościelna po najeździe Normanów. Pobyt Anzelma okazał się bardzo owocny, zaskarbił on sobie sympatię i szacunek tak, iż po śmierci Lanfranka wybrano go na jego następcę na stolicy arcybiskupiej w Canterbury. Sakrę biskupią przyjął uroczyście w grudniu 1093 r.
Anzelm przystąpił od razu energicznie do walki o wolność Kościoła, odważnie domagając się niezależności władzy duchowej od władzy doczesnej. Bronił Kościoła przed bezprawną ingerencją władz politycznych, przede wszystkim królów Wilhelma Rudego i Henryka I, zachętę i poparcie znajdując u papieża, któremu okazywał zawsze śmiałe i serdeczne oddanie. Wierność tę przypłacił w 1103 r. nawet goryczą wygnania ze swej stolicy w Canterbury. Dopiero w 1106 r., gdy król Henryk I
wyrzekł się roszczeń udzielania kościelnej inwestytury oraz ściągania podatków kościelnych i konfiskaty mienia Kościoła, Anzelm mógł powrócić do Anglii, radośnie witany przez duchowieństwo i lud. Tak szczęśliwie zakończyła się walka, jaką stoczył orężem wytrwałości, dumy i dobroci. Ten Święty Arcybiskup, który budził wokół siebie podziw, gdziekolwiek się udał, ostatnie lata swego życia poświęcił przede wszystkim moralnej formacji duchowieństwa i intelektualnym badaniom zagadnień teologicznych. Zmarł 21 kwietnia 1109 r., słuchając słów Ewangelii czytanej tego dnia podczas Mszy św.:
„Wyście wytrwali przy Mnie w moich przeciwnościach. Dlatego i Ja przekazuję wam królestwo, jak Mnie przekazał je mój Ojciec: abyście w królestwie moim jedli i pili przy moim stole” (Łk 22, 28-30). W ten sposób spełnił się sen o tej tajemniczej uczcie, który w dzieciństwie miał na samym początku swej drogi duchowej. Jezus, który zaprosił go, by siadł przy Jego stole, przyjął św. Anzelma po śmierci do wiecznego królestwa Ojca.
„Błagam Cię, Boże, obym mógł Cię poznać, obym Cię kochał, bym mógł się Tobą radować. A jeżeli nie mogę w całej pełni w tym życiu, niech przynajmniej stale postępuję naprzód, aż nadejdzie to w pełni” („Proslogion”, rozdz. 14). Modlitwa ta pozwala zrozumieć mistyczną duszę tego wielkiego Świętego okresu średniowiecza, twórcy teologii scholastycznej, któremu tradycja chrześcijańska przyznała tytuł „Doctor Magnificus”, ponieważ żywił gorące pragnienie zgłębiania tajemnic Bożych, z pełną świadomością jednak, że droga poszukiwania Boga nigdy się nie kończy, przynajmniej na tej ziemi. Jasność i logiczny rygoryzm jego myśli zawsze miały na celu „wzniesienie duszy do kontemplacji Boga” (tamże, „Proemium”). Stwierdził on wyraźnie, że ten, kto chce uprawiać teologię, nie może liczyć jedynie na swą inteligencję, ale musi pielęgnować jednocześnie głębokie przeżywanie wiary. Działalność teologa, według św. Anzelma, rozwija się więc w trzech etapach: wiara - bezinteresowny dar od Boga, który należy przyjąć z pokorą; doświadczenie - które polega na wcieleniu słowa Bożego we własnym codziennym życiu; wreszcie prawdziwe poznanie - które nigdy nie jest owocem ascetycznego rozumowania, lecz kontemplatywną intuicją. Jak najbardziej aktualne pozostają także dziś w tej materii, dla zdrowych badań teologicznych i dla każdego, kto chciałby zgłębić prawdę wiary, jego słynne słowa: „Nie próbuję, Panie, przeniknąć Twojej głębi, gdyż w żadnym razie nie przyrównuję do niej mego intelektu; pragnę jednak, przynajmniej do pewnego stopnia, zrozumieć Twoją prawdę, w którą wierzy i którą kocha moje serce. Nie staram się bowiem zrozumieć, abym uwierzył, ale wierzę, bym zrozumiał” (tamże, 1).
Drodzy Bracia i Siostry, miłość do prawdy i nieustanne pragnienie Boga, które naznaczyły całe życie św. Anzelma, niech będą dla każdego chrześcijanina bodźcem do niezmordowanego poszukiwania coraz głębszej jedności z Chrystusem - Drogą, Prawdą i Życiem. Oprócz tego gorliwość, pełen odwagi zapał, który wyróżniał jego pasterską działalność i który przysporzył mu czasem niezrozumienia, goryczy, a nawet wygnania, niech będzie zachętą dla pasterzy, osób konsekrowanych i wszystkich wiernych, by kochać Kościół Chrystusowy, modlić się, pracować i cierpieć dla niego, nie porzucając go nigdy ani nie zdradzając. Niechaj wyjedna nam tę łaskę Dziewica Matka Boża, do której św. Anzelm żywił czułe i synowskie nabożeństwo. „Maryjo, Ciebie serce moje chce miłować - pisze św. Anzelm - Ciebie język mój pragnie żarliwie sławić”.
Na terenie dawnego gospodarstwa Strażyca w Woli Ostrowieckiej, w miejscu, gdzie ukraińscy nacjonaliści w sierpniu 1943 r. dokonali zbiorowego mordu na Polakach, odnaleziono nieznaną dotychczas mogiłę zbiorową — poinformował we wtorek IPN.
Instytut Pamięci Narodowej przekazał na platformie X, że w pierwszym dniu prac poszukiwawczych prowadzonych w Ostrówkach i Woli Ostrowieckiej odnaleziono szczątki ofiar zbrodni.
W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.