Reklama

Mój tata - ochotnik do Auschwitz

Tatą nie cieszyli się długo. Starszy, Andrzej, miał 7 lat, kiedy ojciec wyszedł z domu bić się z Niemcami. Od tego czasu ich rodzina nigdy więcej nie żyła normalnie. Owszem, Andrzej zapamiętał krótkie wizyty, potajemne spotkania, ale na zawsze zabrakło tego, co najważniejsze - codziennego przebywania ze sobą. A potem, po wojnie, napiętnowani wraz z siostrą jako dzieci zdrajcy ludowej ojczyzny, musieli milczeć. Wydawało się wówczas, że po ojcu pozostanie tylko garść pamiątek. Tak naprawdę o tacie mogli zacząć mówić niedawno.

Niedziela Ogólnopolska 21/2009, str. 16-17

Andrzej Pilecki - syn rotmistrza Witolda Pileckiego
Tomasz Lewandowski

Andrzej Pilecki - syn rotmistrza Witolda Pileckiego<br>Tomasz Lewandowski

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera

Dziś siedzę naprzeciw ponad 70-letniego mężczyzny i słucham jego opowieści. Opowieści o jednym z najodważniejszych ludzi II wojny światowej, tacie - rotmistrzu Witoldzie Pileckim.

Szczęśliwe życie na Kresach

Reklama

Naszą rozmowę rozpoczynamy od Kresów, gdzie w niewielkim dworku żyła rodzina Marii i Witolda. - Z rodzicami mieszkaliśmy ok. 100 km na południe od Wilna, dokładnie w majątku Sukurcze - mówi Andrzej Pilecki, syn Rotmistrza. - Kiedy kilka lat po wojnie z bolszewikami ojciec osiadł tam na stałe, nasz majątek był mocno zapuszczony, a wśród okolicznej ludności panował całkowity marazm. Ale tata, sam jako gospodarz, a przy tym urodzony społecznik, w niedługim czasie znacznie ożywił lokalne środowisko. Był wszędzie, a zdobytą wiedzą natychmiast dzielił się z okolicznymi mieszkańcami. To on jako jeden z pierwszych na zacofanych po zaborze rosyjskim ziemiach wprowadził nowoczesny system gospodarowania. Wraz z sąsiadami założył też kółko rolnicze, otworzył mleczarnię, której wyroby znane były w Nowogródku, Lidzie, a nawet w Wilnie. - A codzienność, jak wyglądał szary dzień Pileckich w Sukurczach? - pytam. - Ojciec nigdy nie zapomniał o wojsku - odpowiada pan Andrzej. - Pewnie dlatego relacje z porannych obowiązków składaliśmy z Zosią, moją siostrą, w formie meldunków. O zaścieleniu łóżek, modlitwie i umyciu zębów tatę należało poinformować właśnie w ten sposób. Pamiętam to dość dobrze, ponieważ poranki spędzaliśmy w domu sami, bo mama jako nauczycielka wychodziła wcześnie rano. A potem zaczynał się normalny dzień. Ojciec od początku włączył mnie w obowiązki przy domu. Kiedy rano jechaliśmy koniem na pole, siedziałem obok niego na siodle. W czasie objazdu uczył mnie np. rozpoznawać, czy zboże jest już dojrzałe, czy trawa nadaje się do skoszenia.
Ale Witold Pilecki był wówczas nie tylko lokalnym liderem. Od zawsze rozwijała się w nim delikatna dusza artysty. Jeszcze jako kawaler zaczął nawet studia na Wydziale Sztuk Pięknych Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie, które przerwał ze względu na złą sytuację materialną rodziny. Do dziś zachowały się jego obrazy i wiersze. Talenty artystyczne wykorzystywał również w wychowywaniu Andrzeja i Zosi. - Ponieważ zaraz po odzyskaniu niepodległości była straszna bieda, nie mieliśmy prawie wcale zabawek - wspomina mój rozmówca. - Dlatego ojciec wymyślał dla nas niecodzienne inscenizacje. Przebieraliśmy się w bohaterów czytanej w naszym domu „Trylogii” Sienkiewicza, wraz z siostrą zdarzało się nam być również ułanem i panną, Hiszpanami, a nawet samurajami. Bywało, że tak właśnie witaliśmy powracającą z pracy mamę. Specjalnie dla nas tata konstruował też gry planszowe, w których pionki zastępowały kolorowe guziki.
Ojciec, sam praktykujący katolik, dbał również o religijne wychowanie dzieci. - W domu dominował rytuał typowo wiejski, z jego modlitwami i śpiewami. Ale dzięki tacie przeczytałem też „O naśladowaniu Chrystusa” Tomasza ŕ Kempis. Ponieważ ojciec bardzo lubił malować, w domu wisiały religijne obrazy, a do dziś w kościele w Krupie, gdzie jeździliśmy na niedzielne Msze św., wisi jego obraz przedstawiający Matkę Bożą Nieustającej Pomocy.

Pomóż w rozwoju naszego portalu

Wspieram

Między totalitaryzmami

Reklama

Wojna rozdzieliła rodzinę. Matka z dziećmi pozostawała początkowo w Sukurczach, Witold zaś, po wrześniowej kampanii, już w listopadzie zszedł do organizującego się w stolicy podziemia. - Było nam wówczas bardzo ciężko - wspomina tamte czasy syn Rotmistrza. - Mamę, ponieważ otrzymała rozkaz przygotowania szkoły do referendum za włączeniem Kresów do ZSRR, notorycznie nachodził sowiecki komisarz. W tym czasie dotarły do nas informacje, że natychmiast po głosowaniu zostaniemy wywiezieni na Sybir. Dlatego dzień wcześniej mama zadecydowała, że uciekamy. Potem przez pewien czas tułaliśmy się po pobliskich wsiach, gdzie przechowywali nas ci, którym wcześniej pomagał ojciec. Powiem Panu na marginesie, że byłem niedawno w rodzinnych stronach, gdzie od jednej z gospodyń otrzymałem strzępy starej książki, którą ta dostała od mojego ojca. Są dziś dla nas jak relikwie. A wracając do naszych losów - kontynuuje pan Andrzej - granicę z Generalnym Gubernatorstwem przekroczyliśmy nielegalnie. Jednak po drugiej stronie nikt na nas nie czekał.
Od kwietnia 1940 r. Pileccy zamieszkali u rodziców Marii w Ostrowi Mazowieckiej. Co do losów ojca dowiedzieli się tylko, że żyje i mieszka w Warszawie. - Mama wiedziała też, że ojciec działa w niepodległościowym podziemiu, ale my, dzieci, nie byliśmy o niczym informowani. Nie wiedzieliśmy nawet, że był w obozie, chociaż ja, jako prawie 10-latek, domyślałem się tego po korespondencji, którą dostarczała nam wujenka Eleonora Ostrowska.
Zapewne ze względu na bezpieczeństwo rodzeństwu oszczędzono wówczas szczegółów o losach ojca, który jako wysłannik ruchu oporu do Auschwitz dał się pochwycić Niemcom w łapance na Żoliborzu. Dopiero później dowiedzieli się, że podczas 2,5-letniego tam pobytu ich tata organizował konspiracyjną siatkę, wysyłał szczegółowe raporty przełożonym, planował nawet wyzwolenie obozu i w końcu z niego uciekł. Nie była ich udziałem wiedza o zaangażowaniu się taty w Powstanie Warszawskie i misję tworzenia tajnych struktur, jaką pod koniec wojny otrzymał od dowództwa, kiedy klarowne stały się zamiary Sowietów.

Rozstanie zakończone wyrokiem

Za to dzieci cieszyły się bardzo, kiedy jesienią 1945 r. ojciec wrócił do Polski, choć nie było go z nimi na stałe w Ostrowi. Rodzinie pozostawały, podobnie jak za okupacji niemieckiej, sporadyczne spotkania i listy. Na ironię losu zakrawa fakt, że intensyfikację kontaktów przyniósł dopiero okres komunistycznego więzienia i procesu. - Ten czas utkwił w mej pamięci bardzo dobrze. Były to dla nas okropne miesiące, szczególnie dla mamy, która jeździła na rozprawy - tu głos pana Andrzeja wyraźne zadrżał. - Katowano go tam okrutnie, a matka musiała to widzieć. Ojciec miał wówczas powiedzieć, że jego pobyt w Auschwitz w porównaniu z więzieniem na Mokotowie był jedynie igraszką. Najgorzej było, kiedy dowiedziała się o wyroku skazującym. Była oszołomiona. Nigdy nie wierzyła, że może zapaść tak surowy wyrok. Jej mąż miał przecież tyle zasług i odznaczeń, poszedł dobrowolnie do obozu koncentracyjnego. Dobił nas ówczesny premier Cyrankiewicz, obozowy współtowarzysz taty, który w odpowiedzi na list z prośbą o pomoc odpisał, aby rozprawiono się z tym „wrogiem ludu i Polski Ludowej”. Wyrok na Witoldzie Pileckim wykonano metodą katyńską - strzałem w potylicę - 25 maja 1948 r. o 21.30. Rodzina dowiedziała się o tym post factum.

Uśmiercanie po śmierci

Reklama

Po śmierci ojca UB, a potem SB nadal pamiętało o Pileckich. - Po zamordowaniu przez komunistów taty dość szybko przenieśliśmy się do Warszawy. W Ostrowi nie mieliśmy czego szukać. Wszyscy o nas wiedzieli, gdyż ówczesna prasa rozpisywała się na ten temat. Nie było nam łatwo również w stolicy, gdzie przeprowadziłem się pierwszy, a reszta rodziny dołączyła w 1950 r. Mama, jako żona wroga ludu, nigdzie nie mogła znaleźć stałej pracy. Dopiero „Dziadek” - Kazimierz Lisiecki, znany na Pradze wychowawca młodzieży, kiedy dowiedział się, że ma na utrzymaniu dwójkę dzieci, z miejsca ją przyjął. Komunistyczne represje dotknęły także rodzeństwo Pileckich. Andrzej z niewiadomych powodów nie mógł kontynuować rozpoczętej nauki pilotażu, a Zosia zmuszona została przerwać studia na Politechnice Warszawskiej. Włamywano się także do ich mieszkania w Ostrowi, z którego próbowano ukraść odznaczenia po ojcu. - Ktoś się jednak pomylił, gdyż zrabowano odznaczenia mamy - dopowiada syn Rotmistrza. - A potem nie mogłem nawet dochodzić praw związanych z ubezpieczeniem, gdyż na komisariacie nie było już sporządzonego wcześniej protokołu. Ale pamięć o ojcu musiała przetrwać. - Zacząłem o nim mówić publicznie dopiero w 50. rocznicę jego śmierci. Wcześniej, zaszczuty przez władze, milczałem tak, że nawet moi koledzy nie wiedzieli, z kim mają do czynienia. W czasach komuny trzeba było uważać na słowa. Tylko w domu wieczorami wspominaliśmy ojca.

„Wszystkim służ, kochaj wszystkich”

Całe życie Rotmistrza było służbą, najpierw wojsku, rodzinie, prostym mieszkańcom Kresów, a przede wszystkim Polsce. - Ojciec nie miał względu na osobę, partię czy rasę. Pomagał zarówno rodzinom poległych żołnierzy czy towarzyszy z Auschwitz, jak i osobom zupełnie obcym. Ostatnio poznałem Jarosława Abramowa-Newerlego, któremu ojciec w czasie wojny uratował życie. On i jego mama byli szantażowani przez jakiegoś szmalcownika, gdyż ukrywali się na Żoliborzu, zamiast przebywać w getcie. Na ojca Barbara Newerly natknęła się w jednej z jadłodajni, gdzie o swojej trudnej sytuacji opowiadała dorabiającej sprzedażą obiadów kucharce. Ta skierowała ją do siedzącego przy oknie „Majora”. Jak opowiadał mi pan Newerly, ojciec dał jej wówczas „ratę”, mówiąc, że ta będzie ostatnia. Dotrzymał słowa, bo szmalcownik już się nie pojawił.
Jak my, młode pokolenie, powinniśmy pamiętać o pańskim ojcu? - pytam na koniec naszego spotkania. - Ostatnio odsłanialiśmy jego pomnik w Grudziądzu, na którym wyryto napis: „Wszystkim służ, kochaj wszystkich” - odpowiada po chwili namysłu pan Andrzej. - Taki właśnie był i taki powinien zostać.

Kard. Henryk Gulbinowicz o rotmistrzu Pileckim:
Witold Pilecki był człowiekiem szlacheckiej fantazji. Za mało jemu było być w wojsku w wolnej II Rzeczypospolitej. Kiedy przyszedł czas wojny, nie załamał się, nie uwierzył w przegraną, tylko stanął do walki z okupantami. Co więcej, jego wyjątkowość polega na tym, że sam zgłosił się do obozu śmierci, żeby tam podtrzymać na duchu uwięzionych, a nawet zmobilizować ich do walki i oporu. To był człowiek bardzo szlachetny i odważny i - nie boję się użyć tego określenia - święty. Bo tylko wielka wiara w Boga potrafi wykrzesać taką niebywałą siłę, moc Ducha, która udziela się człowiekowi w rozmaitych sytuacjach. Dlatego dla mnie to był święty człowiek.

Walczmy o upamiętnienie rotmistrza Pileckiego
W „Niedzieli” nr 18/2009 (s. 28) opublikowaliśmy oświadczenie senatorów Prawa i Sprawiedliwości, skierowane do marszałka Senatu Bogdana Borusewicza oraz premiera Donalda Tuska, w sprawie skandalicznego głosowania polskich deputowanych w Parlamencie Europejskim. Głosowanie to dotyczyło wpisania nazwiska rotmistrza Pileckiego do rezolucji: „Świadomość europejska a totalitaryzm” oraz ustanowienia dnia 25 maja Międzynarodowym Dniem Bohaterów Walki z Totalitaryzmem. Ta data jest bardzo ważna z polskiego punktu widzenia, jest to bowiem dzień zamordowania przez reżim komunistyczny rotmistrza Pileckiego, który był współzałożycielem Tajnej Armii Polskiej, dobrowolnym więźniem KL Auschwitz. Został zamordowany przez komunistów w warszawskim więzieniu przy Rakowieckiej. Postać i odwaga Witolda Pileckiego są cenione nie tylko w Polsce. Został m.in. uznany przez brytyjskiego historyka - prof. Michaela Foota w książce „Six Faces of Courage” za jednego z sześciu najodważniejszych ludzi ruchu oporu w czasie II wojny światowej.
Niestety, część polskich eurodeputowanych zagłosowała przeciwko ustanowieniu 25 maja - rocznicy śmierci Witolda Pileckiego - Europejskim Dniem Bohaterów Walki z Totalitaryzmem. Przeciw głosowali następujący polscy eurodeputowani: Marek Aleksander Czarnecki, Janusz Onyszkiewicz, Paweł Piskorski, Grażyna Staniszewska, Andrzej Wielowieyski, Jerzy Buzek, Zdzisław Chmielewski, Urszula Gacek, Stanisław Jałowiecki, Janusz Lewandowski, Jan Olbrycht, Jacek Protasiewicz, Jacek Saryusz-Wolski, Bogusław Sonik, Czesław Siekierski, Zbigniew Zaleski, Tadeusz Zwiefka, Lidia Geringer de Oedenberg, Adam Gierek, Genowefa Grabowska, Bogusław Liberadzki, Andrzej Szejna, Jan Masiel.

2009-12-31 00:00

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Msza w Domu Świętej Marty w rocznicę śmierci papieża Franciszka

2026-04-21 08:42

[ TEMATY ]

Msza św.

rocznica śmierci

Dom Świętej Marty

papież Franciszka

ks. Paweł Rytel-Andrianik / Vatican News

Msza w Domu Świętej Marty w rocznicę śmierci papieża Franciszka

Msza w Domu Świętej Marty w rocznicę śmierci papieża Franciszka

W pierwszą rocznicę śmierci papieża Franciszka w Domu Świętej Marty odprawiono Mszę świętą, której przewodniczył arcybiskup Luigi Travaglino, nuncjusz apostolski i rezydent tego domu. W homilii przygotowanej przez kard. Angelo Acerbiego i odczytanej podczas liturgii hierarcha przypomniał postać Papieża, podkreślając: „Wciąż czujemy go blisko nas” - relacjonuje Vatican News.

Podziel się cytatem – podkreślił kard. Angelo Acerbi w homilii odczytanej przez arcybiskupa Luigiego Travaglino.
CZYTAJ DALEJ

Święty Anzelm z Canterbury

Niedziela Ogólnopolska 40/2009, str. 4-5

[ TEMATY ]

św. Anzelm

pl.wikipedia.org

Święty Anzelm z Canterbury

Święty Anzelm z Canterbury
Drodzy Bracia i Siostry! W Rzymie na Awentynie znajduje się opactwo benedyktyńskie św. Anzelma. Jako siedziba Instytutu Studiów Wyższych oraz opactwa prymasa benedyktynów skonfederowanych, stanowi ono miejsce, które łączy w sobie modlitwę, naukę i zarządzanie, czyli te trzy płaszczyzny aktywności, które cechują życie Świętego, któremu opactwo jest dedykowane: Anzelmowi z Aosty, którego 900. rocznica śmierci przypada w tym roku. Liczne inicjatywy, podjęte zwłaszcza przez diecezję Aosty z okazji tej rocznicy, ukazały zainteresowanie, które nadal budzi ten średniowieczny myśliciel. Jest on znany również jako Anzelm z Bec i Anzelm z Canterbury, ponieważ związany był w tymi miastami. Kim jest ta osobistość, z którą trzy miejsca, oddalone od siebie i znajdujące się w trzech różnych krajach - we Włoszech, we Francji i w Anglii - czują się szczególnie związane? To mnich o intensywnym życiu duchowym, znakomity wychowawca młodzieży, teolog o niezwykłych zdolnościach spekulatywnych, mądry zarządca i niezłomny obrońca „libertas Ecclesiae” - wolności Kościoła. Anzelm jest jedną z wybitnych osobowości średniowiecza, potrafił połączyć wszystkie te przymioty dzięki głębokiemu doświadczeniu mistycznemu, które zawsze kierowało jego myślą i działalnością. Św. Anzelm urodził się w 1033 r. (lub na początku 1034 r.) w Aoście jako pierworodny syn znamienitej rodziny. Jego ojciec był człowiekiem szorstkim, oddającym się rozkoszom życia i trwoniącym swój majątek; matka zaś to kobieta szlachetnych obyczajów i głębokiej pobożności (por. Eadmero, „Vita s. Anselmi”, PL 159, col. 49). To matka zajęła się wczesną humanistyczną i religijną formacją syna, którego następnie powierzyła benedyktynom z przeoratu w Aoście. Anzelm, który jako dziecko - jak opowiada jego biograf - wyobrażał sobie, że dobry Bóg zamieszkuje wysokie, ośnieżone szczyty Alp, miał pewnej nocy sen, że wysłano go do tego wspaniałego królestwa samego Boga, który długo i serdecznie z nim rozmawiał, po czym poczęstował go „śnieżnobiałym chlebem” (tamże, col. 51). Sen ten pozostawił w nim przekonanie, że został powołany do wypełnienia szczytnej misji. Gdy miał piętnaście lat, poprosił o przyjęcie do Zakonu Benedyktynów, ojciec jednak całą swoją władzą sprzeciwił się temu i nie ustąpił nawet wtedy, gdy ciężko chory syn, czując, że koniec jest bliski, błagał o zakonny habit jako ostatnią pociechę. Anzelm powrócił do zdrowia, a potem, po przedwczesnej śmierci matki, przeżywał czas moralnego zagubienia: zaniedbał naukę i porwany ziemską namiętnością, stał się głuchy na napomnienia Boga. Porzucił dom i zaczął włóczęgę po Francji w poszukiwaniu nowych przeżyć. Trzy lata później, gdy dotarł do Normandii, udał się do opactwa Benedyktynów w Bec, przyciągnięty sławą Lanfranka z Pawii, przeora klasztoru. Było to dla niego spotkanie opatrznościowe i decydujące o dalszym jego życiu. Anzelm z zapałem podjął studia pod kierunkiem Lanfranka i w krótkim czasie stał się nie tylko ulubionym uczniem, ale również powiernikiem mistrza. Zapłonęło w nim na nowo jego powołanie zakonne i - po starannym rozważeniu - w wieku 27 lat wstąpił do zakonu i przyjął święcenia kapłańskie. Asceza i studium otworzyły przed nim nowe horyzonty, pozwalając mu odkryć na nowo, i to w znacznie większym stopniu, tę zażyłość z Bogiem, jaką miał jeszcze jako dziecko. Gdy w 1063 r. Lanfrank został opatem w Caen, Anzelm, po trzech zaledwie latach życia monastycznego, mianowany został przeorem klasztoru w Bec i mistrzem klauzurowej szkoły, wykazując się zdolnościami wychowawczymi. Nie lubił metod autorytarnych, porównywał młodych ludzi do małych roślin, które rosną lepiej, kiedy nie są zamknięte w pomieszczeniach, i pozostawiał im „zdrową” swobodę. Był bardzo wymagający wobec samego siebie i wobec innych, gdy chodziło o przestrzeganie wymogów życia monastycznego, lecz zamiast narzucać dyscyplinę, stosował perswazję. Po śmierci opata Erluina, założyciela opactwa w Bec, w lutym 1079 r. Anzelm wybrany został jednogłośnie na jego następcę. Tymczasem wielu mnichów wezwano do Canterbury, by zanieść braciom zza kanału La Manche odnowę, jaka dokonywała się na kontynencie. To dzieło spotkało się z dobrym przyjęciem do tego stopnia, że Lanfrank z Pawii, opat Caen, został nowym arcybiskupem Canterbury i poprosił Anzelma o pozostanie z nim na jakiś czas, aby uczyć mnichów i pomóc mu w trudnej sytuacji, w jakiej znalazła się jego wspólnota kościelna po najeździe Normanów. Pobyt Anzelma okazał się bardzo owocny, zaskarbił on sobie sympatię i szacunek tak, iż po śmierci Lanfranka wybrano go na jego następcę na stolicy arcybiskupiej w Canterbury. Sakrę biskupią przyjął uroczyście w grudniu 1093 r. Anzelm przystąpił od razu energicznie do walki o wolność Kościoła, odważnie domagając się niezależności władzy duchowej od władzy doczesnej. Bronił Kościoła przed bezprawną ingerencją władz politycznych, przede wszystkim królów Wilhelma Rudego i Henryka I, zachętę i poparcie znajdując u papieża, któremu okazywał zawsze śmiałe i serdeczne oddanie. Wierność tę przypłacił w 1103 r. nawet goryczą wygnania ze swej stolicy w Canterbury. Dopiero w 1106 r., gdy król Henryk I wyrzekł się roszczeń udzielania kościelnej inwestytury oraz ściągania podatków kościelnych i konfiskaty mienia Kościoła, Anzelm mógł powrócić do Anglii, radośnie witany przez duchowieństwo i lud. Tak szczęśliwie zakończyła się walka, jaką stoczył orężem wytrwałości, dumy i dobroci. Ten Święty Arcybiskup, który budził wokół siebie podziw, gdziekolwiek się udał, ostatnie lata swego życia poświęcił przede wszystkim moralnej formacji duchowieństwa i intelektualnym badaniom zagadnień teologicznych. Zmarł 21 kwietnia 1109 r., słuchając słów Ewangelii czytanej tego dnia podczas Mszy św.: „Wyście wytrwali przy Mnie w moich przeciwnościach. Dlatego i Ja przekazuję wam królestwo, jak Mnie przekazał je mój Ojciec: abyście w królestwie moim jedli i pili przy moim stole” (Łk 22, 28-30). W ten sposób spełnił się sen o tej tajemniczej uczcie, który w dzieciństwie miał na samym początku swej drogi duchowej. Jezus, który zaprosił go, by siadł przy Jego stole, przyjął św. Anzelma po śmierci do wiecznego królestwa Ojca. „Błagam Cię, Boże, obym mógł Cię poznać, obym Cię kochał, bym mógł się Tobą radować. A jeżeli nie mogę w całej pełni w tym życiu, niech przynajmniej stale postępuję naprzód, aż nadejdzie to w pełni” („Proslogion”, rozdz. 14). Modlitwa ta pozwala zrozumieć mistyczną duszę tego wielkiego Świętego okresu średniowiecza, twórcy teologii scholastycznej, któremu tradycja chrześcijańska przyznała tytuł „Doctor Magnificus”, ponieważ żywił gorące pragnienie zgłębiania tajemnic Bożych, z pełną świadomością jednak, że droga poszukiwania Boga nigdy się nie kończy, przynajmniej na tej ziemi. Jasność i logiczny rygoryzm jego myśli zawsze miały na celu „wzniesienie duszy do kontemplacji Boga” (tamże, „Proemium”). Stwierdził on wyraźnie, że ten, kto chce uprawiać teologię, nie może liczyć jedynie na swą inteligencję, ale musi pielęgnować jednocześnie głębokie przeżywanie wiary. Działalność teologa, według św. Anzelma, rozwija się więc w trzech etapach: wiara - bezinteresowny dar od Boga, który należy przyjąć z pokorą; doświadczenie - które polega na wcieleniu słowa Bożego we własnym codziennym życiu; wreszcie prawdziwe poznanie - które nigdy nie jest owocem ascetycznego rozumowania, lecz kontemplatywną intuicją. Jak najbardziej aktualne pozostają także dziś w tej materii, dla zdrowych badań teologicznych i dla każdego, kto chciałby zgłębić prawdę wiary, jego słynne słowa: „Nie próbuję, Panie, przeniknąć Twojej głębi, gdyż w żadnym razie nie przyrównuję do niej mego intelektu; pragnę jednak, przynajmniej do pewnego stopnia, zrozumieć Twoją prawdę, w którą wierzy i którą kocha moje serce. Nie staram się bowiem zrozumieć, abym uwierzył, ale wierzę, bym zrozumiał” (tamże, 1). Drodzy Bracia i Siostry, miłość do prawdy i nieustanne pragnienie Boga, które naznaczyły całe życie św. Anzelma, niech będą dla każdego chrześcijanina bodźcem do niezmordowanego poszukiwania coraz głębszej jedności z Chrystusem - Drogą, Prawdą i Życiem. Oprócz tego gorliwość, pełen odwagi zapał, który wyróżniał jego pasterską działalność i który przysporzył mu czasem niezrozumienia, goryczy, a nawet wygnania, niech będzie zachętą dla pasterzy, osób konsekrowanych i wszystkich wiernych, by kochać Kościół Chrystusowy, modlić się, pracować i cierpieć dla niego, nie porzucając go nigdy ani nie zdradzając. Niechaj wyjedna nam tę łaskę Dziewica Matka Boża, do której św. Anzelm żywił czułe i synowskie nabożeństwo. „Maryjo, Ciebie serce moje chce miłować - pisze św. Anzelm - Ciebie język mój pragnie żarliwie sławić”.
CZYTAJ DALEJ

Ks. Michał Olszewski rozważa kroki prawne przeciwko Donaldowi Tuskowi

2026-04-21 22:11

[ TEMATY ]

Ks. Michał Olszewski

Donald Tusk

Księża Sercanie

Ks. Michał Olszewski. Zdjęcie archiwalne

Ks. Michał Olszewski. Zdjęcie archiwalne

Obrońcy ks. Michała Olszewskiego szykują pozwy przeciwko premierowi. To reakcja na publiczne oskarżenia, jakie Donald Tusk kierował w stronę kapłana. Twierdził, że środki na jego obronę pochodzą z giełdy kryptowalut i przeszły przez organizacje o charakterze politycznym.

– 450 tys. zł wpłacono Fundacji Instytut Polski Suwerennej Zbigniewa Ziobro. Część z tych środków przeznaczono na prawników obrońców Dariusza Mateckiego i księdza Michała Olszewskiego – stwierdził szef rządu.
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

REKLAMA

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję