1 Krl 19,9a.11-13a <- KLIKNIJ
Eliasz dociera do Horebu jako człowiek przegrany: po triumfie na Karmelu przyszła groźba Izebel, ucieczka, pragnienie śmierci pod krzewem janowca. Czterdzieści dni drogi do góry Bożej czyni z niego drugiego Mojżesza - i cała scena jest utkana z odniesień do tamtej teofanii. Prorok wchodzi do groty (tekst hebrajski mówi o „tej grocie”, jakby wskazywał rozpadlinę skalną, w której stał Mojżesz, gdy przechodziła chwała Pana; Wj 33,21-23), i słyszy zapowiedź: „Pan przechodzi” - ten sam czasownik, który opisywał przejście Boga przed Mojżeszem (Wj 33,19; 34,6).
Następuje sekwencja klasycznych znaków teofanijnych. Wichura rozrywająca skały, trzęsienie ziemi, ogień. Wszystkie są znane z Synaju i z psalmów (Wj 19; Ps 18). Tekst trzykrotnie powtarza: „Pan nie był w wichrze… nie był w trzęsieniu… nie był w ogniu”. Jest w tym zapewne także ostrze polemiczne. Bóg Izraela nie jest bogiem burzy na wzór Baala, z którego prorokami Eliasz właśnie się zmierzył. Objawienie rozstrzygające przychodzi w qôl demamah daqqah - zwrocie niemal nieprzetłumaczalnym, łączącym głos z ciszą: „szmer łagodnego powiewu”, jak oddaje tradycja za Wulgatą (sibilus aurae tenuis), albo dosłowniej „głos delikatnej ciszy”.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Reklama
Eliasz zasłania twarz płaszczem - gest czci znany z powołania Mojżesza (Wj 3,6). Prorok wypalony gorliwością uczy się nowego sposobu obecności Boga. Nie w spektakularnym znaku, lecz w ciszy, która nie przytłacza, ale pozwala usłyszeć. Znamienne, że z tej ciszy wyjdzie zaraz nowe posłanie. Wyjdzie namaszczenie królów i następcy; spotkanie w ciszy misji nie kończy, lecz ją odnawia. Bóg przychodzi do wyczerpanego sługi z delikatnością, która podnosi.
Mt 14,22-33 <- KLIKNIJ
Niedzielna lektura tej sceny od początku była w Kościele lekturą eklezjalną. Łódź miotana falami z Jezusem pozornie nieobecnym to obraz wspólnoty uczniów w godzinie próby. Augustyn poświęcił tej perykopie osobne kazania i widział w Piotrze figurę Kościoła. Mocny, gdy trzyma się słowa Pana, tonący, gdy zajmie się sobą i wiatrem; a ocalony, gdy woła. Uczniowie znaleźli się na jeziorze nie z własnej brawury, ale z polecenia Pana. I mimo to wiatr jest przeciwny. Posłuszeństwo nie zwalnia z nocy. Jezus, modlący się na górze, nie traci ich z oczu i przychodzi o czwartej straży, gdy siły są na wyczerpaniu. Chodzenie po morzu jest w Biblii wyłącznym przywilejem Boga (Hi 9,8; por. Ps 77,20); Chrystus objawia więc władzę Pana nad żywiołem chaosu, a Jego „Ja jestem” niesie charakter imienia Bożego.
Piotr nie wyskakuje z łodzi na własną rękę - prosi: „każ mi przyjść do siebie po wodzie”. Chce iść na słowo, nie na przekór; jego wyjście jest aktem posłuszeństwa. Idzie, dopóki patrzy na Jezusa; tonie, gdy serce zajmuje się wiatrem. Wołanie „Panie, ratuj mnie!” ma za sobą całą tradycję psalmów o wodach sięgających szyi (Ps 69,2-3.15-16) - i jest modlitwą wystarczającą. Jezus „natychmiast” wyciąga rękę. Ciekawy jest czasownik użyty w upomnieniu: „czemu zwątpiłeś” (edistasas) - powróci on tylko raz, w scenie ostatniego rozesłania, gdy uczniowie oddadzą pokłon Zmartwychwstałemu, „niektórzy jednak wątpili” (28,17). Wątpienie i wiara sąsiadują ze sobą w Kościele do końca. Rozstrzyga wyciągnięta ręka Pana.
Po wejściu do łodzi wiatr ustaje, jak w psalmie o burzy uciszonej (Ps 107,23-30). Następnie uczniowie oddają pokłon, i wyznają: „Prawdziwie jesteś Synem Bożym”. Zestawienie z pierwszym czytaniem podpowiada wspólny mianownik obu scen. Bóg daje się rozpoznać nie w huku żywiołów, lecz w słowie skierowanym do konkretnego człowieka - „Odwagi, Ja jestem” - i w ciszy, która następuje, gdy wchodzi do łodzi.
