Centrum Dialogu Przełomy w czwartą rocznicę rozpoczęcia pełnoskalowej wojny w Ukrainie zorganizowało dyskusję nt. „Wojna w Ukrainie: czekanie na przełom”. Poproszono mnie, bym opowiedział o ukraińskiej codzienności, wojennej, ale takiej z dala od frontu. Główne pytanie było równocześnie proste i skomplikowane: skąd Ukraińcy czerpią swoją odporność na trwający już długie lata koszmar? Bo ta wojna toczy się nie tylko na froncie, tragedia dotyczy milionów mieszkańców na całym obszarze Ukrainy i nie tylko od żołnierzy zależy to, czy Ukraina przetrwa (a zatem – dodajmy – czy i my będziemy bezpieczni), ale także od odporności ludności cywilnej. A ona wciąż wspiera armię i nie chce się poddać. Porozmawiałem on-line z przyjaciółmi z Kijowa i Czerkas, poniżej własnymi słowami relacjonuję to, co od nich usłyszałem.
Rzeczywiście jest strasznie. Switłana z Kijowa napisała mi, że gdzieś w świecie ludzie rozpoczynają dzień z nadzieją, że spotka ich coś dobrego, w Kijowie, że dożyją następnego ranka. Ciągłe ostrzały, codzienne ofiary wśród żołnierzy i cywilów, wielkie straty, niewola, przymusowe ewakuacje z terenów przyfrontowych, tysiące ludzi na statusie wewnętrznych uchodźców, codzienna walka o przetrwanie. Wszystko to powoduje – podsumowuje Switłana – że „ujawniają się w nas pokłady wewnętrznej siły, która wciąż nas podtrzymuje i pomaga nam żyć i walczyć”.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Reklama
Wioski i małe miasteczka rzadko są ostrzeliwane, mocno bombardowane są tylko te stosunkowo blisko strefy frontowej. Natomiast straszliwe wrażenie robi ilość poległych młodych mieszkańców tych miejscowości. Jest zwyczaj, by przy głównych ulicach wieszać portrety poległych żołnierzy, mieszkańców tej miejscowości. Szpalery tych portretów ciągną się w każdej wiosce przez kilkaset metrów. W tych wioskach zawsze było bardzo mało mężczyzn – nie było dla nich pracy, szukali jej w dużych miastach lub za granicą. Teraz mężczyzn w sile wieku nie ma praktycznie wcale, wszyscy w armii, wielu już poległo, wielu zostało inwalidami na całe życie.
Wojna straszliwie odciska się na życiu rodzinnym. Coraz więcej jest młodych wdów z małymi dziećmi, coraz więcej rodzin rozbitych, coraz więcej problemów z żołnierzami psychicznie pokaleczonymi przez wojnę. Przyjeżdża żołnierz z frontu na przepustkę, najpierw wielka radość i ulga, że żyje, ale frontowe życie nie daje o sobie zapomnieć, miesiącami i latami przeżywana potworna przemoc i ustawiczny strach zmieniają charaktery, trudno, żeby to się nie odbijało na relacjach rodzinnych. Choć przyznać trzeba, że rodziny bardzo starają się umocnić psychicznie i zaopatrzyć swojego żołnierza, znam wiele przypadków, w których właśnie to rodzinne wsparcie (także duchowe) pozwala frontowcom przetrwać. Mąż mojej koleżanki z wioski Gołowkiwka służy niedaleko domu, jest mechanikiem, co tydzień lub dwa jest na przepustce w domu, co pozwala i jemu i jego żonie psychicznie przetrwać. Inny chłopak, frontowiec, po przepustce wraca do służby obładowany frykasami dla całego oddziału, wie, że jego służba cieszy się ogromnym szacunkiem rodziny. To zresztą podkreślają wszyscy moi rozmówcy – Ukraińcy mają ogromne zaufanie do swoich sił zbrojnych.
Reklama
Oksana z Czerkas podkreśla, że codzienność poza frontem jest dramatyczna, ale nie ma obrazków apokaliptycznych. Po czterech latach jest przyzwyczajenie, duża sprawność służb, oddolna samopomoc i samoorganizacja, duża zaradność i solidarność w potrzebie. Ogromną rolę teraz, zimą odgrywają generatory pozwalające przetrwać rosyjskie ataki na infrastrukturę energetyczną. Także te, który wysyłamy z Polski.
Pytam Switłanę jak żyje Kijów w czasie wojny? Odpowiada po prostu: „w przerwach między nalotami, nieprzespanymi nocami, rozprowadzaniem darowizn, pracą zawodową, wolontariatem i opieką nad bliskimi, staramy się kochać siebie nawzajem, aby nie zatracić człowieczeństwa”. Siła odporności Ukraińców zdaniem Switłany tkwi w kilku czynnikach. „Przede wszystkim w miłości do dzieci i rodziny, miłości do ojczyzny. W pragnieniu ochrony przed straszliwym i bezlitosnym wrogiem”. A Oksana dopowiada stanowczo: my po prostu nie mamy wyboru. Pierwsze miesiące wojny pokazały nam co nas czeka, jeśli się nie obronimy, jeśli wpuścimy Rosjan do Ukrainy. Symbolem tych dni sprzed czterech lat jest Bucza, a późniejsze wydarzenia potwierdzają, że albo się obronimy, albo zbrodniczy agresor nas po prostu zniszczy. I to w najokrutniejszy sposób, nie oszczędzając dzieci ani kobiet.
Przed takim losem Ukraińcy od czterech lat bronią także nas. Nie wolno nam o tym zapomnieć.

