Problem polega na czym innym. Im bardziej coś znajduje się w samym centrum, tym trudniej mówić o tym prostym językiem. Łatwo przecież głosić kazanie o przebaczeniu, modlitwie, uczciwości czy miłosierdziu. Każdy z tych tematów daje się bez trudu przełożyć na codzienne doświadczenie i zobrazować barwnymi i chwytliwymi przykładami. Tymczasem Trójca Święta kojarzy się z pojęciami abstrakcyjnymi: natura, Osoba, współistotność, pochodzenie. Wystarczy kilka zdań i wielu słuchaczy ma poczucie, że kaznodzieja wszedł na teren teologicznej matematyki, gdzie wszystko brzmi poprawnie, ale niewiele z tego zostaje w pamięci.
Metafizyczna zagadka?
Reklama
Nie jest to zresztą nowy problem. Od pierwszych wieków Kościół musiał szukać języka, który z jednej strony byłby wierny Objawieniu, z drugiej – nie popadałby ani w uproszczenie, ani w herezję. Trzeba było powiedzieć, że Bóg jest jeden, a zarazem Ojciec nie jest Synem, Syn nie jest Duchem Świętym, Duch Święty nie jest Ojcem. Nie są to trzej bogowie, ale to jeden Bóg. Nie są to także trzy maski jednego Boga, lecz to trzy Osoby. Dla teologa jest to rozróżnienie konieczne. Dla przeciętnego uczestnika niedzielnej Eucharystii może ono jednak brzmieć jak definicja, którą trzeba uszanować, ale którą trudno przełożyć na życie. I właśnie tutaj zaczyna się wymagające zadanie kaznodziei. Ambona nie jest przecież katedrą akademicką. Nie znaczy to oczywiście, że można mówić byle jak. Chodzi raczej o to, że celem kazania nie jest wyłożenie całego traktatu o Trójcy Świętej, lecz otwarcie wiernym oczu na to, że ta tajemnica dotyczy ich życia dużo bardziej, niż się na pierwszy rzut oka wydaje. Najczęstszy błąd polega na tym, że kaznodzieja próbuje wszystko wyjaśnić. Tymczasem są takie prawdy wiary, których nie da się wytłumaczyć do końca. Można je przybliżać, usuwać nieporozumienia, ale nie można ich zamknąć w kilku zgrabnych formułach. Jeśli więc ktoś wychodzi na ambonę z zamiarem, że w ciągu 10 minut sprawi, iż wszyscy zrozumieją wewnętrzne życie Boga, z góry skazuje się na porażkę. Zresztą wierni wcale nie oczekują rozwiązania metafizycznej zagadki. Znacznie częściej potrzebują odpowiedzi na pytanie: co z tego wynika dla mnie? W jaki sposób prawda o Trójcy Świętej dotyka mojej modlitwy, moich relacji, mojego sposobu patrzenia na Boga?
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Miłość przed stworzeniem
Szczególnie pomocne może być tutaj jedno z najkrótszych zdań Nowego Testamentu: „Bóg jest miłością”. Powtarzamy je często, ale rzadziej zastanawiamy się nad jego konsekwencjami. Jeśli Bóg jest miłością, to jest nią nie od chwili stworzenia świata. Nie zaczął kochać dopiero wtedy, gdy pojawił się człowiek. Był miłością odwiecznie, zanim zaistniało cokolwiek poza Nim. Nasuwa się więc pytanie bardzo proste, a zarazem teologicznie niezwykle doniosłe: kogo kochał Bóg, zanim powstał świat? Gdyby Bóg był absolutną samotnością, można by powiedzieć, że kochał jedynie samego siebie. Ale wtedy łatwo pojawiłoby się skojarzenie z doskonałym, lecz zamkniętym w sobie samouwielbieniem.
Reklama
I właśnie tutaj Nowy Testament odsłania przed nami coś niezwykłego. Bóg nie jest samotnością. Bóg jest wspólnotą Osób. Ojciec odwiecznie miłuje Syna, Syn odwiecznie odpowiada miłością Ojcu, a Duch Święty jest osobową więzią tej miłości. To dlatego można powiedzieć, że miłość nie jest jedynie jednym z przymiotów Boga, ale stanowi samą tajemnicę Jego życia. Teologia na określenie tej wzajemnej wewnętrznej bliskości Osób Boskich używa pojęcia perychorezy – wzajemnego przenikania się i zamieszkiwania w sobie bez zatarcia odrębności. Nie chodzi o zlanie się w bezosobową jedność, ale o doskonałą komunię, w której pełna odrębność nie niszczy jedności, a pełna jedność nie unicestwia odrębności.
Samo sedno: relacja
Ma to ogromne znaczenie dla kaznodziei. Trójca Święta nie jest bowiem tylko prawdą do wyznania, ale objawieniem najgłębszego wzoru wszelkiej autentycznej wspólnoty. Każda ludzka wspólnota – małżeństwo, rodzina, wspólnota zakonna, parafia, Kościół – odnajduje swój najgłębszy archetyp właśnie tutaj: w miejscu, gdzie miłość nie oznacza pochłonięcia drugiego, dominacji nad nim czy utraty własnej tożsamości, ale oznacza wzajemne udzielanie się i przyjmowanie.
Sam Jezus wyraźnie na to wskazuje. W modlitwie arcykapłańskiej prosi Ojca za swoich uczniów, „aby wszyscy stanowili jedno, jak Ty, Ojcze, we Mnie, a Ja w Tobie”. Miłość istniejąca między Ojcem i Synem zostaje więc ukazana nie jedynie jako niedostępna tajemnica nieba, ale jako wzór relacji, które mają kształtować życie uczniów.
I właśnie tutaj kaznodzieja znajduje najwłaściwszy punkt zaczepienia. Nie trzeba zaczynać od definicji. Lepiej zacząć od doświadczenia. Każdy człowiek nosi w sobie pragnienie miłości i jednocześnie doświadcza, jak trudno budować prawdziwą wspólnotę. W rodzinach pojawiają się napięcia, we wspólnotach kościelnych – ambicje, w relacjach międzyludzkich – lęk przed zranieniem. W takim kontekście prawda o Trójcy Świętej przestaje być abstrakcją. Okazuje się, że u samych podstaw rzeczywistości stoi nie samotność, lecz relacja. Nie zamknięcie w sobie, ale dar z siebie.
Reklama
Warto też zauważyć, że całe chrześcijańskie życie od początku do końca zanurzone jest w tajemnicy Trójcy. Znak krzyża czynimy nie „w imiona”, lecz „w imię” Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Chrzest otrzymujemy w imię Trójcy. Każda Eucharystia prowadzi nas do Ojca przez Syna w Duchu Świętym. Każda autentyczna modlitwa ma strukturę trynitarną, nawet jeśli nie zawsze to sobie uświadamiamy.
Dlatego ambona nie jest miejscem, z którego trzeba wiernym wyjaśnić tajemnicę Boga do końca. Ambona stanowi miejsce, z którego trzeba im pomóc wejść w tę tajemnicę z większą ufnością. Jeśli po kazaniu pozostanie im w pamięci nie skomplikowana definicja, ale głębsze przekonanie, że u źródła świata stoi miłość, kaznodzieja zrobił bardzo wiele.
Bo w kazaniu o Trójcy Świętej nie chodzi przede wszystkim o to, żeby wszystko zrozumieć. Chodzi przede wszystkim o to, by odkryć, że zostaliśmy stworzeni przez Ojca, odkupieni przez Syna i jesteśmy nieustannie ożywiani przez Ducha Świętego. A skoro tak, to całe chrześcijańskie życie jest niczym innym jak stopniowym uczeniem się tej samej miłości, która odwiecznie pulsuje w samym sercu Boga.
Autor jest proboszczem Parafii św. Joachima w Sosnowcu.
