Reklama

Wszystkie drogi wiodły do Polski

Niedziela sandomierska 45/2007

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera

O Boże! Skrusz ten miecz, co siekł nasz kraj, do wolnej Polski nam powrócić daj, by stał się twierdzą nowej siły nasz dom - ta modlitwa rozbrzmiewała na wszystkich drogach, którymi kroczyliśmy. W marzeniach wiodły nas one do Polski - wspomina Janina Hofman, która jako jedna z niewielu już żyjących pielęgniarek przeszła cały szlak bojowy II Korpusu Polskiego.

W Armii Andersa

Reklama

Urodziła się w Wołożynie na ziemi nowogródzkiej. Ojciec jej był legionistą z okresu pierwszej wojny światowej, a w 1938 r. komisarzem policji. Gdy była uczennicą gimnazjum w Wilnie, wybuchła II wojna światowa. Została gońcem do rozwożenia powołań mobilizacyjnych. Niedługo potem pojawiać zaczęli się rozbrojeni żołnierze z wielu odcinków frontu. - Opłakany to był widok: strzęp polskiego żołnierza, ludzie załamani, ranni na duchu i ciele - wspomina p. Janina. Po Niemcach na ziemie polskie wkraczała Armia Czerwona. - W żadnej wyobraźni ani w kinie, ani na obrazkach nie widziałam już potem takiego wojska. Jakby przyszli prosto z piekła, od Belzebuba, z jednym rogiem na czapce i czerwoną od krwi gwiazdą. Ludzie drżeli ze strachu. Po niedługim czasie specjalne oddziały NKWD zajęły się penetracją polskich urzędników państwowych, ludzi z wojska, policji, straży więziennej, polityków itd. Zaczęły się aresztowania. Ciszę nocną rozdzierało walenie do drzwi kolbami karabinów z rykiem: odkroj dwieri” - wspomina Janina Hofman. Jej rodzina wraz z innymi mieszkańcami podzieliła los polskich wygnańców. - 13 kwietnia 1940 r. do domu wpadło sołdactwo. Dostaliśmy godzinę na spakowanie się, a potem wtłoczono nas do bydlęcych wagonów. Jechaliśmy całymi tygodniami. Siedzieliśmy jakby zastygli, bez krwi - otępiali. Co dalej...dokąd...za co...dlaczego? W końcu pociąg zatrzymał się i kazano nam wysiadać. Do dziś pamiętam ten widok: wszędzie wokół pustka, śnieg i my, zmarznięci, przerażeni.
Jak się okazało, wywieziono ich do Kazachstanu. Polscy zesłańcy musieli tu żyć w ziemiankach, nie mieli pracy, dopóki mogli, wyprzedawali swoje rzeczy przywiezione z domu, aby zdobyć pożywienie. - Ginęliśmy z głodu, chorób, zimna, ale nie poddawaliśmy się - mówi. Kilkunastoletnia p. Janina wraz z koleżanką podjęła próbę ucieczki do Polski. Dotarły do samej granicy, ale zostały aresztowane przez Sowietów. Udało im się uciec z rosyjskiego więzienia podczas ataku niemieckiego i powrócić do rodzin.
W 1941 r. wstąpiła do formującej się na terenie ZSRR Armii Andersa. Po odbyciu sześciomiesięcznego kursu dla sióstr Pogotowia Sanitarnego PCK została przydzielona do wojskowego szpitala zakaźnego 7. Dywizji Piechoty przy 23. Pułku Piechoty, stacjonującym w Uzbeckiej SSR, w Wrewskoje. Z płaczem żegnali ewakuowanych żołnierzy pozostający w Kazachstanie Polacy, a oni mogiły swoich żołnierzy.

Pomóż w rozwoju naszego portalu

Wspieram

Na irackiej pustyni, w Palestynie i Egipcie

Reklama

Po przekroczeniu granicy ZSRR w 1942 r., bohaterka przeszła pod brytyjskie dowództwo. Z Iranu polskie oddziały trafiły do Iraku, gdzie wreszcie zapewniono im opiekę medyczną. Na terenie Iraku w miejscowości Kanakin odbyła jeszcze dwa sześciomiesięczne kursy dla sióstr PCK i została zweryfikowana jako siostra pogotowia sanitarnego PCK, otrzymując przydział do szpitala wojennego nr 2 na 1200 łóżek w tejże miejscowości. - Na początku nasza armia to był jeden wielki szpital. Gorący klimat potęgował u chorych objawy i zaostrzał ich cierpienia - mówi p. Janina.
Kolejno część wojska ewakuowano do Palestyny, część do Egiptu. W Egipcie szpital znajdował się niedaleko Kanału Sueskiego. - Pustynia nie była dla nas łaskawa, kryła w sobie dotąd nieznane choroby, trudne były do zniesienia nagłe skoki temperatury dochodzące do 40 stopni, niebezpieczne ukąszenia gadów, skorpionów, komarów. W szpitalu ranni żołnierze powoli powracali do zdrowia, ale ich psychika poddana została ciężkiej próbie, zaczęli więc zapadać na choroby psychiczne.
Szczególnie utkwiły w pamięci polskiej sanitariuszki wieczerze wigilijne na pustyni pod gołym niebem, obchody świąt kościelnych i narodowych. - Echo niosło daleko polskie kolędy i pieśni, w których zawierały się prośby, tęsknoty, żale i smutek żołnierzy tułaczy. W myślach wspominaliśmy swych najbliższych. Co z nimi dzieje się, gdzie są, czy jeszcze zobaczymy się? Popłynęły łzy, poruszały słowa pieśni: „O, Panie, któryś jest w niebie, wyciągnij sprawiedliwą dłoń. Wołamy z obcych stron do Ciebie, o polski dach, o polski dom. O Boże! Skrusz ten miecz, co siekł nasz kraj, do wolnej Polski nam powrócić daj, by stał się twierdzą nowej siły nasz dom”. Modlitwa rozbrzmiewała na wszystkich drogach, którymi kroczyliśmy. W marzeniach wiodły nas one do Polski - podkreśla J. Hofman.
W tym okresie poznała Leonida Teligę, potem słynnego żeglarza, oraz przyszłego męża Alfreda Hofmana z Rzeszowa. Ślub wzięli w Bazylice Narodów w Jerozolimie - miejscu modlitwy i konania Pana Jezusa.

Na ziemi włoskiej

W 1944 r. stacjonujący w Egipcie szpital został przeniesiony wraz z całą armią na teren Włoch. W miejscowości Campabasso, na trasie frontu Monte Cassino, p. Janina pracowała w szpitalu ewakuacyjnym nr 161 na oddziale chirurgicznym. - Przez pierwsze dni był spokój. Trafiali do nas żołnierze z wypadków, chorzy - mówi siostra Janina. Było sielsko, kwitły maki. Zaczęło się dopiero około 8 maja 1944 r. Przed nasz szpital zaczęły podjeżdżać niekończące się sznury sanitarek. To było straszne. Było nas w szpitalu za mało, dwie pielęgniarki, dwie salowe i jeden sanitariusz, oddział liczył ok. sto łóżek. Nie wpadliśmy jednak w popłoch, wręcz odwrotnie, wstąpiły w nas nowe siły. Teraz jednak czekał nas niewyobrażalny chrzest - wspomina. Na parterze budynku nieprzerwanie pracowały zespoły operacyjne. Rannych po niezbędnym zaopatrzeniu, zdolnych do ewakuacji, transportowano na koniec „buta włoskiego” do szpitala wojennego w Casamassina, w pobliżu portu Bari. - Tylu okaleczonych, tyle krwi przelanej, tyle bólu. Przywieziono pierwszych poparzonych w czołgu. Leżeli jak dwie spalone kłody nieprzypominające ludzi. Na ich uratowanie nie było szansy. Nikt chyba nie spodziewał się, że będą takie straty. Nie wytrzymywałyśmy psychicznie, płakałyśmy, ale pracowałyśmy cały czas. Nie było mowy o jakichś zmianach, dyżurach. Jak od ciągłego biegania puchły nam nogi, pracowałyśmy na bosaka - wspomnienia p. Janiny są wciąż tak żywe i poruszające.
- Minęło tyle lat, a ja jak dziś pamiętam moich rannych - snuje opowieść bohaterka. Tego, którego życie uratował plik listów, mojego kolegę z Iraku, któremu amputowano nogę, umierającego żołnierza, który gasnącym głosem prosił, żebym mu zaśpiewała. Częstym gościem wśród naszych rannych żołnierzy był korespondent wojenny Melchior Wańkowicz. Przeprowadzał wywiady z rannymi, pytał o okoliczności, w jakich zostali poszkodowani w czasie bitwy o Monte Cassino.
Około 17 maja p. Janina zobaczyła znów przez okno ciągnący się do szpitala sznur sanitarek. - Byłyśmy zrozpaczone - mówi o sobie i koleżankach - wyglądało to tak, jakby całe nasze wojsko wykrawiło się. Wraz z rannymi do szpitala dochodziły wieści z frontu o tym, że Polacy złamali obronę Niemców, której nie byli w stanie sforsować kolejno Anglicy, Amerykanie, Hindusi i Nowozelandczycy, że zdobyli klasztor i zatknęli na gruzach biało-czerwony sztandar. Dowódca słynnej 8. Armii Brytyjskiej gen. Oliver Leese nadał II Korpusowi Polskiemu prawo noszenia emblematu jego armii - tarczę krzyżowców z krzyżem na białym polu. - Wszyscy patrzyli na nas jak na nieludzi, bo dokonaliśmy czegoś nadludzkiego. A nas rozpierała duma pomieszana z rozpaczą, bo to zwycięstwo zostało okupione bardzo krwawo - zaznacza bohaterka i dodaje: ziemia piła polską krew, by na niej wyrosły czerwone maki. Tak powstała piękna pieśń i jak hymn była śpiewana na naszej drodze.
Ostatni etap wojennych działań rozgrywał się na froncie adriatyckim. Janina Hofman wraz ze szpitalem wojskowym trafiła do Ankony. - W czasie nasilenia się ofensywy na froncie zwiększył się dopływ rannych, co wiązało się z bezustanną pracą zespołu operacyjnego. Dla nas to była mobilizacja do ciężkiej pracy. Ileż razy wracałam z dyżuru wśród huku i spadających obok odłamków pocisków. Nauczyłam się nie odczuwać lęku, ale moje koleżanki zastawałam w tym czasie schowane pod łóżka - wspomina. W szpitalu leczeni byli prócz Polaków, Amerykanie, Hindusi, Malajowie, Anglicy. Trafił tu także mąż p. Janiny, oficer w 3. Dywizji Strzelców Karpackich ciężko ranny odłamkiem, odznaczony potem Krzyżem Virtuti Militari. To znów okręt wpływający do portu trafił na minę głębinową, która eksploadowała obok drugiego zakotwiczonego okrętu. Rannych i poparzonych żołnierzy, głównie Anglików, wiozła do polskiego szpitala długa kolumna karetek. Przez całą noc nie było chwili wytchnienia. Innym razem na dworcu kolejowym w Anconie eksplodował wagon załadowany amunicją, rannymi zostali Włosi cywile. Nowa fala rannych przybyła, gdy polskie wojsko weszło do akcji pod Bolonią. Z powodu dotkliwych strat wycofane zostały bataliony 3. Dywizji Strzelców Karpackich gotowe do akcji, gdy eskadra amerykańskich samolotów przez pomyłkę zrzuciła na nie ładunek bomb.
Po zakończeniu działań wojennych we Włoszech i upadku III Rzeszy p. Janina wraz z mężem wstąpiła do tworzącego się Polskiego Korpusu Przysposobienia w Anglii. Kiedy w 1947 r. J. Hofman zwolniona została ze służby wojskowej, powróciła wraz z mężem i córeczką do kraju, gdzie podzielili los tysięcy żołnierzy służących w Polskich Siłach Zbrojnych na Zachodzie. Mąż p. Janiny był szykanowany, przesłuchiwany, nękany przez UB.

Porucznik Janina Hofman,

z domu Maculewicz, jako jedna z niewielu już żyjących pielęgniarek przeszła cały szlak bojowy II Korpusu Polskiego. Wśród licznych odznaczeń, jak polskie z okresu wojny: Medal Wojska, Krzyż Monte Cassino, brytyjskie: Gwiazda 1939/45, Gwiazda Italii, Medal Obrony, inne, jak: Medal Zwycięstwa i Wolności, Krzyż Kawalerski, Zasłużona dla Województwa Tarnobrzeskiego, Odznaka Honorowa PCK I i II stopnia, posiada też medal im. Florencji Nightingale, najwyższe odznaczenie Międzynarodowego Komitetu Czerwonego Krzyża, którym została uhonorowana w 1989 r. za ofiarność i pomoc niesioną rannym w czasie II wojny światowej, a niedawno otrzymała odznaczenie Weteran Wojsk Brytyjskich. Po wojnie aż do przejścia na emeryturę bohaterska siostra spod Monte Cassino była przełożoną pielęgniarek w Pogotowiu Ratunkowym w Tarnobrzegu. Pracowała też na pół etatu w Czerwonym Krzyżu jako kierownik opieki nad chorym w domu.

2007-12-31 00:00

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

O rychłą beatyfikację Heleny Kmieć

2026-01-23 14:53

Fundacja im. Heleny Kmieć

W sobotę - 24 stycznia 2026 roku – minie dziewięć lat od tragicznej śmierci Służebnicy Bożej Heleny Kmieć.

W tym dniu w Bazylice Bożego Miłosierdzia w Krakowie-Łagiewnikach o godz. 15.20 zostanie odprawiona Msza święta w intencji jej rychłej beatyfikacji. W czasie Eucharystii homilię wygłosi postulator ks. dr Paweł Wróbel SDS.
CZYTAJ DALEJ

Helena Kmieć. Dziewczyna, która stała się wzorem

2026-01-24 09:58

[ TEMATY ]

Helena Kmieć

Fundacja Heleny Kmieć

24 stycznia przypada dziewiąta rocznica śmierci, tragicznej śmierci Heleny Kmieć, służebnicy Bożej. W rozmowie z ks. Łukaszem Aniołem SDS, duszpasterzem Wolontariatu Misyjnego "Salvator" przybliżamy osobę tej młodej wolontariuszki misyjnej, a także rozmawiamy o tym, jak staje się ona wzorem do naśladowania na młodych ludzi.

Helena Kmieć pochodziła z Libiąża, mieście w Małopolsce, ale sympatyzowała z Ruchem Młodzieży Salwatoriańskiej i była zaangażowana w działania Wolontariatu Misyjnego "Salwator". - W 2012 roku nawiązała ona z nami kontakt i stała się wolontariuszką naszego wolontariatu misyjnego. Pomimo swojego młodego wieku, była osobą bardzo ambitną, pracowitą, zaangażowaną, a przede wszystkim była głęboko wierząca. Angażując się w nasz wolontariat postanowiła wyjechać na wolontariat do Boliwii - podkreśla ks. Anioła, przywołując tragiczny moment śmierci młodej misjonarki. - Była tam bardzo krótko, dopiero, co rozpoczęła swoją posługę misyjną. 24 stycznia 2017 roku dwóch napastników weszło do ochronki, gdzie posługiwała Helena. Jeden z nich zaatakował ją nożem, zadając jej 14 ciosów nożem.
CZYTAJ DALEJ

Kanclerz Niemiec atakuje Unię Europejską

2026-01-24 14:12

[ TEMATY ]

Unia Europejska

PAP/EPA/RICCARDO ANTIMIANI

"Niemcy i Europa zmarnowały niesamowity potencjał. Staliśmy się światowymi mistrzami nadmiernej regulacji i zerowego wzrostu" – te słowa nie pochodzą z ust polityka PiS, ale od samego kanclerza Niemiec Friedricha Merza. To bardzo mocny cios wymierzony w politykę Angeli Merkel i szefowej KE Ursuli von der Leyen.

Unia Europejska jest w głębokim kryzysie, grozi jej samozagłada, albo przynajmniej pogłębiająca się marginalizacja na globalnej scenie gospodarczej. Chiny i USA rozwijają się i mają wzrost gospodarczy, a Unia Europejska produkuje tylko swoje regulacje. - Jednolity rynek został kiedyś stworzony, aby stworzyć najbardziej konkurencyjny obszar gospodarczy na świecie, ale zamiast tego staliśmy się światowym mistrzem w nadmiernej regulacji – mówił kanclerz Niemiec na Światowym Forum Ekonomicznym w Davos.
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

REKLAMA

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję